Showing posts with label cyberkultura. Show all posts
Showing posts with label cyberkultura. Show all posts

Monday, 21 January 2008

Experience is the new reality



Na niezwykle zabawny filmik trafiłem dzisiaj Na YouTube przeszukując jego zbiory w poszukiwaniu kolejnych, fascynujących materiałów. Znowu kłania się cyberpunkowy futuryzm, narratorem zostaje avatar Philipa K. Dicka, jakby nie było patrona cybergnostycyzmu, a głównym punktem odniesienia stają się oczywiście media online.

"Prometeus: The Future of Media" wyszedł spod ręki pracowników włoskiej firmy consultingowej - Casaleggio Associati i można go potraktować jako marketingowe wzmocnienie rynkowej lawiny na wspomaganie dotcomowych biznesów, jednak materiał ogląda się z uśmiechem na ustach, gdyż jest umiejętnie zrealizowany.




Tuesday, 18 September 2007

Od kontrkultury do cyberkultury - historia pewnej miłości



Z małym poślizgiem przeczytałem w końcu znakomitą książkę Freda Turnera pt. From Counterculture To Cyberculture. Steward Brand, the Whole Earth Network, and the Rise of Digital Utopianism i jestem pod dużym wrażeniem. Fred Turner jest profesorem asystującym na Wydziale Komunikacji Uniwersytetu Stanforda i byłym dziennikarzem Washington Post, który na pierwsze ślady kontrkulturowych wpływów na bujnie rozwijającą się wraz z Internetem cyberkulturę, wpadł jeszcze na studiach, by początkowe zainteresowanie przekształcić w badawczą pasję. Efektem tego stała się książka, która w brawurowy sposób śledzi zarówno rozwój cybernetyki, powojennych amerykańskich think-tanków oraz kontrkultury lat '50'-'60 aż do czasów dzisiejszych odsłaniając naszym oczom jedyny w swoim rodzaju dyskurs, będący połączeniem psychedelicznej mistyki i technoutopizmu. Autor nie popada przy tym ani w zbytnie dygrsje, ani w nie poparte niczym przypuszczenia.

Jego książka nie jest wprawdzie dla mnie jakimś wielkim zaskoczeniem, gdyż każdy kto choć trochę interesował się kalifornijskimi grupami kontrkulturowymi i kalifornijskimi ruchami duchowymi, zdaje sobie sprawę z tego, jak wielki i znacząc wpływ miały one na wzmożone zainteresowanie wczesnymi sieciami komputerowymi tj. ARPANET oraz rozwój przemysłu informatycznego w Krzemowej Dolinie, co doprowadziło do wykształcenia się pierwszych wirtualnych wspólnot, uczynienia z Internetu rewolucyjnego zjawiska społecznego i w efekcie do boomu dotcomowego, jednak dla laika może być to rewolucja światopoglądowa.

Warto tu przytoczyć słowa, przepytywanego przeze mnie Marka Pesce, który mówi: Zawsze uważałem, że różnice pomiędzy światem magijnym i wirtualnym są głównie natury semantycznej; obydwa systemy służą manipulacji konstruktami umysłu – memami. Istnieje wiele ścieżek, którymi można pójść, a różni ludzie obierają różne ścieżki. Bycie związanym blisko z maszyną przez tak długi czas – bycie programistą i "hakerem" (w starym, szanowanym sensie tego słowa) nie różni się w zasadzie od bycia magiem. Fred Turner w swojej książce obiera mniej więcej tą samą ścieżkę pokazując jak idee back-to-the-land-movement po przebyciu długiej drogi od anty-establishmentowej rebelii stały się w końcu podstawowowym zapleczem memetycznym nowej, libertariańskiej ekonomii, opartej o strukturę sieci, która jest dzisiaj efektywnie wykorzystywana zarówno przez społki dotcomowe tj. Google, co i przez korporacje tj. Shell Oil, AT&T czy Volvo (w Polsce pojawi się być może za dwadzieścia lat).

To wszystko zaś dzięki jednemu człowiekowi, którego imię brzmi Steward Brand - człowiekowi w Polsce właściwie nieznanemu, ale w Stanach Zjednoczonych postaci kultowej i wysoce cenionej. To on stał się pionierem procesu zbierania, segregowania i powtórnego udostępniania informacji, znanego dzisiaj powszechnie jako "user generated content". Dzięki swojemu niezwykłemu Whole Earth Catalog, którego pierwszy numer ukazał się w 1967 i liczył setki stron, miał się on stać jednym z najbardziej wpływowych ludzi w Stanach Zjednoczonych, którzy zapoczątkowali internetową rewolucję i na stałe odcisnęli się w zbiorowej nieświadomości "pokolenia jednostek podłączonych". We wstępniaku-manifeście do pierwszego numeru czytamy: Jesteśmy jak bogowie i możemy dobrze z tym popłynąć. Jak dotąd, zdalnie sprawowana władza i chwała - kontrolowana przez rząd, wielkie firmy, formalną edukację, kościoły - osiągnęła sukces do momentu, w którym wady zysków zdradzają, że rzwczywiste osiągnięcią są żadne. W odpowiedzi na ten dylemat i na te osiągnięcia, wykształca się domena intymnej, osobistej mocy - mocy jednostki, która potrafi sama się edukować, szukać własnej inspiracji, kształtować swoje własne środowisko i dzielić się swoją przygodą z każdym zainteresowanym.

Whole Earth Catalog był wielkim almanachem, w którym można było znaleźć zarówno fragmenty z dzieł Norberta Wienera, kompletną instrukcję zbudowania tipi, jak też "reklamę" nowego kalkulatora firmy IBM. W swoim dyskursie łączył scentralizowaną przez doświadczenie LSD, holistyczną wizję świata, etykę DIY oraz technologiczny pragmatyzm z odłączeniem się od politycznych sporów (wzorem Kena Keseya). Patronem Whole Earth Catalog stał się zaś jeden z największych geniuszy XX wieku, filozof, architekt, geofizyk i wykładowca - Robert Buckminster Fuller, którego idee spowijały właściwie całą jego strukturę.

Jak tłumaczy w książce Fred Turner w zasadzie powtarzając jedynie hasło Branda, które ten rzucił w swoim słynnym artykule, opublikowanym w magazynie Times, w 1995, a brzmiące: "We Owe It All To The Hippies", rewolucja komputerowa i rozwój sieci noszą od samego początku znamiona wpływów kontrkultury. Nie stało się to jednak poprzez "niewiedzialne pływy memów", ale przez serię spotkań, konferencji i współpracę organizacji, usilnie pracujących nad wdrażaniem kontrkulturowych idei do świata maszyn liczących. Jednym z takich punktów przecięć stała się Computer Society's Fall Joint Computer Conference w San Francisco, zorganizowana 9 grudnia 1968 przez Association for Computing Machinery / Institute of Electrical and Electronics Engineers oraz Augmentation Research Center, na której zaprezentowany został On-Line System (NLS). System ten jako pierwszy pokazał możliwości komputerów jako interfejsów, pozwalających na dzielenie się informacją w czasie rzeczywistym i stał się prekursorem w dziedzinie sieci lokalnych. Prezenterem tego systemu był Steward Brand, zatrudniony w tym celu przez Dave'a Evansa.

Doświadczenie to miało stać się na tyle silnym wspomnieniem, że w 1985, kiedy ideały back-to-the-land-movement nieco już murszały, Stewar Brand stworzył wraz z Larrym Brilliantem pierwszą wirtualną wspólnotę sensu stricte, znaną jak WELL. W ramach tej sieci koegzystowali dziennikarze, hakerzy, artyści i kontrkulturowi rebelianci, którzy widzieli w niej nowe narzędzie, pozwalające na obalanie sztywnej, wertykalnej hierarchii i na nieskrępowaną wymianę poglądów. Kontrkulturowe dziedzictwo szybko dało o sobie znać, pierwszym poważnym tematem dyskusji stały się nagrania kultowego zespołu Grateful Dead, znanego przede wszystkim z grywania na organizowanych w latach '60 przez Merry Pranksters, Acid Tests - dużych imprezach, przeznaczonych dla biorących kwas headów.

Kilka lat na skutek odziaływania WELL powstał pierwszy magazyn, zajmujący się nową cyberkulturą - Wired. Kluczową osobistością i drugim redaktorem naczelnym pisma stał się Kevin Kelly, autor genialnej książki Out Of Control: The Rise Of Neo-Biological Civilization, w której po raz pierwszy pojawiają się bezmyślnie używane przez polskich dziennikarzy terminy tj "hive mind" i "swarm", odnoszące się do nowych mediów, ale przede wszystkim do nowej organizacji życia ludzkiego. Jak powiedział założyciel Wired, Louis Rossetto: Mainstreamowe media nie pozwalają nam zrozumieć tego, co naprawdę się teraz dzieje, ponieważ są owładnięte mówieniem, że każdy kij ma dwa końce. W warunkach cyfrowej rewolucji redaktorzy Wired zgadzali się zaś, że prawdę można wyrazić tylko i wyłącznie w subiektywny sposób promując wizjonerów tj. Steward Brand, William Gibson, Gary Snyder, Peter Coyote, Michael Murphy i Bill Joy.

Dzięki założeniu w 1987 Global Business Network (GBN), wizjonerzy cyberkultury stali się też pierwszymi, którzy ponieśli libertariański sztandar w świat wielkich interesów proponując futurologię i nową organizację pracy jako wspomaganie logistyczne pozycji firmy na rynku. Pierwszym koncernem, który skorzystał z usług GBN był Shell Oil. Już w 1971 władze spółki przekonały się, że metody bazujące głównie na zdobyczach XX wiecznego okultyzmu, okazują się skuteczne w przewidywaniu przyszłych sytuacji rynkowych. Pracujący wtedy w Shell futuryści Ten Newland i Pierre Wack dzięki technikom analitycznym Hermana Kahna (analityka RAND Corporation) przewidzieli krach naftowy 1973, jednak władze spółki nie dały im z początku wiary. Decyzją obydwóch z nich stało się potwierdzenie tych wyników poprzez zastosowanie technik przewidywania przyszłości, których Wack nauczył się podczas II Wojny Światowej w paryskim salonie Georgija Gurdżijewa. Dzięki zastosowaniu mistycznych technik wcześnejsze wyniki uzyskały swoje potwierdzenie, a menadżerowie Shella przygotowali się na nadchodzący krach.

To wtedy właśnie kontrkulturowi agenci przekonali się, że jedynym sposobem wpływania na władze wielkich korporacji jest zmiana ich mentalnych nawyków, doprowadzanie do sytuacji potencjalnie transgresyjnych. Założenie GBN było w połowie inspirowane działalnością obydwóch futurystów. Sieć liczyła sobie 25 tys. USD rocznie od każdego z korporacyjnych klientów w zamian oferując sympozja WorldView dwa-cztery razy do roku, na których wyjaśniano w jaki sposób zdobywać wiedzę o zarządzaniu siecią i z powodzeniem wykorzystywać zdobycze społeczeństwa informacyjnego, żeby być konkurencyjnym na rynku i wybiegać w przyszłość przynajmniej o kilka lat. Dzięki temu ruchowi kontrkulturowe idee przemiany świadomości stały się częścią świadomości wysokiej kadry zarządzajacej światowym biznesem raz na zawsze uzależniając jednych od drugich...


Wednesday, 15 August 2007

pOdŁĄCZcIE SIę Do HakIMa bEyA na LaST.fm...



Dzisiaj rano, jak zwykle odpaliłem swojego laptopa i zalogowałem się na najlepszy system operacyjny świata czyli Ubuntu 7.04 (wysypał mi się ostatnio lub odmówił posłuszeństwa chyba kilka razy w ciągu tygodnia przy różnych okazjach, bo taki los newbie Linuxa :D). Pierwsza decyzja - posurfować po sieci! Zwykle sprawdzam jakieś serwisy społecznościowe, włączam muzę i zastanawiam się o czym tu napisać :) Wprawdzie ostatnio grubo cisnę wizualkę dla bratrata z Anal Sex Terror - wejherowskiego selektora rootsowego, na Festiwal w Osródzie, ale i tak nad pisaniem spędziłem 2/3 życia, więc mój mozg działa od rana na jedno wbicie :)

Tym razem będzie o Last.fm Dlaczego? Bo to zajebista platforma, której siły jeszcze wielu nie doceniło. Całkowicie zrewolucjonizowała "słuchanie radia" i wniosła wiele życia w Internet, co przełożyło się na wzmożone kontakty międzyludzkie i gorące odkrycia muzyczne... przynajmniej w moim wypadku :)


***



Zaangażowani, internetowi aktywiści od samego początku widzieli w boomie na Web 2.0 kolejną korporacyjną strategię na jeszcze szybsze i skuteczniejsze wyciśnięcie z sieciowych społeczności, jeszcze większej ilości hajcu. Siła, jaką mogły mieć marketing i branding dla "blue chips" po przeniesieniu do wieży Babel mediów - Internetu, została przez nich bardzo szybko dostrzeżona jakieś 5-6 lat temu i na naszych oczach kwitnąć zaczął wzmożony proces konwergencji platform. Dziś serwisy społecznościowe mogą mieć miesiąc i jeszcze nie wyjść z fazy beta testów, a już ktoś zechce przejąć je za pokaźną sumkę.

Last.fm nie jest tu wyjątkiem. 30 maja amerykański koncern medialny CBS kupił robiącą furorę wśród użytkowników na całym świecie, brytyjską platformę za 280 mln USD i bardzo szybko zaczął wprowadzać nowe usługi, mające docelowo przyciągnąć do serwisu maksymalny ruch tj. zagnieżdżone wideo a la YouTube. Oprócz reklam, będących standardowym modelem zarabiania w Internecie, Last.fm zarabia dodatkowo jako pośrednik transakcji, które wykonują użytkownicy kupujący płyty w Amazon.com wykonując swoje kliknięcie na stronach lub w scrobblerze Last.fm. Oprócz tego serwis pobiera opłaty za dostęp do niektórych usług tj. "radio osobiste".

Abstrahując jednak od handlu i przenosząc się na poziom społeczny tego fascynującego serwisu, nie można nie zauważyć, że łącząc medium radia, odtwarzacza muzycznego i sieci, Last.fm wytwarza ciekawe pole memetyczne tworząc jednocześnie krąg oddziaływania społecznego, który ma swój nihilistyczny smaczek, ale również niezaprzeczalny, romantyczny feedback. Oto zdruzgotane zostały kolejny raz przez nowe matryce medialne, media hierarchiczne - jednokierunkowe, a wygrało zaangażowanie jednostek, wolny wybór i społeczne tagowanie.

Last.fm pozwala w moim przypadku właściwie na słuchanie wszystkiego w ramach platformy społecznościowej. Mój ulubiony odtwarzacz, stworzony z myślą O KDE, Amarok potrafi przyswajać wszystkie darmowe strumienie Last.fm, jak też scrobblować kawałki, które nie zostały dołączone do platformy, a pochodzące z mojego dysku :) Dzięki temu nie czuję się uzależniony od żadnej ze "stacji radiowych", jeśli nie ma czegoś na Last.fm, odpalam to z dysku, a muzyka dalej działa w ramach platformy społecznościowej, co właśnie różni ją od zwykłego radia, które będąc medium hierarchicznym nie jest sprzężone z jego użytkownikiem.

Dlaczego chciałem o tym napisać? Ponieważ dzisiaj odkryłem, że Last.fm "zatagowało" już tak mocno Hakima Beya, że powstała nawet stacja, na której leci muza, związana przez użytkowników z jego osobą (co sprawdzić łatwo, wystarczy wpisać pożądany tag). Na początek wyskoczyła mi Diamanda Galas. Kto by pomyślał, że ma coś wspólnego z Hakimem Beyem? :) Przeszukałem sieć, nic oczywistego znaleźć się nie dało, co utwierdziło mnie jeszcze w przekonaniu, że społeczne tagowanie jest niezwykłym fenomenem, którego znaczenie jest bardziej duchowe niż by się to z początku wydawało.

Wyobraźmy sobie, że oto wiele niezwiązanych ze sobą bezpośrednio jednostek dokonuje niehierarchicznego połączenia dzięki internetowemu medium po czym tworzy za jego pomocą siatkę znaczeń, która następnie oddziaływuje na jego użytkowników. Przypadkowa grupa w żadnym wypadku nie musi tworzyć dla tej sieci dodatkowych narzędzi, umożliwiających utrzymywanie homeostazy (system jest samoregulujący się). Jest to jednocześnie, szybkie, skuteczne i przemawiające do wyobraźni rozwiązanie.

To także klasyczny przykład grupowego feedbacku, postrytualnego zachowania, które pozwala na komunikację dzięki sprzężeniu ze sobą muzyki, internetu i tagowania. Tak, jak wśród wspólnot plemiennych sprzęga się ze sobą zmysły dzięki rytmom bębna, piszczałki lub grzechotki i środkom psychedelicznym, w świecie podłączonym robi się to za pomocą Internetu - cybernetycznej pigułce nowej, grupowej tożsamości.

Ciekawą rolę mają tutaj ekstensje zmysłów, oferujące wykorzystywanie w działaniu genetycznych wzorów. Jeśli muzyka to głównie domena słuchu (przynajmniej w codziennym stanie świadomości), to tagowanie jest domeną wzroku (wszyscy codziennie widzimy otagowane mury). Jednak znaczenie wykluwa się w ludzkim mózgu dzięki impulsom pochodzącym w obydwóch sfer doświadczenia dając płynny tunel rzeczywistości, stwarzający alternatywny wobec piramidowego kierunek rozumienia świata dzięki zmysłom połączonym w jedną całość. To właśnie miał na myśli McLuhan pisząc o globalnej wiosce, łączącej ze sobą wszystkich za pośrednictwem elektrycznych mediów, a Timothy Leary pisząc o globalnej świadomości psychedelicznej, która wykształciła się dzięki masowemu użyciu LSD.

Dla mnie jest to doskonały przykład dalszego spełniania się kontrkulturowych utopii, które jak mityczne Wyspy Szczęśliwe u Hakima Beya, są odwzorowaniem matrycy pierwotnej Macierzy Kosmosu, w której komunikacja jeszcze nie została wynaleziona, a świadomośc pogrążona była w słodkim stanie nieistnienia. Boom 2.0 może się szybko skończyć, ale nowe siatki memetyczne będą egzystowały jako żywe pola znaczeń dzięki jednostkom chcącym się ze sobą komunikować na nowym poziomie.


Friday, 25 May 2007

"Doll Face" czyli posthumanizm ze szminką na ustach



"Doll Face" to bardzo ciekawy film Andy Huanga - jednego z członków grupy Root Films. W filmie, korzystającym w dużej mierze z inspiracji dorobkiem Jana Svankmajera, Normana McLarena, Jordana Belsona, mamy do czynienia z kolejną interpretacją cyberpunkowego posthumanizmu, szydzącego delikatnie z utopii popkultury. Zresztą co ja wam będę pieprzył, zapraszam na film!