Showing posts with label antropologia kulturowa. Show all posts
Showing posts with label antropologia kulturowa. Show all posts

Monday, 14 April 2008

Kilka powodów, dla których kocham Japończyków!



Za punk rock:



Za hard core:



Za grind core:



Za noise:



Za industrial:



Za rozwojową wersję dancehallowego tańca i za budowanie mostów:





Oraz oczywiście za pasję empiryczną:




Saturday, 24 November 2007

Konrad plays it cool!



Jak mi powiedział jeszcze przed wyjazdem pewien Anglik, jeśli spędzisz w Londynie 10 lat, to nigdy już z niego nie wyjedziesz. Sam spędził w nim 9,5 roku (wychował się na Brixton) i jak twierdził, uciekł w ostatniej chwili, by zamieszkać w Polsce. Koleś spędził w międzyczasie pół roku w jamajskim więzieniu za próbę przemytu kilku kilogramów marihuany do Wielkiej Brytanii, gdzie nabrał też ciężkich uprzedzeń rasowych... nie chciałem pytać czy ładowali go codziennie w dupala?

Mylą się ci którzy myślą, że bycie częścią wielokulturowego społeczeństwa prowadzić musi nieuchronnie do wzrastającej tolerancji na odmienność kulturową, religijną i charakterologiczną. Większość Polaków, których znam, otwarcie deklaruje swój rasim bądź uprzedzenia, które rodzą się najczęściej w bezpośrednim kontakcie z innością. W Londynie gruntem tym jest oczywiście praca, ponieważ rynek pracy jest tu JEDYNYM wspólnym mianownikiem, łączącym wszystkie grupy etniczne. Nikogo nie dziwi tu, że w restauracji, biurze czy firmie, która zatrudnia przykładowo 50 osób, pracują przedstawiciele 15 grup etnicznych, porozumiewający się 30 językami.

Nie zdziwiło mnie i pewnie nigdy już nie zdziwi, że w Londynie kwestia rasizmu jest na porządku dziennym, choć skrzętnie zamiata się ją pod dywan. W oficjalnym dyskursie mamy wprawdzie do czynienia z polityką "równych możliwości", ale w każdym formularzu, dołączanym do podania o pracę mamy pytanie o "pochodzenie rasowe", które jest żywcem wyciągnięte z klasycznych tablic antropologiczno-systematycznych Karola Linneusza, powstałych pod koniec XVIII wieku, a rozwiniętych przez XIX wiecznych ewolucjonistów, bez których nie byłoby m.in. eugeniki, tak kochanej przez nazistów podczas krucjaty, mającej ustanowić na świecie III Rzeszę, do której prowadzić miała absolutna segregacja rasowa, ludobójstwo i pozytywna selekcja genetyczna.

Anglicy zdają się też być narodem, który jest przywiązany do pewnych, "znaczących" szczegółów. Wychodzą z założenia, że jeśli nie ma masowych protestów spolecznych przeciwko ich istnieniu, mogą sobie one egzystować bez zakłóceń. Z drugiej strony, to co dla Polaka wydaje się absurdem, jest tu częścią kulturowych kodów i przyzwyczajeń, będących esencjonalnym elementem składowym angielskiej kultury. Jak zaś każdy antropolog został nauczony na studiach, kultura jest pewną homogeniczną całością, nawet jeśli jej elementy na pozór do siebie nie przystają. Tym samym możliwa jest zmiana elementów kultury bez zmiany jej charakteru, ale tylko w wypadku, jeśli proces zmiany pozostaje w zgodzie z kulturową wytyczną jej samej. Pomimo tego, że angielskie gazety lubują się w wyciąganiu na jedynki wysokich zarobków swojej arystokracji robiąc z tego skandal, klasa ta jest Anglii potrzebna jako symboliczny kręgosłup, stanowiący o kulturowej dumie jej obywateli... jeśli ona zniknie, gazety nie będą miały o czym pisać. Wciągająca koks Amy Winehouse pociągnie tylko do następnej zapaści, a potem media znajdą sobie inną gwiazdę.

Sytuacja kulturowa Polski jest skranie inna. Resztki arystokracji i prawdziwej inteligencji zostały u nas wybite podczas II Wojny Światowej, podczas której symbolicznie i fizycznie złamano Polakom kręgosłup. 50 lat komunistycznego totalitaryzmu, podczas których mieliśmy do czynienia z dwoma falami emigracji intelektualistów (1968 i 1979-1982) rozproszyła siły polskiej kultury po całym świecie. Obecna klasa intelektualistów polskich to zazwyczaj świnie spasione na wzajemnym pożeraniu sobie paszy bez resztek klasy, godności i perspektywy przynależności do pewnego szerszego kręgu jednostek, które są odpowiedzialne za kształt przyszłości świata. Żyją tylko od pierwszego do pierwszego reprezentując godne pożałowania, pełne post religinej czci uwielbienie dla srania na własnym podwórku. Nie chcę wymieniać tutaj nazwisk, ale m.in. pogarda dla tych miernot kazała mi odrzucić wszystko to, co reprezentują one sobą obecnie.

Ostatnio spotkałem pewnego młodzieńca, który urodził się na emigracji, jego rodzice przybyli do Wielkiej Brytanii w 1979, gdzie pozostają do dzisiaj. Jego angielski jest płynny i nie do odróżnienia od każdego akcentu angielskiej klasy średniej. Przez cały dzień rozmowy w sklepie z ciuchami, w którym pracuję, nie odezwał się do mnie ani słowem po polsku, by dopiero wieczorem zaskoczyć mnie zupełnie jednym pytaniem. Miał on jedak przywilej obserwowania czwartego już w historii XX wiecznej Wielkiej Brytanii exodusu Polaków, największego zresztą ze wszystkich.

Życie Polaka znacznie się tu wprawdzie poprawiło po wejściu jego rodzimego kraju do Unii Europejskiej, ale segregacja klasowa nadala pozostała. Jasnym akcentem jest za to fakt, że Anglicy przekonali się do Polaków na polu pracy. Od zwykłego robotnika budowlanego, przez handlowca, kelnera, po informatyka, dizajnera, doradcę finansowego i projektanta mody, Polacy pracują lepiej, szybciej i wydajniej niż Anglicy. Właściciele wielu firm wolą zatrudniać już Polaków niż Anglików i tak jest też w firmie, w której pracuję, Music and Video Exchange , która jest siecią sklepów z ciuchami, płytami, grami komputerowymi i książkami, pochodzącymi z wymiany bądź kupna.

Przed objęciem tej zacnej roli tydzień przepracowałem w polskiej firmie medialnej, Fortis Media UK, która jest wydawcą pism Polish Express i Laif (dla tego tabloidu zrobiłem jeden numer) i wzajemnie zrezygnowaliśmy ze współpracy. Jeszcze raz sprawdziło się przysłowie mówiące o tym, żeby nigdy nie pracować za granicą dla Polaków. Nic nie pomogą tu inne realia kulturowe i rynkowe, Polak wyjeżdżając z kraju zabiera ze sobą bagaż swoich najgorszych, możliwych cech, których nie zniszczy nawet eksplozja bomby atomowej. Tutaj trzeba przyklasnąć naszym wielkim krytykom tj. Gombrowicz i Witkacy, Polak nie zreformuje się nigdy, ponieważ memy, którymi nasiąkł, zawsze będą kazały mu się bronić rękami i nogami przed wszelką zmianą. Prędzej odda życie niż zacznie negocjować lub zmieni podejście do drugiego człowieka. Upór to jedna z tych "trudnych cnót", dziecko trzech rozbiorów kraju, kilkunastu powstań narodowych, dwóch wojen światowych i moralnego zgnojenia komunizmem.

Postanowiłem na luzie pracować sobie w sklepie aż nie znajdę lepszej pracy, a do tego uprawiać dziennikarski freelancing po polsku i angielsku. Pierwsze efekty w następnym numerze Cooltury, który wyjdzie w poniedziałek, a następne części londyńskiego dziennika już niebawem. Nie mogę wprawdzie nie przyznać, że nie przeżywam pewnego rodzaju melancholii (na co składa się kilka przyczyn), ale i tak wolę to niż gnicie w zapomnianym przez wszystkie demony kraju o wspomnianej nazwie. Z depresji ratuje mnie jazz, na tapecie ponownie wylądował John Coltrane i Miles Davis, przetykany gdzieniegdzie Eddie Palmierim, Colemanem Hawkinsem i Jimmym Smithem. Dalej unikam idiotów, jak ognia i czekam na "sezon suszenia starej skóry na słońcu".

CDN>>>

Saturday, 28 July 2007

Ożywianie czarnego mitu



Dawno, dawno temu żył sobie genialny muzyk i kompozytor jazzowy, niezwykły przybysz z planety Saturn, który ochrził się imieniem Sun Ra dając tym samym wyraz swoim egipskim sympatiom, gdyż to tam leżały wg niego prawdziwe źródła "czarnej cywilizacji", jak też całej nowożytnej myśli europejskiej. Sam nigdy nie uprawiał jednak filozofii, ani nie był religijny. Wierzył za to w "kosmiczne równania", okultystyczny, wyższy porządek, który próbował wykorzystywać w celu ocalenie Ziemi spod spisku Podłego Demiurga, głównie uświadamiając ludziom tą odwieczną walkę poprzez swoją afrofuturystyczną muzykę. W swoim poemacie Kosmiczne Równanie (1965) pisał, że:

Subtelne żywe równania

Są jasne jedynie dla tych

Którzy pragną się dostroić

Do wibracji Wielkiego Kosmicznego Świata

Subtelne żywe równania

Przestrzeni kosmicznej

Są drogie jedynie dla tych

Którzy żarliwie pragną wielkiego spełnienia



W jego twórczości wyraźnie widać głębokie pragnienie przyłączenia się do tej wzniosłej, pochodzącej z Kosmosu, "rasy anielskiej", która na Ziemi wybrała sobie na kolebkę Egipt, a dla wielu mistyków i Wolnych Masonów od zawsze była ważną stroną gnostyckiego frontu wojny o świadomość. Sun Ra nie był jednak nigdy typem samotnego odszczepieńca, otaczał się wieloma ludźmi i był otwarty na współpracę z każdym, kto ją zaofeorował. Ciepło wyrażali się o nim zarówno John Cage, jak i Amiri Baraka. Z jego własnych wypowiedzi także wylewała się zwykle troska o los ludzkości. W wywiadzie, przeprowadzonym w 1966 przez Johna Sinclaira, tłumaczy częściowo swój tajemny kod rzeczywistości mówiąc: Wszystko to dzieje się dlatego, że rządzący dokonują przemiany czasów - jeden wiek przechodzi w kolejny, a oni sami są w kłopotach. Dotyka cię jednak nie tylko przemiana czasów, ale zmiana praw - prawo, które było na tej planecie prawem, odeszło i przestało być prawem. Od momentu, kiedy tak się stało, a także z tego powodu, że ta planeta przez tysiące lat była poddana prawu śmierci i zniszczenia, prawo przechodzi w coś innego, co osobiście lubię nazywać MITEM lub MITYCZNĄ NAUKĄ, ponieważ jest to coś, czego ludzie w ogóle nie znają. Z tego powodu używam też nazwy ARKIESTRA MITYCZNEJ NAUKI - jestem zainteresowany dawaniem ludziom szczęścia, które jest mitem. Ludzie przecież nie są szczęśliwi.


Sun Ra - Space Is The Place



Afrofuturyzm Sun Ra był w wielu punktach pokrewny myśli Marcusa Garveya, Malcolma X czy też ezoterycznej teologii Mauretańskiej Świątyni Nauki, założonej w 1913 przez Świątobliwego Timothy Drew Ali'ego w Chicago. Idealnie odzwierciedlał się w muzyce Milesa Davisa, Johna Coltrane'a, Ornette Colemana czy Feli Kutiego. Doskonałym przykładem podłączenia się do wszechobecnej, astralnej sieci Czarnego Mitu są także "prorocy rastafarianizmu" tj. Burnig Spear, Jah Shaka czy Lee Perry (który na przemian twierdzi, że jest Internetem i Jezusem oraz wierzy tak samo w Jah, Allacha, Buddę i Krysznę oraz w lewitującego nad jeziorem Titikaka Lwa Judy :D) - w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat uzyskali oni za pośrednictwem muzyki reggae w zasadzie masowy wpływ memetyczny na kulturę globalną.

Warto dodać, że wpływ ten w naszej części świata, w dużej mierze zawdzięczają oni post kontrkulturowemu zniesieniu stałej tożsamości, zamianie jej na kolaż dowolnych, kulturowych elementów. Wśród nich prym wiedzie dzisiaj nie polityka, nie narodowość, nie kolor skóry, ani nawet pozycja społeczna, ale muzyka. To właśnie dzięki globalnie krążącej w Sieci muzyce, możliwe stało się rozprzestrzenianie memów na skalę masową przez wiele skubkultur, wyznań, sekt, formacji ideologicznych czy też zwykłych grup interesów. Nic więc dziwnego, że jednym z najgorętszych frontów walki o umysł jest dzisiaj rynek muzyczny, na którym krzyżują się wszelkie możliwe wątki zbiorowej nieświadomości. Czarny Mit jest też dzisiaj o wiele częściej zauważalny, dlatego iż zadomowił się na stałe w kulturze masowej i został odkotwiczony od przynależności do jakiejś konkretnej grupy społecznej czy kulturowo-językowej.

Mało badaczy wpływów Czarnego Mitu na kulturę popularną ma jednak pojęcie w jaki sposób zadomowił się on w kulturze hiphopowej. Udało nam się ostatnio znaleźć doskonały przykład, objawienie gnostyckiego pop vodoun tego roku - to raper The Black Dot z nowojorskiego Harlemu, autor niepokojąco szalonej książki, Hip Hop Decoded: From its Ancient Origin to its Modern Day Matrix oraz serii wydanych na DVD wywiadów tj. 5 Bloodlines of Hip Hop czy Hip Hop Is Dead.

Na wykładzie 5 Bloodlines of Hip Hop dowiadujemy się w jaki sposób czarni przodkowie przybyli u zarania dziejów na naszą planetę korzystając z bram pięciu żywiołów (linii krwi): Ziemi utożsamianej przez The Black Dot z Hieroglifami, Wody utożsamianej z Tańcem, Ognia utożsamianego z Griotem lub Wyrocznią, Powietrza utożsamianego ze Świętym Bębnem oraz Eteru utożsamianego z Wiedzą. Czarni otrzymali dzięki nim całą swoją cenną kulturę, jednak to nie podobało się zazdrosnym mutantom-wampirom, które zaczęły wysysać linie krwi przodków niszcząc cenny przekaz i pogrążając czarnych na długi czas w nieszczęściu.


5 Bloodlines of Hip Hop


Czarni musieli czekać na przywrócenie utraconej Wiedzy. Ocalenie miało przyjść w 1973 dzięki hip hopowi, kiedy pojawili się superbohaterowie tj. Afrika Bambaataa i Grandmaster Flash, którzy sprawili, że linie krwi ożyły ponownie. Stare, archetypowe manifestacje znalazły swoją nową formę w postaci B-boyingu, Rapu, Graffiti, Turntablismu, związanych ponownie Wiedzą. Nie na długo jednak, mutanty-wampiry szybko zaczęły swój zbrodniczy proceder wprowadzając do nowej, czarnej kultury gangsta rap, który zaczął niszczyć podstawy komunikacji społecznej. W tej chwili pod kontrolą mutantów znajduje się wielu raperów tj. Jay-Z, jednak wojna z nimi zostanie wygrana w 2012, kiedy hip hop osiągnie swój Punkt Omega dzięki podłączeniu się do wibracji bitów i rymów z wyższych wymiarów.

W swojej książce The Black Dot pisze też o powodach rozpoczęcia misji uświadamiającej i o tym dlaczego "hip hop is dead": Zacząłem tą historię, ponieważ toczy się wojna. To więcej niż zwykła wojna na rymy czy wojna o umysły. To także walka materii z duchem, związana z wieloma innymi czynnikami. Wszyscy wiedzą, że rymowanie się opłaca, wie to także "Rząd". Kiedy nie mogli tego po prostu uciszyć na samym starcie z powodu silnego zapotrzebowania, upewnili się, że dostaną przynajmniej wystarczajaco duży procent zanim produkt dotrze na ulice. To jednak nie wystarczyło. Rząd chciał kontrolować typ produktu, który docierał na ulice szybciej niż cokolwiek innego. Stare rodziny rymów zawsze dawały ulicy coś wartościowego, motywującego, edukacyjnego, uświadamiającego czy duchowego. To jednak przedstawiało dla rządu problem. Nie chcieli, żeby produkt uwalniał umysły młodych, włoczących się po ulicach. Ten typ produktu okazał się dla nich groźny i coś musieli z nim zrobić. Zniszczyli więc pozytywny rap, a zamiast niego wstawili gangsta rap, za którym poszły alfonsy, dziwki, cwaniaki, poszli gracze i bandyci.


What The Bleep...Do You know about Hip Hop


Tuesday, 13 March 2007

Perspektywizm - inne spojrzenie czy inna rzeczywistość?



Termin perspektywizm pochodzi wprawdzie od Friedricha Nietzschego, ale niedawno wrócił w tajemniczy sposób, by pojawić się w brazylijskiej antropologii kulturowej jako nowe stanowisko wobec zagadnienia percepcji rzeczywistości wśród Indian Ameryki Pd. Nie pojawiła się jeszcze na ten temat żadna książka, a jedynie kilka prac, z których dwie miałem okazję niedawno przeczytać. Są to: Aparecida Vilaca, Chronically unstable bodies: Reflections on Amazonian corporalities, Journal of the Royal Anthropological Institute, 2005 oraz Eduardo Viveiros de Castro, Cosmological deixis and Amerindian perspectivism, Journal of the Royal Anthropological Institute, 1998.

Poglądy obydwóch antropologów są warte wzmianki, gdyż reprezentują bardzo podobne stanowisko do podejścia neoszamańskiego i niszczą resztki obiektywistycznej, akademickiej ortodoksji. W swoich tekstach Brazyliczycy postulują powrót do badania stosunku, jaki społeczności plemienne mają wobec kształtu, transformacji i dyferencjacji ciała, które rozwijane były m.in. przez Marcela Maussa. Kluczowy termin - "indiański perspektywizm", interpretują oni jako: Koncepcję, powszechną dla wielu ludzi na kontynencie, zgodnie z którą świat jest zamieszkiwany przez różne rodzaje podmiotów i osób, ludzkich i nie-ludzkich, które postrzegają rzeczywistość z różnych punktów widzenia.

Przykładowo, Indianie Panare w "codziennym stanie świadomości" postrzegają siebie jako ludzi, duchy jako duchy, a zwierzęta jako zwierzęta. Jednak zwierzęta drapieżne oraz duchy także posiadają swój własny, indywidualny sposób postrzegania innych istot, dzięki któremu widzą ludzi nie tylko jako zwierzynę łowną, ale same siebie postrzegają jako ludzi o antropomorficznym wyglądzie, posiadających swoje domy, zwyczaje i rytuały. Tak samo jak ludzie, zwierzęta posiadają ponadto swój system społeczny z szamanami, wodzami na czas wojny oraz tak samo jak oni dzielą się na egzogamiczne mojety.

Konsekwencje tej teorii są wielorakie, gdyż łamią wiele z antropologicznych schematów dotyczących dychotomii natura vs. kultura, etnocentryzmu, animizmu, a także ontyki ciało/dusza. Jak pisze de Castro: Amerykańscy Indianie nie tylko trzymają się z daleka od wielkiego kartezjańskiego rozłamu, które oddzieliło ludzkość od zwierzęcości, ale ich punkt widzenia antycypuje fundamentalną lekcję ekologii, którą dopiero zaczynamy asymilować. Indianie nie są etnocentryczni, a raczej kosmocentryczni w tym sensie, że nie przeciwstawiają natury kulturze uznając je w zamian za ciągłość, która dotyczy zarówno ludzi i zwierząt. Zamiast oddzielać nas grubą kreską od zwierząt uznają je za takie same istoty, jak my.

Kolejną, ważną dla perspektywizmu sprawą jest twierdzenie, iż to co odróżnia ludzi od siebie nie jest kwestią odmienności kulturowej, ale odmienności cielesnej. Dusza jest przy tym uważana za rzecz realną, ale podatną na ciągłe zmiany, wykradanie i gubienie. Jej głównym zadaniem jest jednak pomaganie w fizycznej transformacji. W ten sposób jaguar używając swojej duszy może upodobnić się do ludzi, zaś szaman zamienić się w jaguara i być przez nich postrzegany jako członek plemienia. Jeśli dana istota tego pragnie, może także żyć i odżywiać się na sposób charakterystyczny dla danego plemienia przez długi czas. Dusza i ciało są tu postrzegane jako nierozdzielne elementy, które warunkują siebie nawzajem. Metamorfoza ciała jest tutaj ideą, która jawi się jako całkowicie podstawowa dla zrozumienia plemiennego sposobu widzenia świata.

Perspektywizm jest jednym z najciekawszych nurtów w antropologii kulturowej ostatnich lat. W spójny sposób tłumaczy wiele z plemiennych mitów, ale także codziennych zachowań, jakie cechują członka lokalnej społeczności. Odrzuca także resztki etnocentryzmu w dyscyplinie pokazując, że jest możliwe uważne wsłuchanie się w to, co ma do przekazania inne ciało...


Friday, 2 March 2007

"Polonisty pan nie przegada"



Śledząc na bieżąco wydarzenia w Dolinie Rospudy odnoszę wrażenie, że w całej sprawie mamy do czynienia nie tyle z konfliktem interesów, co z głębokim konfliktem postaw. Przyczyną braku konsensusu jest w tym przypadku brak umiejętności komunikowania się na podstawowym poziomie, brak zrozumienia dla wzajemnych racji, a także odwoływanie się do argumentów poza merytorycznych. Na meta poziomie chodzi tu w istocie o konflikt paradygmatyczny, który nie może być zredukowany do antagonistycznych interesów, ale musi być osadzony w kontekście charakterystycznej dla naszych czasów polifonii światopoglądowej. Jeśli osadzić nasze rozważania w ramach Teorii Ośmiu Obwodów Neurologicznych Leary'ego, to wyłania nam się idealny przykład walki pomiędzy nimi - w istocie wojny syntaktycznej, która pokazuje, jak bardzo niespójny jest kształt każdego społeczeństwa, którego pozorna jedność może być podtrzymywana jedynie przez gesty, symbolikę i wzajemnie ze sobą współpracujące platformy medialne.

Po jednej stronie tego konfliktu mamy mieszkańców Augustowa, którzy reprezentują nastroje pełne napięcia, strachu, gniewu, histerii (Obwód I i II) i kompletną nieznajomość reguł działania współczesnej kultury, szczególnie zasad działania mediów. Po drugiej zaś ekologów, którzy reprezentują zwarte spektrum światopoglądowe, sięgające od dyskursu racjonalnego (Obwód III) po argumenty głębokiej ekologii, wchodzącej w skład Obdwodu IV i V, a ponadto wychowani są w kulturze pełnej mediów, których językiem doskonale potrafią się posługiwać. Trzecią stronę stanowią tu same media jako tertium quid, co znowu w fantastyczny sposób odsyła nas do historii ruchów heretyckich. Widzieć media jako przedłużenie herezji religijnych wydaje mi się niezwykle fascynującą wizją...





Odwołanie do religii jako kultu ikony (zarówno w sensualnym, jak i symbolicznym sensie) jest zresztą doskonale widoczne w całej sprawie. Polacy nie byliby sobą gdyby w pewnym momencie nie wzięli do ręki krzyży, zniczy i nie odwołali się do nauk kościoła (oczywiście jedynego słusznego, bo katolickiego - co jak wiemy oznacza powszechny i uniwersalny). "Won wredni heretycy!" już chcieliby powiedzieć do zakochanych w przyrodzie (a więc przejawiających pogański sentyment) ekologów z Greenpeace, jednak decydują się w tym krytycznym momencie na odśpiewanie "Roty", tak więc wykonują rytuał wzmacniania więzi społecznej. Niestety przez anachroniczność gestu i brak wiedzy na temat teorii Marshalla McLuhana, który twierdził, iż telewizja jest w istocie rodzajem rzeźby medialnej - przedłużeniem zmysłu dotyku, wychodzą tragikomicznie. Mniej więcej jak Król Edyp z twarzą wciśniętą w świeżą pizzę.





My tu gadu-gadu, a na łamach Taraki Mirosław Miniszewski opublikował tymczasem kolejny tekst, w którym próbuje dać prawdziwe oblicze konfliktu w sercu Podlasia XXI wieku. Pomimo tego, że rzadko traktuję jego teksty na poważnie, hasło "Podlasie XXI wieku" nieuchronnie przypomniało mi o jednej z największych gwiazd polskiej popkultury ostatniej dekady, która dzielnie przybyła do Doliny Rospudy, żeby nic złego "się nie stało się" :)