Showing posts with label Londyn. Show all posts
Showing posts with label Londyn. Show all posts

Wednesday, 10 August 2011

Londyn płonie!



Nazywają je najbardziej zróżnicowanym etnicznie miastem na świecie, z pewnością jest też jednym z najbardziej skomplikowanych pod względem społecznym. Oficjalnie zamieszkuje je 10 milionów ludzi, nieoficjalnie mieszkańców może być nawet dwa razy tyle. Ekonomia londyńska oscyluje pomiędzy wysokim dochodem narodowym brutto, generowanym przez pracowników City Of London i małymi, choć niezliczonymi strumieniami dochodu nisko opłacanych pracowników fizycznych: sprzątaczy, barmanów, opiekunek do dzieci, traderów marketowych, pomocników na budowie etc. Na tym jednak rozwarstwienie się nie kończy... na samym dole drabiny są tysiące osobników, obdarzonych przez naszych rodaków pięknym mianem "beneficiarzy".

Ile jest beneficiarzy w samym Londynie, bardzo ciężko jest powiedzieć, samych benefitów jest bowiem tyle, że ciężko to ogarnąć. Można dostawać zasiłek okresowy ze względu na problem w znalezieniu pracy, ale można także czerpać zasiłek, przyznawany matkom po urodzeniu drugiego dziecka... i każdego następnego. Osobnymi benefitami są darmowe mieszkania ("council flaty"), zapomogi komunikacyjne lub nawet całkowita refundacja kosztu tygodniowych czy miesięcznych oysterek. Następnie są już całkowicie ezoteryczne benefity tj. zapomogi dla inwalidów (można je bez problemu dostać także za przedłużające się skręcenie kostki "uniemożliwiające pracę" etc.), zapomogi dla rowerzystów, a na samym końcu zasiłek dla bezrobotnych, przysługujący każdej legalnie przebywającej osobie w Wielkiej Brytanii, która zdołała przepracować 18 miesięcy. Właśnie ten zasiłek jest główną przyczyną pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego w Wielkiej Brytanii.



Gdy pod koniec lat '70 rząd Margaret Thatcher przestawiał się na własną wersję ekonomii "wolnorynkowej" prywatyzując lub po prostu zamykając nierentowne kopalnie i zakłady przemysłowe na północy Anglii i w Szkocji uwalniając także funta poprzez zastosowanie niskich stop procentowych, wygenerowane w ten sposób oszczędności budżetu szybko zaczęły dawać Wielkiej Brytanii drugi oddech na rynkach międzynarodowych, jak też pozwalać na reformę armii i oczywistą ekspansję neokolonializmu. Ekonomii pomogła też oczywiście druga fala imigracji, głównie z Afryki i Karaibów, gdzie społeczństwa tonęły w błocie niemocy. Decyzje ekonomiczne Torysów, jak dobrze wiemy, nie cieszyły się zbyt dużą popularnością społeczną i druga połowa lat '80 wzmocnila popularnosc Labour Party, która wykorzystała niepokoje społeczne i sprzeciw wobec nowych podatkow zdobywajac parlament w latach '90. Jedną z głownych decyzji Labourzystów było złagodzenie tych niepokojów poprzez głęboką reforme systemu opieki społecznej i zapewnienie bezrobotnym szerokiej gamy środków i instrumentów finansowych, dzięki którym mieli odzyskać swoją obywatelską godność.

Koniec lat '80 i początek lat '90 to okres wydobywania się Wielkiej Brytanii ze szponów długiego kryzysu ekonomicznego i gwałtowny wzrost rynków, co łączyło się także z powstawaniem nowych miejsc pracy. O ile okres ten był idealną sposobnością dla wszystkich warstw społecznych do akumulacji kapitału i bezstresowego wydobywania się z biedy czy też po prostu bogacenia się, beneficiarze przyzwyczajeni do opiekuńczej ręki państwa nie stanęli na wysokości zadania powiększając jedynie swoje żądania, co doprowadziło w szybkim czasie do nadęcia budżetu opieki społecznej do niebotycznych rozmiarów. Ze względu na okres ekonomicznej ekspansji Wielkiej Brytanii, nie był to jednak żaden problem – bogacące się wszystkie grupy społeczne nie protestowały przed finansowaniem beneficiarzy ze swoich podatków. Gdy jednak w 2008 w Wielką Brytanię uderzył w końcu krysyz ekonomiczny, spowodowany spekulacjami na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych, paradoksalnie wzmocnionych przez absurdalne regulacje rządowe dla korporacji ubezpieczeniowych, podpisywane przez gabinet Billa Clintona, sytuacja dramatycznie się zmieniła.

Z dnia na dzień ekonomia znalazła się w kiblu, a duże i małe biznesy na równi stanęły nad skrajem przepaści. Na Camden Town, gdzie wówczas pracowałem, tygodniowo zamykały się 2-3 sklepy, a pubom w Wielkiej Brytanii groził upadek. Marks & Spencer tracił 20% przychodu brutto miesięcznie, a nad HMV zawisła chmura bankructwa. Lata 2008-2011 należą do najgorszych w Wielkiej Brytanii od przynajmniej 30 lat i trudno się dziwić, że frustracja społeczna wzrasta z miesiąca na miesiąc. W Londynie, który od wielu lat żywił się napływem taniej siły roboczej i dużym wzrostem ekonomicznym, zapewniającym masowe miejsca pracy, ten stan rzeczy jest zwielokrotniony przez stres przeludnienia, masowo występujące skupiska bezrobotnych, getta słabo mówiących po angielsku nielegalnych imigrantów oraz rosnące w siłę z dnia na dzień nastoletnie gangi, który dysponują tak dużą psychologiczną siłą, że ludzie boją się zwrócić uwagę w autobusie komukolwiek poniżej 20 roku życia.



Tottenham, gdzie wybuchły zamieszki, jest w Londynie szczególnym miejscem nie ze względu na oddziaływanie kulturalne i nie ze względu na klub sportowy, ale ze względu na najniższe czynsze w tym mieście, które zawsze przyciągają najbiedniejsze warstwy społeczne – beneficiarzy i świeżych jeszcze imigrantów. Nikt nie wie na pewno czy Mark Duggan był dilerem, czy pierwszy otworzył ogień, czy naprawdę zaczął uciekać gdy zatrzymała go policja, ale jedno jest pewne, zasadniczo mógł być to ktokolwiek inny, gdyż Londyn jest od kilku lat jak beczka prochu i cokolwiek może stać się iskrą zapalną. Należy oczywiście dodać, że londyńska policja w żadnym stopniu nie przypomina polskiej, to bardzo nieefektywna, spętana procedurami grupa, która nie może nawet używać gumowych kul do rozpędzania tłumu. Od wielu lat nie radzi sobie nawet z nastoletnimi gangami, które ganiają się z nożami po całym Londynie próbując się nawzajem eliminować. Zajścia tj. dwunastolatek, który dostaje nożem w parku, bo ma „nieodpowiedni adres” to w Londynie normalka!

Właśnie na styku niewydolności, lenistwa i całkowitego upadku instytucji rodziny w Londynie rodzi się problem gangów, które amerykanizując się pod wpływem mediów, zaczynają wywierać coraz większy wpływ na lokalne życie społeczne. Właśnie te grupy gówniarzy nie chodzących do szkoły, pochodzących z rodzin siedzących od lat na benefitach, w których nawet umiejętność wysłowienia się po angielsku przychodzi z trudem, stają się głównym ostrzem rozruchów, jakie wybuchły cztery dni temu w Tottenham. Są za młodzi i za głupi, żeby posiadać jakąkolwiek świadomość polityczną, karmieni snami o sławie i bogactwie, które roztaczają dookoła brytyjskie media marzą o nowych Nike'ach, Wii i iPhonie 3G. Ich atakami padają sklepy na głównych ulicach i sieci handlowe tj. JB, HMV, Tesco czy Debenhams. Nie interesuje ich wydawanie manifestów politycznych ani zawiązywanie ruchów samopomocy, to nie ten typ młodzieży, która poszłaby pracować w syndykacie anarchistycznym dla dobra klasy robotniczej. To bardzo smutne, ale te największe w Londynie zamieszki od ponad 30 lat są motywowane przez niskie instynkty bandy sfrustrowanych dresiarzy, którzy wykorzystują swoje pięć minut, żeby włamać się do sklepu z elektroniką i spierdolić na chatę pod osłoną nocy. Najgorsze jest jednak to, że są oni idealnym tworem państwa socjalnego, w którym na każde wyciągnięcie ręki sypie się złoto.

Friday, 26 February 2010

Kurwa, kurwa, kurwa!!!

Słońce weszło w znak Ryb czy też tak sie przynajmniej wydaje, a my musieliśmy na początku tego tygodnia wynieść sie ze swojego romantycznego studia flat na Finsbury Park i przeprowadzić na Haringey w okolice Green Lanes.

Co w Londynie człowieka generalnie wkurwia oprócz tego, ze wydatkom nigdy nie ma końca, bo Lewiatan wpierdala kasę, jak pojebany? Trzeba na naprawienie każdej najmniejszej usterki czy wykonanie usługi czekać, a efektywność tych czynności jest bardzo niska.

Miesiąc temu w starym mieszkaniu przestał działać nam prysznic, bo wysiadla pompa, pięć dni trzeba bylo czekać na interwencje brata mojego ex-landlorda! Gdy już udało nam się wyprowadzić (dokładnie 23 lutego) i miałem nadzieję na poprawę losu, w nowym mieszkaniu zastaliśmy rozjebany bojler i brak ogrzewania...

Gdy udało się juz ekipie naprawczej napuscic wody do obiegu i grzejniki zaczęły chodzić, na następny dzień znowu kurwa była zimnica, bo spadło ciśnienie na skutek pierdolonego wycieku w niezidentyfikowanym miejscu! Ja jebie, to miasto mnie doprowadzi na krawędź załamania nerwowego z powodu zwykłych wypadków losowych.

P.S. Widzę tu kolejna lukę niszowa dla psychoterapii. Jeśli ekipa naprawcza nie pojawia sie od tygodnia, a w twoim mieszkaniu po raz trzeci w ciągu pól roku wysiadlo ogrzewanie, rozladuj napiecie i napisz do Misia.


Saturday, 24 October 2009

Garażowa eksplozja

Lata '60 będziemy odkrywać jeszcze nie raz, gdyż wiele zjawisk, które wtedy zaatakowały umysły, wciąż czeka na wyciągnięcie ze skrzyni czasu. Ten okres w muzyce przede wszystkim kojarzy się z początkiem rocka progresywnego i psychedelicznego oraz pierwszymi eksperymentami z minimal music. Tym razem wraca pod zupełnie innym imieniem, które brzmi 60's garage. Obiekt westchnień kolekcjonerów winyli w Londynie czy Nowym Jorku, od kilku lat staje się prawdziwą, podziemną sensacją.


Londyński start w przeszłość


Jesteśmy na The Nitty Gritty, małej, undergroundowej imprezie w pubie The Constitution na Camden Town. W ciasnej piwnicy tańczy około 20 osób ubranych w klasycznie skrojone garniturki lub luźne sukieneczki (zależnie od płci), a na głowach oczywiście obowiązkowe "pork pie hats". Można odnieść wrażenie, że to środek lat '60, gdyż didżeje grają sety składające się z soul, raw funk, rocksteady i 60's garage. Przeboje Shirley Ellis mieszają się tutaj z garażowym The Fifth Estate i ulicznym funkiem Donny'ego Hathawaya. To nowa koncepcja londyńskiej zabawy, radosne, hedonistyczne retro. Szkoda jedynie, że impreza kończy się dosyć wcześnie.

Jak mówi pomysłodawczyni całego wydarzenia, Debbie, didżejka oraz ekspertka od „czarnej muzyki”, pracująca na codzień w sklepie Intoxica na Portobello Road: - Gramy muzykę, jaką naprawdę lubimy. Na nasze imprezy przychodzą znajomi, a grają im również znajomi, więc atmosfera jest zawsze doskonała. Koncepcja The Nitty Gritty powstała dzięki spotkaniu z moją znajomą, Elsą. Obydwie zafascynowane byłyśmy old skulowym brzmieniem, więc szybko powołałyśmy do życia tą imprezę. To coś zupełnie innego od wszystkich innych londyńskich wydarzeń.

INTOXICA TO JEDEN Z NAJBARDZIEJ PRESTIŻOWYCH, LONDYŃSKICH SKLEPÓW MUZYCZNYCH, KTÓRY SZCZYCI SIĘ POSIADANIEM NAJLEPSZEJ JAZZOWEJ PIWNICY W TEJ METROPOLII I NIE JEST TO ZBYT DUŻA PRZESADA, GDYŻ SELEKCJA JEST TU IMPONUJĄCA. JAK MÓWI CHRIS ENERGY, WŁAŚCICIEL HIT 'N' RUN RECORDS, PRZESTRONNEGO HANGARU W WALTHAMSTOW, W KTÓRYM STERTY KARTONÓW Z PŁYTAMI SIĘGAJĄ OD PODŁOGI DO SUFITU: - Dali mojemu znajomemu 50.000 funtow za kolekcje freakbeatu, 60's psyche i calej reszty.

Nawet jeśli Chris lekko przesadza, można sobie szybko wyobrazić, że muzyka z lat '60 znowu jest na fali, co widać nawet po szukającej świeżych inspiracji brytyjskiej sceny indie, która coraz bardziej skręca w stronę klasycznego rock & rolla mocno posiłukjąc się 60's garage. Papierkiem lakmusowym trendów w Londynie są zaś od zawsze ceny płyt winylowych, które szybują w górę lub spadają w miarę, jak dany gatunek muzyczny staje się bardziej lub mniej popularny. W ciągu ostatnich dwóch lat wszystkie liczące się sklepy muzyczne dorzuciły u siebie etykietkę 60's garage, gdy gatunek ten z podziemnego zjawiska stał się nagle obiektem zainteresowania muzycznych kolekcjonerów, gazet i komercyjnych stacji radiowych.

Cały ten garaż


Za początek ery 60's garage uważa się rok 1963, kiedy w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych eksplodowała fala muzyki, tworzonej przez lokalne, amatorskie grupy. Próby bardzo często odbywały się w garażu jednego z członków zespołu, skąd bierze się współczesna nazwa tej szufladki, która w tamtym czasie nie była jednak postrzegana jako osobny nurt . Zazwyczaj grupy te nie wychodziły poza lokalną popularność grając małe gigi i często wydając zaledwie jeden lub dwa single siedmio calowe w limitowanym nakładzie, rzadko EPkę czy LP. Te rzadkie skarby teraz stają się celem poszukiwań fanatycznych kolekcjonerów.

Na nurt 60's garage duży wpływ wywarły brytyjskie grupy tj. The Who, The Rolling Stones, The Small Faces czy The Yardbirds, które swoją karierę zaczynały również w połowie lat '60. Ich muzyka silnie zainspirowała amerykańskich i kanadyjskich artystów dając im potężnego kopa, ale jednocześnie szybko doprowadziła do wyczerpania nurtu, którego szczyt przypada na 1966-1967, by w następnych czterech latach zostać zupełnie zapomniany.

Stylistyka 60's garage wahała się od grzywek i garniturów a la The Beatles aż po pre-glamowy image, inspirowany komiksami firmy Marvel. W sferze muzycznej dominowały kawałki często nie przekraczające trzech minut, zazwyczaj w niskich tonacjach, z brudnymi, gitarowymi riffami, o pozostawiającej wiele do życzenia produkcji. W takim układzie samo brzmienie stawało się często pretekstem dla nazwy grupy, co widać np. dobrze w przypadku The C-Minors. Teksty często oscylowały wokół uczuć miłosnych i inspirowane były zarówno lotami pozytywnymi, tak jak w przypadku utworu "Just a Little Feelin", wspomnianego wyżej The C-Minors, jak i mrocznymi melancholiami, tak jak np. w przypadku znakomitego utworu "Black Lantern" zespołu Caesaer Romans.

Odkryte ponownie


60's garage został wyciągnięty ponownie na światło dzienne dzięki podwójnej kompilacji „The Nuggets” (1972), wyprodukowanej przez samego Lenny'ego Kaye'a, gitarzystę Patti Smith Group. Znalazły się na niej m.in. takie garażowe przeboje, jak: "Pushin' Too Hard" grupy The Seeds, "Lies" grupy The Knickerbockers, "It's-A-Happening" grupy The Magic Mushrooms czy znakomity, mroczny kawałek "Five Years Ahead Of My Time" grupy The Third Bardo. Kompilacja wywołała niemałą furorę i spowodowała krótki okres ponownego zainteresowania tym gatunkiem.

Wkrótce scenę zajęły jednak hard rockowe, protopunkowe zespoły tj. MC5, The Stooges i The New York Dolls, które insipirując się 60's garage pociągnęły muzykę gitarową w znacznie dynamiczniejszą stronę otwierając wrota dla punk rocka. Największym miłośnikiem 60's garage miała się stać jednak amerykańska scena indie, która w latach '80 została jedną z najważniejszych przechowalni klasycznych, gitarowych brzmień. Na początku lat '90 indie zaczęło z kolei ewoluować w stronę grunge, którego charakterystyczne brzmienie zostało stworzone przez geniuszy tj. Steve Albini (Shellac, Big Black). Scena z Seattle w krótkim czasie została głównym ośrodkiem, który underground zespolił na stałe z gitarowym mainstreamem. Ten jednak sam podupadł, gdy nurt zdążył się do połowy lat '90 całkowicie wypalić.

Jak się okazało, gitarowy underground otwierał jednak w tym czasie po cichu kolejne szkatułki czasu, by uprzytomnić masowej publice, że gitarowa tradycja nie zaczęła się od Led Zeppelin. Jedną z najbardziej znanych grup, które wywodzą się z tej tradycji, jest dzisiaj The White Stripes. Jej inspiracje stają się oczywiste dla każdego, kto wsłuchiwał się kiedykolwiek w 60's garage. Inną popularną grupą, która oskarżana jest przez znawców o zrzynanie, jest wielce popularna na wyspach The Strokes nie wspominając o pop-indie chłopcach z The Arctic Monkeys i nu rave'owych adwersarzach z The Klaxons.

Jak mówi nam Francis, ekspert od 60's garage londyńskiej sieci Music and Video Exchange z Notting Hill: - Obecnie zbyt dużo uwagi poświęca się tej muzyce, ponieważ została ona spopularyzowana przez nowe zespoły. To w pewnym sensie bardzo smutne, ponieważ zabija scenę, która istniała od zawsze. Np. The Horrors kopiują styl 60's garage niemal na żywca, zupełnie pomijając kwestie muzyczne. Jednak doskonale przemawia to do młodych ludzi, którzy kupują płyty. Przerodziło się to moim zdaniem w nowy, miejski trend, który jednak umrze w ciągu dwóch lat, jeśli już nie umarł.

Sunday, 18 October 2009

Sezon na Jodorowsky'ego!

Jodorowsky będzie miał już niedługo dla siebie aż cały miesiąc w Londynie, gdyż z początkiem listopada startuje zorganizowany przez grupę Guerilla Zoo zestaw wydarzeń, poświęconych temu ostatniemu z mistrzów artystycznej alchemii.

Będą premiery teatralne, wystawy, projekcje filmów i dyskusje. Więcej informacji znajdziecie na stronie Guerilla Zoo.

Wednesday, 10 June 2009

Pracownicy londyńskiego metra strajkują!



Mam szczęście, ze od Camden Town mieszkam całkiem niedaleko (Finsbury Park) i codziennie mykam autobusem, co zajmuje mi jakieś 15 minut. Dzisiaj zajęło mi to jakieś pól godziny, ze względu na chaos organizacyjny, powstały na skutek strajku pracowników metra - wszystkie linie zostały zawieszone na dwa dni, gdyż strajkuje jakieś 20,000 ludzi.

Związkowcy rządają tym razem nie podwyżki (pensja kierowcy w metrze zaczyna się od 40,000 funtów rocznie), ale przywrócenia na stanowiska pracy dwoch kierowców, zwolnionych niedawno.

I tu leży pies pogrzebany, jednego z nich zwolniono gdyż na stacji metra, należącej do Victoria Line otworzył drzwi nie z tej strony co trzeba, a następnie skłamał w dochodzeniu. Drugiego zwolniono za kradzież.

Jeśli związki wywierają naciski, byle tylko pokazać siłę, jaka wciąż dysponują, prawo do strajku jest tu w sposób oczywisty wykorzystywane przeciwko zwyklym londynczykom, którzy najbardziej na tym ucierpią.

Witamy w Europie czasów kryzysu, gdzie każdy racjonalny argument jest obalany na rzecz racji losowo wybranej grupy interesu. Widziałem już w Londynie plakaty z hasłem "Kapitalizm nie działa", reklamujący konferencje neomarksistowska. Osobiście wywiesilbym plakaty z hasłem: "Etatyzm nie działa - spróbujmy w końcu kapitalizmu".


Wednesday, 11 February 2009

Krotki film o chaosie



Kilka dni temu w moim domu na Windsor Road doszło do małego wypadku. O godzinie 16 koleś roznoszacy ulotki zauważył lejaca się przez drzwi wejściowe wodę. Natychmiast wezwał policję, która wezwała z kolei straż pożarna. Brygada nie mogąc znaleźć nikogo, kto mógłby otworzyć im drzwi, wywazyla je i wylamala także zamek do studio flat na pierwszym pietrze, gdzie pękła rura odprowadzajaca wodę z prysznica. Wyciek szybko został zatamowany, a nad rura znalazłem po przyjściu dwie godziny pozniej napis "leak joint".

Oczywiście dom przestał się nadawać do użytku, tak więc razem z moja dziewczyna obejrzelismy następnego dnia całkiem ładne studio flat na tajemniczej ulicy Brownswood Road, numer 23... Już wtedy podejrzewalem, że ta historia tak gładko się nie skończy.

Wyprowadzki dokonaliśmy szybko lądując graty na VW T4, ktory na szczęście był do dyspozycji. Ile się tego uzbieralo, nawet ja byłem w szoku. Gdy spędziliśmy w nowym mieszkaniu pierwsza noc, stwierdziliśmy że był to dobry wybór lokalizacji, przestrzeni za rozsądna cene. Po dwóch dniach z bojlera od centralnego ogrzewania zaczęła cieknac woda. Mały, na pozór niegroźny wyciek szybko stał się poważny i doprowadzał nas do białej gorączki.

W nocy dnia następnego doszło jednak do kolejnej usterki. Gdy obudzilismy się rano, oczom naszym ukazał się zalany do połowy dywan, a źródła nie udało się zlokalizować. Miałem wtedy dzień wolny, więc po tym, jak poinformowałem naszego landlorda, zająłem się natychmiast osuszaniem mieszkania. Niestety, po dwóch godzinach walki stwierdziłem, ze i tak nie uda mi się tego zrobić za szybko. Siadlem więc sobie do pisania xiazki, której pierwszy rozdział miałem zamiar właśnie skończyć. Gdy z powrotem zacząłem osuszac mieszkanie zuzywajac do tego mnóstwo szmat, zatkal się prysznic, a mi pozostał tylko zamęt i wkurw przeokrutny!

Oto jak Bogini Eris wystawia na próbę swoich wyznawców!

Skutki tego chaosu usuwa dzisiaj hydraulik, więc mam nadzieję ze uda mi sie w końcu skupić na pisaniu zamiast walczyć z chaosem. Nikt jednak nie mówił, ze będzie łatwo.


Friday, 3 October 2008

A tak w ogóle...



... to pozwolę sobie na małą dygresję na temat tego, co obecnie porabiam zawodowo. Ostatecznie rzuciłem zawód dziennikarza po ostatniej, nieudanej próbie rewitalizacji moich ambicji w tym kierunku i otworzyłem ze znajomym mały sklepik w sercu Camden Stables, gdzie można mnie spotkać pięć dni w tygodniu przynajmniej do końca listopada. Gdyby ktoś chciał podejść i pogadać, serdecznie zapraszam.


Trzy słowa od papieża do ojca prowadzącego czyli imigranta na Polaków spojrzenie



Mój ulubiony krytyk polskich wad narodowych, Witkacy, zasłynął powiedzeniem, że Polska byłaby wspaniałym krajem, gdyby mniej w niej było Polaków. Stwierdzenie to obrazuje wbrew pozorom nie tylko niechęć wielkiego artysty do mentalności przeciętnego Polaka, ale wskazuje także na niedostatek pozytywnego myślenia o polskiej tożsamości narodowej przez najbardziej zainteresowanych.

Przez ponad dwa wieki polska tożsamość narodowa była kształtowana głównie w opozycji do otaczających zewsząd Polaków wrogów, którzy stanowili śmiertelne zagrożenie dla ich języka i kultury biorąc je w bezlitosne kleszcze. Można by zaryzykować stwierdzenie, że polska tożsamość narodowa stała się dzieki temu w dużej mierze tożsamością negatywną – wymierzoną przeciwko komuś, przed kimś wiecznie się broniącą.

Nie da się jednak ukryć, że w ten właśnie sposób udało się stworzyć zbiorową świadomość, funkcjonującą w oparciu o widmo niewidzialnego wroga. W podobny sposób udało się wspiąć w przedwojennych Niemczech na wyżyny popularności faszyzmowi. Nie byłoby to nigdy możliwe bez korzenia wszelkich struktur organizujących życie zbiorowości – tego co mój przyjaciel, Dariusz Misiuna, określił kiedyś w rozmowie jako "tyranię kolektywizmu". Ta mityczna "władza systemu" od zawsze była wspomagana przez ortodoksję religijną i dyskurs polityczny, działający w dualistycznym polu zły – dobry, czarny – biały, wróg – przyjaciel etc.

W tym polu została też zorganizowana i utwardzona polska tożsamość narodowa. Łatwo to zauważyć, szczególnie w Londynie, gdzie na każdym kroku można usłyszeć polski język. Mogę uważać przy tym za swoje szczęście, że nie przypominam wyglądem Polaka i dzięki temu mogę podsłuchiwać "swoich rodaków" na ulicy oraz w autobusie. Zdarzyło mi się ostatnio usłyszeć z ust Polaków wiązankę na temat muzułmanów, czarnuchów, którą ku mojemu zdumieniu zakończył szyderczy komentarz na temat "dziwnego, wielkiego kolczyka" w moim uchu, który mógłby sobie wsadzić kolega... ten „kolczyk” był w zasadzie stożkiem do rozpychania ucha. Miał wprawdzie 10 mm, ale nie było w nim nic dziwnego. Prawie mnie zatkało, ale nie dałem po sobie poznać, że coś zrozumiałem. Konspiracja to podstawa.

W zasadzie nie zdziwiło mnie to zupełnie, gdyż zyjąc 27 lat w Polsce zdążyłem zrozumieć, że Polacy mają jeden podstawowoy problem – nie potrafią akceptować inności. Wychowani w świadomości słuszności swojej religii, stylu życia, myślenia, postępowania, a nawet ubierania (jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało), pielęgnują to, co Nietzsche nazywał "moralnością niewolnika" - kult szarości i przeciętności. Widząc jednostkę odstającą od tłumu, jak wściekłe szerszenie, Polacy organizują się, by ją zniszczyć. Indywidualizm jest największym zagrożeniem dla „tyranii kolektywizmu”.

Przez tą cechę większość Polaków ma jednak wielki problem z odnalezieniem się w realiach społeczeństwa post narodowego, w wirze multikulturowej metropolii tj. Londyn. Powierzchowna, ukształtowana za europejskim murem świadomość wyjątkowości, pada jak domek z kart. Pan Rysiu z Białegostoku, który dostaje ataku serca, gdy ktoś zagada do niego po angielsku, jest tego najlepszy.m przykładem. Przez fałszywą pewność siebie przebija się wstyd. Wstyd braku edukacji, braku wychowania, stylu obcowania z innym i wstyd bycia bycia gorszym – pachołkiem z Europy Wschodniej. Syndrom mięsa armatniego, wyzierający prawie z każdej pary oczu, to Polaków w UK znak rozpoznawczy.

Egzystencjalny smutek polskiej imigracji w UK nie bierze się jednak znikąd – to efekt nieprzygotowania edukacyjnego do realiów post kolonialnej Europy. Gdyby eksperyment z Madagaskarem zakończył się sukcesem, może wtedy Polacy "zasmakowaliby imperializmu" i stali się bardziej świadomi innych kultur i ich zwyczajów, a także pozwoliliby sobie na więcej luzu. Polak, jak kołek wyjęty z płotu ma bowiem także problem z wyluzowaniem się, ze zrzuceniem z siebie grobowej maski, w którą ubrał go kościół, szkoła i społeczeństwo.

Ten stan rzeczy odbija się nie tylko na relacjach z innymi ludźmi, ale także na stylu, który prezentują Polacy w UK. To przelewająca się szaro-burość. Przeciętny Polak w Londynie to wyrwany ze wsi spod Lublina wieśniak, który nie potrafi w żaden sposób zaakcentować swojej ciekawości świata i kolorów osobowości. Nic jednak dziwnego, cech on tych po prostu zwykle nie posiada nakłądając sobie na siłę maskę męczennika, wisielca (tarotowe inklinacje, jak najbardziej wskazane do analizy).

Wykształca się w ten sposób stereotyp Polaka, który ryje 18 godzin na dobę, nie dba o siebie i chodzi po ulicy z mieszanką smutku, wściekłości i niepewności na twarzy. W Londynie Polak to zbir ze Wschodu, Tatar współczesnej Europy. Co pomogłoby to zmienić? Bardzo niewiele, trochę szacunku dla siebie samego, więcej spokoju, wyrozumiałości dla innych realiów, a ponad wszystko chęć tworzenia pozytywnego wizerunku siebie samego, czego wszystkim Polakom w Polsce i za granicą serdecznie życzę!


Tuesday, 9 September 2008

Głos z drugiej strony lustra



Właśnie mija mój jedenasty miesiąc pobytu w Londynie - czas przeplatany szukaniem nowej formuły dla własnej osobowości, stresem związanym z życiowymi zawirowaniami, spotykaniem nowych person, odkrywaniem tajników Tarota i dalszymi kontaktami z loa. Nie byłby to jednak nigdy czas tak twórczy, gdyby nie fakt że kontemplowałem w tym czasie, a także przekazywałem do swojej podświadomości wiele z myśli i emocji, kłębiących mi się w organizmie, które teraz czas wydobyć na powierzchnię.

Ostatni miesiąc był dla mnie prawdziwym szaleństwem, spotkałem kobietę, z którą już po trzech dniach mogłem natychmiast zdecydować się na wspólne życie - dzielenie miejsca, czasu, ciała i serca. Novella tryska swoim włoskim temperamentem na wszystkie strony sprawiając, że czuję się tak, jak nigdy wcześniej - spełniony i szczęśliwy, bez paranoicznych dodatków.

Dzielimy wiele wspólnych pasji jednocześnie nie będąc dzieleni przez nic. Jej czuła osobowość z ostrym temperamentem są dla mnie prawdziwym wybawieniem od tego, co 27 lat miałem na talerzu w rodzimym kraju. Wreszcie nie muszę się użerać z kobiecymi chorobami mentalnymi, karmionymi czule przez wiele Polek - charakterystycznymi zresztą dla przedstawicielek tego narodu.

Nie jestem straszony widmem dzikiej zazdrości, syndromem braku orgazmu, judeochrześcijańskiem poczuciem winy, chorobliwą nieśmiałością, postawą "bo mi się należy", kobiecymi przywilejami, pierdolonymi konwenansami, a także nie muszę dzielić swojego życia na dwie połowy: na żywot grzecznego, posłusznego mężulka i niegrzecznego, wiecznie najebanego kolesia, który upija się z ziomkami i łazi na dziwki. Panie i panowie, z tą kobietą nie muszę składać swojego życia na ołtarzu społecznej schizofrenii, czego każdemu zresztą życzę.

Przy okazji realizuję swój plan, który powstał w mojej głowie jeszcze przed wyjazdem do Londynu, ale tylko tutaj mogłem doprowadzić do jego realizacji. Odrzucam znoszoną szatę psiej przynależności do kolektywistycznego koryta. Nie mogę już dłużej pielęgnować słodkiej lecz naiwnej, XIX wiecznej ideologii przynależności narodowej. Jest ona niemożliwa w wieku internacjonalistycznego miksera, który pożera wszystkie liście z drzewa, by wyprodukować całkowicie nową perspektywę.

Odrzucamy rytuały starych czasów, gdyż są one czarne. Nie nadają się one już dłużej ani jako definicje formatywne, ani jako techniki tańca w tłumie. Przyznajmy wreszcie, iż wszyscy jesteśmy kosmitami, a latające spodki, to nasze mobilne domy. Jako psychogeograficznym nomadom pozostaje nam rodzenie nowych idei i tuneli rzeczywistości jedynie w oparciu o prawdziwą Wolę.

Jeśli mamy jeszcze uprawiać jakikolwiek komentarz o innych i o nas samych, możemy to jedynie robić w oparciu o trans imperatyw. Siłą rzeczy musimy stać się relatywistami, którzy surfując po falach chaosu spotykają innych nam podobnych sportowców, ale nie rzutują na nich projekcji, powstałych w opraciu o naszą socjalizację, o nasze mentalne przyzwyczajenia i inne prymitywne wdruki poniżej czwartego poziomu Leary'ego.

Mądrość rodzi się na ulicy, gdzie zewnętrzne formy muszą zostać odrzucone na rzecz perspektywy płynnego chaosu. Jesteśmy tu i teraz, a resztę nich pożre Wielki Cthulhu!


Sunday, 8 June 2008

Dzieje się, dzieje...



Jestem ostatnio tak zajęty, że mam tylko czas wałęsać się po Londynie :) To chyba kara za to, że przez ostatnie dwa tygodnie zbytnio się nie przepracowywałem, głównie załatwiając formalności związane z postawieniem stoiska ze zdjęciami na Spitalfields Market. Panie i panowie, idę w końcu na swoje dzięki współpracy z Jarkiem z Camden Shop! Trzeba coś w końcu robić!

Do tego wszystkiego startuję jutro z nowym portalem muzycznym dla diaspory polskiej na Wyspach, którego zostałem redaktorem naczelnym. Kliknijcie sobie w ten link: Antyportal. Strona na razie będzie update'owana dwa-trzy razy w tygodniu, ale wszyscy mamy nadzieję, że stanie się poważnym medium, jak tylko sytuacja finansowa postawi wszystko w pionie! Na razie mamy jednego strategicznego sponsora, jesteśmy w trakcie otwierania biura w Londynie oraz kompletowania zgranego zespołu.

Oczywiście, gdyby któryś z moich fantastycznych czytelników miał jakiś fajny materiał lub też chciałby popracować dla mnie jako freelancer, niech pisze na mój prywatny e-mail. Obiecuję, że wszystkie materiały przeczytam, a najlepsze opublikuję proponując stałą, płatną współpracę ludziom, którzy prezentują sobą pewien poziom.

Jeśli mieszkasz zaś w Dublinie lub Edynburgu i potrafisz śledzić, co się u ciebie dzieje w sferze muzycznej, również podeślij mi swoje materiały, gdyż koło sierpnia-września będziemy tam zatrudniać po jednym korespondencie.

Jednym słowem, nie ociągać się!


Friday, 9 May 2008

Nihil novi ;)



Jak pewnie zauważyliście, blog od jakiegoś czasu leży odłogiem i sam nie wiem kiedy ożyje ponownie. Powody są dwa, po pierwsze odcięto mnie od internetu, a po drugie mam obecnie dwie prace part time'owe i ciągnę jeszcze freelancing dla Nowego Czasu (zaglądajcie od czasu do czasu na stronę London Calling).

Odżyła jednak w międyczasie MAGIVANGA, na którą udało mi się wrzucić kilka nowych artykułów. Check it out! Obecnie w fazie planowania jest kilka artykułów źródłowych na tematy magiczno-muzyczne, które pójdą do Profili może jeszcze w tym miesiącu. Zastanawiam się też nad kilkoma tłumaczeniami swoich rzeczy na angielski, gdyż pojawia się zapotrzebowanie.

A tak w ogóle po ostatnich ekscesach narkotykowych, opiekunka z wyższego wymiaru zachęciła mnie do aktywnej zmiany swojego życia. Przeprowadzam więc proces oczyszczania duchowego, mentalnego i fizycznego, który potrwa trzy miesiące. Czuje, że jest to jedyna prawdziwa metoda na Londyn, gdyż w innym wypadku utonę szybko we wszechobecnym gównie!

Po raz pierwszy raz w życiu chcę się też zacząć ubierać całkowicie na biało. Moja znajoma Brazylijka stwierdziła, że w ten sposób wyglądać będę już jak totalny wyznawca Candomblé. Styl musi gonić potrzeby duchowe, nie inaczej :)

Poniżej mała próbka mojego nowego wizerunku:


Tuesday, 8 April 2008

I'm a violent motherfucker, so are you :)



OK, dzięki temu, że znowu mam zapewnione przetrwanie dzięki nowo poznanemu bratu w magicznym ogródku, który tym razem okazał się szefem kuchni, Thelemitą i hiphopowym didżejem w jednej osobie, mogę zająć się tym ostatnio, nieco zapuszczonym blogiem :)

Całe szczęście, gdyż chciałem już uciekać się do ekspresowo działających rytuałów z dużą zapłatą :P Przy okazji jeszcze raz strumień wdzięczności kieruję w stronę Agnieszki i Marcina, którzy wciągnęli mnie w wir działania psychedeliczno-organicznego Inspiral Lounge!

Co mam dla was tym razem? Dużo przemocy, prezentację dwóch niezwykle ciekawych idei, które zagnieżdżone zostały w londyńskim światku i znakomicie się przyjęły. Na pierwszym z nich już byłem, na drugie się dopiero szykuję.

Poznajcie więc Scrap Club:



... oraz London Rollergirls:




Na razie bez komentarza, gdyż artykuł i o jednym, i o drugim na pewno ukaże się w "Nowym Czasie". Kiedy to nastąpi, na pewno puszczę ten materiał na bloga!


Wednesday, 2 April 2008

We made it, kurwa!



Ufff... właśnie wróciłem z mojej ulubionej imprezy w klubie Orleans, na której grają fayne steppasy, by oznajmić, że już nie jestem bezrobotny! Pracę dostałem o pierwszej nad ranem i się zajebiście kurwa cieszę! Wprawdzie nie wiem na ile dni w tygodniu i na jak długo, ale zawsze to jaskółeczka, zwiastująca poprawę losu :)

Nie byłoby tak jednak, gdyby nie moi przyjaciele, którzy zawsze mnie wygrzebują z kłopotów i którym niezmiernie jestem wdzięczny! Może faktycznie mam więcej szczęścia niż rozumu. Chciałem już pić z komputerem sam na sam za hajc z karty kredytowej i zostać w tempie ekspresowym alkoholikiem, ale mój przyjaciel rzekł: "Jeśli chcesz zacząć pić, najpierw oddaj mi moje pieniądze!" Jak możecie się domyślić, nie stać mnie na to, więc widać alkoholizm nie jest mi przeznaczony.

A rewres jest taki, że może to i fascynujące podniecać się duchami umarłych magów, poetów i innych niestabilnych życiowo osobników, którzy pili na umór, jak tylko coś nie szło po ich myśli, ale czasem warto podjąć wysiłek udźwignięcia życia na trzeźwo, czego wszystkim skłonnym do alkoholizmu na skutek niepowodzeń życiowych serdecznie życzę!

Monday, 31 March 2008

Blues białego człowieka...



Kto by pomyślał, że w obliczu perspektywy poprawiających się warunków życiowych, które miałem jeszcze przed świątecznymi wakacjami w Polsce, nagle wszystko się popieprzy? A tu niestety, zaledwie wróciłem do Londynu, w ciągu dwóch dni straciłem wszystkie możliwości pracy...

Byłem wprawdzie w międzyczasie na jakiejś rozmowie kwalifikacyjnej w dużej firmie, na którą nawet garnitur kupiłem (na kartę kredytową), ale nie wpłynęło to jakoś znacząco na poprawę mojej sytuacji, gdyż w słuchawce telefonu nie rozległ się żaden głos.

Za ostatnie pieniądze opłaciłem w niedzielę mieszkanie i jedyne, co teraz mi się powiększa, to długi... kiedy skończy się jedzenie w lodówce, to nadejdzie chyba czas na myślenie o powiedzeniu "Żegnaj Wielka Brytanio!"

Każda cierpliwość ma swoje granice, a moją fatalną passę przydałoby się w końcu świadomie zamknąć! Czuję się już od dłuższego czasu, jak w złym śnie, na który mam minimalny wpływ. Ani magia, ani racjonalne myślenie już nie pomagają, los się po prostu do mnie nie uśmiecha.

I nieuchronnie przypomina mi się znakomity kawałek, "H2OGate Blues", w wykonaniu Gila Scotta-Herona, który zagnieżdżam wam poniżej:



Thursday, 27 March 2008

Free Tibet Event @ Inspiral Lounge, London, Camden Town





An evening of Tibetan culture and culinary treats

Through the course of the night we will be sharing information about Tibetan culture, the current crisis and human rights issues in China. This will also throw an interesting note on the Beijing Olympics this year - with an appeal to Boycott them!

Free TibetFilms and Multimedia presentations
Tibetan food
DJs and musicians
Discussions

We are all connected!

Facing a brutal crackdown from the Chinese government, Tibetans inside Tibet need our support now more than ever.

Parts of the revenue generated by the cafe will be spent supporting the Tibetan course!

Free entry!

Thursday 27th March @ Inspiral Lounge, London, Camden Town

More info...


: ,

Friday, 14 March 2008

IV Ryzyko (X Fortuna lub Targ)






Od pewnego czasu pracuję na londyńskich targach jako handlarz, sprzedający cierpliwie acz wesoło herbatę czarną, czerwoną, zieloną i białą. Z pracy dla polonijnych mediów nie da się niestety utrzymać na powierzchni. Jednym z moich ulubionych jest pomimo swojego najgorszego okresu od wielu lat, Camden Lock Market, znajdujący się naprzeciwko uległego niedawno spaleniu, Camden Canal Market.

To miłe miejsce zarówno do pracy, jak i wypoczynku. Wszyscy handlarze łączą tam przyjemne z pożytecznym wychodząc z założenia, że dobra praca to taka, w której można się w pełni wyluzować. Czasem zajaram sobie jointa z rana, jak spora część wszystkich moich sąsiadów, podtrzymując tym samym tradycję luzu, z którego słynie Camden Town - miejsce, w którym akceptuje się wszystkich i wszystko.

Camden Lock pomimo bycia dość niecodziennym miejscem, rządzi się swoimi niewidzialnymi zasadami, które najlepiej można określić jako przypływy i odpływy energii. Czasem handlarze gadają cały dzień o różnych rzeczach lub czytają gazetkę umierając z nudów, a czasem udaje nam się coś sprzedać pojawiającym się znikąd włoskim lub hiszpańskim turystom. Dzień dzieli się tu na dwie połowy, handel do południa i po południu... są one ze sobą niewidzialnie powiązane. O tym, jaka będzie sprzedaż, decyduje pogoda, nastawienie i rodzaj energii, która pojawia się na targu. Rodzajów tej energii jest wiele i pomimo tego, że jest to teza ryzykowna, powiedziałbym że jest ich dziesięć, jak w karcie Fortuna z Tarota Thotha, która w Nowoorleańskim Tarocie Wuduistycznym stała się Targiem.



Zanim karta ta stała się u Crowleya Fortuną, w klasycznym Tarocie Marsylskim, jak i w Tarocie A. E. Waite'a, była Kołem Fortuny, które posiadało osiem szprych. S. L. McGregor Mathers, założyciel Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku tłumaczył to następująco:

The Wheel of Fortune. A wheel of seven spokes (the two halves of the double-headed cards make it eight spokes, which is incorrect) revolving (between two uprights), On the ascending side is an animal ascending, and on the descending side is a sort of monkey descending; both forms are bound to the wheel. Above it is the form of an angel (or a sphinx in some) holding a sword in one hand and a crown in the other. This very complicated symbol is much disfigured, and has been well restored by Levi. It symbolizes Fortune, good or bad.


Crowley zastąpił osiem szprych w Kole dziesięcioma, zaś w Nowoorleańskim Tarocie Wuduistycznym obraz koła został zastąpiony Targiem - miejscem, w którym los zmienia się w ciągu sekundy albo na lepsze, albo na gorsze. Na Targu wszystko jest ze sobą współzależne. Jeśli chcesz zrobić sobie przerwę, inni pilnują twojego stoiska, jeśli ktoś potrzebuje drobnych, a ty je masz, natychmiast rozmieniasz mu pieniądze. Jeśli ktoś sprzedaje coś na jednym stoisku mając pod opieką dwa, a na Camden Lock zdarza się tak często, a na drugim w międzyczasie pojawia się klient, robisz to za niego. Innymi słowy, pokojowa i przyjazna współpraca jest na targu podstawą dobrego handlu. Jak nigdzie indziej, właśnie tutaj poznaje się kulturę osobistą innego człowieka, jego zasady etyczne, a bardzo często także zainteresowania, poglądy na życie i zawodowe sztuczki. Targ nie jest możliwy bez współpracy handlarzy, powodzenie jest tu dzięki temu zależne przede wszystkim od umiejętności dostosowania się do niepisanych zasad.



Jak wiedzą handlarze, w poniedziałek można być do przodu, a we wtorek do tyłu. Ryzyko jest wpisane w ten zawód, jak u zawodowego żołnierza. Nie ma reguły na dobry dzień, jednak są znaki, które każdy uczy się powoli interpretować, pozwalające przewidzieć mniej więcej bieg wydarzeń. Jak pisze Crowley w "The Book Of Thoth":

This card is attributed to the planet Jupiter, "the Greatest Fortune" in astrology. It corresponds to the letter Kaph, which means the palm of the hand, in whose lines, according to another tradition, the fortune of the owner may be read. It would be narrow to think of Jupiter as good fortune; he represents the element of luck. The incalculable factor.


Crowley odnosi literę Kaph poprzez kabalistyczną gematrię do astrologicznego znaku Ryb, który związany jest tradycyjnie z Jupiterem, zaś dziesięć szprych do dziesięciu Sefirot Drzewa Kabalistycznego z mocnym przyciąganiem w kierunku Sefiry Malkuth. Karta ta posiada więc moc kształtowania materialnej rzeczywistości w nieprzewidywalny sposób. Trzy figury: Sfinks, Hermanubis i Tyfon, symbolizują elementy alchemicznego wiązania - siarkę, merkuriusz i sól, konieczne do wiecznej przemiany, w której dokonuje się Wielkie Dzieło.



Karta Targ zachowuje dwie z tradycyjnych postaci zastępując Tyfona wężową laską, która jest atrybutem-fetyszem samego Damballah Wedo, twórcy i opiekuna ludzi, dbającego o zachowanie podstawowych, duchowych cnót. Jak pisze Louis Martinie w swoim akompaniamencie dla Tarota Sallie Ann Glassman, przedstawieni na tej karcie, ubrani na fioletowo handlarze, są tak naprawdę członkami wspólnot religijnych, którzy sprzedają swoje wyroby. Są więc jednostkami, które podtrzymują wzajemną więź wymiany duchowej energii...


: , , , , , , ,



Wednesday, 12 March 2008

"London calling" już w sieci!



Moja rubryka "London calling" pojawiła się jednak na stronach "Nowego Czasu". Nie będzie wprawdzie imponującej oprawy graficznej, bo serwis jedzie po kosztach, ale przecież liczy się treść. Zapraszam do czytania londyńczyków i nie-londyńczyków. Ostatecznie na papierze co dwa tygodnie!

Thursday, 6 March 2008

Wyszedłem, zaraz wrócę :)



Jak pewnie zauważyliście, trochę mnie ostatnio nie ma na tym blogu, co niestety jest spowodowane odcięciem od internetu przez większość tygodnia. Od czasu do czasu wpadam jedynie do znajomych, ściągam co potrzeba, sprawdzam pocztę, uzupełniam braki informacyjne i lecę dalej.

Mój reportaż, który otrzymał w końcu tytuł "Złapani w imigracyjną sieć", jest już dostępny zarówno na papierze, jak i w internecie. Moja rubryka pt. London Calling" nie jest niestety dostępna w sieci, ale będzie się ukazywała co tydzień na papierze. W piątek idzie już kolejna, tym razem w dużej części poświęcona dubstepowi, ku uciesze niektórych...

Ogólnie zajęty jestem wystrojem wnętrza swojego małego pokoju, do którego zakupiłem sobie właśnie po przecenie ładną, tybetańską mandalę z wadżrą jako motywem centralnym :) Mam nadzieję, że wniesie trochę porządku w moje życie, którego mi jeszcze trochę brakuje... a przynajmniej pozwoli odetchnąć w miłym towarzystwie buddów, arhatów i protektorów Dharmy :)

Monday, 25 February 2008

Wracam do zawodu



Niezwykle miło mi oznajmić, że po kilku miesiącach życiowych turbulencji, które rzucały mnie tu i ówdzie, bardzo często pod ścianę, ponownie podejmuję jakże niewdzięczny, ale jakże pasjonujący zawód dziennikarza. Widać przeznaczenie nie chce, żebym w Londynie odnajdywał się jedynie jako przedstawiciel klasy robotniczej, co traktuję jako silny znak, wskazujący że od przeznaczenia niestety nie ucieknę.

Organem prasowym, który przyjął mnie pod swoje skrzydła, jest londyński tygodnik Nowy Czas, do którego czytania jednocześnie zachęcam wszystkich polskich imigrantów, którzy jeszcze nie porzucili wiary w polonijną prasę na Wyspach. Od następnego numeru, który wychodzi w ten piątek, będę redagował sekcję z londyńską kulturą muzyczną, w której znajdą się moje własne publikacje oraz reportaże i inne dłuższe teksty.

Pierwszy z nich pt. "Exodus z polskiego piekła", traktujący o prawdziwych powodach emigracji młodej inteligencji z kraju, będzie oczywiście można przeczytać w następnym numerze. Jednocześnie dziękuję Marcinowi Piniakowi, który do mnie zadzwonił, a potem niemal siłą zaciągnął do redakcji, bym ponownie uwierzył, że jest szansa cokolwiek w tym mieście zrobić w ramach polskojęzycznych mediów.

Gazetę można także pobrać sobie ze strony w formacie .pdf, w numerze 72 warty przeczytania jest m.in. doskonały reportaż Marcina, "Re-wizja" o próbach przeklasyfikowania konopi w Wielkiej Brytanii do kategorii C.


Tuesday, 11 December 2007

Czarny prezydent i jego dzieci...



Ostatnio trafilem z bratem z nieodżalowanego, porzuconego na jakiś czas w polsce, pandadread sound system, na jedną z najdziwniejszych imprez, na jakich byłem w życiu. W piwnicy na Brixton miało się odbyć podziemne reggae party z udziałem polskich selektorów i jakichś jamajskich deejayów, na które oczywiście śmignęlismy z nadzieją zakosztowania kilogramow jamajskiej trawy i totalnego wyluzowania się w oparach pozytywnych wibracji. "Co to musi być za wspaniała piwnicy" - pomyślałem.

Isnieje ona oczywiście dalej i znajduje się prawie na przeciwko znanego pubu The Grosvenor, ale to czego doświadczyłem w środku, wciągnęło mnie na pewien czas w zupełnie inną czasoprzestrzeń. Po wejściu do sklepu, pod którym znajdowała się piwnica, oznajmiliśmy Jamajczykowi - jego właścicielowi, że o imprezie wiemy od jej organizatora. Wpuścił nas od razu do środka, gdzie przywitaliśmy się z kolejnymi członkami, czarnej, podziemnej społeczności.

Okazali się nimi: dwóch dziadków (obydwóch koło 70, jeden z Jamajki, a drugi z Nigerii albo z Ghany), ujarany emigrant z bliżej niezidentyfikowanej części Zachodniej Afryki, który kochał Katowice i Polak, który okazał się gospodarzem i organizatorem imprezy. Potem przyszedł czas jeszcze na jamajskiego deejaya i jakąś pryszczatą mulatkę. Wszyscy byli już ujarani jak stodoły i nieźle podpici. Gadka pokręciła się jednak szybko... po tym, jak brat objaśnił, że jestem miłośnikiem Feli Kutiego :)

Od tego momentu nie było już oczywiście spokoju, dla dziadka Fela był pierwszym i ostatnim, czarnym prezydentem Afryki, a może nawet świata. Musiałem z nim nucić kawałki utworów, tańczyć do rytmów Feli, przypominać sobie jeszcze raz, jaki to był wyjebany koleś i raz po raz słuchać słów: "Fela IS a bad boy". Oczywistym było, że dla dziadka Fela Żyje! On nawet do wiadomości nie przyjął, że Fela może nie żyć! Ta wiara mnie urzekła, gdyż tak naprawdę też w to nie wierzę. Fela, wierny kapłan Oguma i bojownik o wolność, oddycha i czuwa nad każdym oddechem ludzkim, próbującym nieść jego przesłanie. To magia, która nigdy nie zginie. Rytmy Feli wprowadzają w wojenny trans!

Poniżej oddaję wam więc garść linków, które uważam za obowiązkowe dla tych, którzy w jego śmierć nigdy nie uwierzyli i nie uwierzą.

- Antibalas
- Kokolo
- Femi Kuti
- Seun Kuti
- Akoya Afrobeat Ensemble
- Albino!
- The Afromotive
- Boston Afrobeat Society
- Aphrodesia
- Fanga
- Wale Oyejide
- Dele Sosimi
- The Budos Band
- Afrodizz
- Tony Allen
- Chicago Afrobeat Project
- Bukky Leo
- Ikwunga
- Wunmi
- Afro Beat Down
- Chopteeth
- Ayetoro
- Asiko