"Trans:Wizje" - nowe dziecko wydawnictwa Okultura juz w sprzedazy. Wiele ciekawych materialow, a wsrod nich jeden moj tekst...
... where cult & sleaze meet... digging classic genre flicks, exploitation revival, auteur cinema & rare documentaries... you like it, we like it!
Saturday, 15 October 2011
"Trans:Wizje" juz w sprzedazy :)
"Trans:Wizje" - nowe dziecko wydawnictwa Okultura juz w sprzedazy. Wiele ciekawych materialow, a wsrod nich jeden moj tekst...
Thursday, 14 October 2010
Jak skutecznie zdeprogramować się w IV RP czyli obywatelska pomoc w wojnie Polski z marihuaną *część II*

Jeśli naprawdę sądzicie, że obiektywne dziennikarstwo istnieje i jest powszechnie stosowane w mediach, to polecam wam szybki cytat z guru radykalnego dziennikarstwa, Huntera S. Thompsona, który w swoim wielkim dziele, Fear and Loathing on the Campaign Trail '72 pisze następujące słowa: "I tyle by było z obiektywnego dziennikarstwa. Nawet nie próbuj go tutaj szukać, a na pewno nie w żadnym z moich zdań czy w tekstach kogokolwiek, kto przychodzi mi na myśl. Z wyjątkiem tabelek wyników sportowych, rezultatów wyścigów i zestawień wahań giełdowych, taka rzecz jak Obiektywne Dziennikarstwo nie istnieje. Samo to wyrażenie jest pompatycznym zaprzeczeniem."
Nie można tego chyba ładniej wyrazić, obiektywne dziennikarstwo jest sprzecznością samą w sobie jako, że warunkiem relacjonowania czegoś czy też odnoszenia się do jakiegokolwiek przedmiotu jest zajęcie pozycji - nawet jeśli jest to pozycja pozornie neutralna. W tym sensie nawet sędzia nie jest obiektywny, gdyż zawsze repezentuje interes państwowy przeciwko interesowi indywidualnemu. Jeśli prawo jest zaś uchwalane przez polityków ze względu na partyjne czy też nawet jeszcze węższe interesy, a tylko w takim trybie w Polsce uchwala się prawo, to sędzia w każdej sprawie będzie reprezentował interes polityczny pod płaszczykiem obiektywnej sprawiedliwości.
To co uważa się za medialny obiektywizm, jest w rzeczywistości jednym z najbrutalniejszych przykładów manipulacji, który w imię obiektywizmu działa na rzecz właściciela danej kompanii medialnej, akcjonariuszy i reklamodawców, wśród których bardzo często znajdują się politycy, jako że te dwa środowiska są dziś od siebie w zasadzie nieoderwalne. Media ponad wszystko funkcjonują na styku finansowych i politycznych interesów próbując je wszystkie ze sobą pogodzić, dlatego każdy medalny obiektywizm można sobie pomiędzy bajki wsadzić. Doskonale działa tutaj na straży status quo zasada autocenzury lub jak się to ładnie określa w żargonie dziennikarskim - zasada polityki redakcyjnej.
Współdziałanie mediów i polityki na arenie informacji, na temat środków psychoktywnych ma przy tym niezwykle długą tradycję! Jednym z pierwszych przykładów sojuszu wielkich mediów i polityki była kampania dezinformacyjna na temat marihuany, którą prowadzili ramię w ramię magnat prasowy, William Randolph Hearst oraz komisarz federalnego biura ds. narkotyków, Harry J. Anslinger. Polecam tu krótki fragment filmu dokumentalnego "Hooked" poniżej.
Dla samego porządku powinniśmy jednak przytoczyć definicję dziennikarskiego obiektywizmu. Jak pisze Robert Entman, profesor wykładający teorię komunikacji i nauki polityczne na North Carolina State University: "Dziennikarski obiektywizm składa się z dwóch komponentów. Pierwszym jest depersonalizacja, która oznacza że dziennikarze nie powinni przesadnie eksponować swoich poglądów, ocen czy wierzeń. Drugim jest równowaga, która wymaga prezentowania poglądów reprezentantów obu stron sporu bez faworyzowania żadnej z nich."
Bardzo proszę was o obejrzenie poniższego materiału publicystycznego z cyklu "Misja Specjalna" na temat handlu nasionami konopi i hodowli konopi w Polsce, który został zrealizowany przez TVP pod koniec 2007 r, aby wyłapać elementy obiektywizmu pod kątem wyżej podanej definicji.
Udało wam się?
Mi na przykład nie :=)
Jak dla mnie jest to doskonały przykład powszechnie panującego subiektywizmu dziennikarskiego, od którego nie ma ucieczki, gdyż relatywizm to jedyna tak naprawdę forma wypowiedzi. Nie oczekujcie go więc od reportaży na temat dopalaczy i marihuany, robionych przez polskie stacje telewizyjne i radiowe. Czego powinniście oczekiwać, to konfrontacji poglądów, reprezentowanych przez przedstawicieli obu stron. Jedyną możliwością doprowadzenie do tego w mediach jest dyskusja w studiu, a do tego tylko i wyłącznie na żywo. Innym wyjściem jest zaprezentowanie swojej subiektywnej wersji oglądu rzeczywistości poprzez Nowe Media.
Internet w przeciwieństwie do starych mediów (radia, gazet, telewizji) jest medium elastycznym i podatnym na dialog, w którym nikt nie ogranicza czasu waszej wypowiedzi ani z góry nie wtłacza je w ramy formatu. Jeden z najwybitniejszych badaczy mediów i kontrkulturowy wizjoner, Mark Pesce, wyróżnia dwa podstawowe rodzaje dystrybucji informacji: dystrybucję góra-dół i hiperdystrybucję. Z pierwszego typu korzystają telewizja, radio i gazety, z drugiego Internet. Dystrybucja góra-dół, to jednostronne, hierachiczne przekazywanie spreparowanej informacji, zaś hiperdystrybucja to informacja rzucona w przestrzeń, poddawana samplingowi, przeróbkom, weryfikacji, stylizacji, a także prowokująca cały strumień narracji, oscylującej wokół jej przekazu. Typowym przykładem hiperdystrybucji są dyskursy YouTube'owe, składające się z dialogów filmów video, uploadowanych do serwisu, wokół których tworzy się tymczasowa kultura interpretacji - doskonaym tego przykadem są wykwitające ostatnio na YouTube vlogi na temat dopalaczy.
Jeśli telewizja nie chce oddać wam czasu antenowego, nie trwońcie energii na bezsilny gniew, ale stwórzcie go sobie sami. W ten sposób wprowadzacie ziarna zmiany!
Ćwiczenie:
1.) Obejrzyjcie sobie kilka krótkich njusów telewizyjnych na temat marihuany, dopalaczy lub inych dragów.
2.) Czy występuje w nich zawsze sprawiedliwy podział czasu dla reprezentantów obu stron? Spróbujcie policzyć to w sekundach.
3.) Czy dziennikarz, realizujący materiał rezygnuje z pojawiania się w tle jako głos narratora, żeby realizować szczytne idee obektywizmu?
4.) Przy samym końcu materiału zauważcie kto go podsumowuje i w jaki sposób? Czy nazwallibyście to podsumowanie dziennikarskim obiektywizmem?
Sunday, 21 March 2010
Wieści, wieści...
Nie będzie więc zapotrzebowania na rzetelne, pełne wdzięku, materiały dziennikarskie. Jedyny wkład krajowy będą tymczasowo stanowiły recki muzyczne, które w VICE bazują na trzech zdaniach :)
P.S. Obecnie szukam jakiegoś portalu/gazety/miesięcznika, który byłby zainteresowany publikowaniem recenzji muzycznych (interesuja mnie tylko winyle) lub jakichś krótkich, niszowych zajawek. Gdyby ktoś miał jakiś namiar, niech mi da znać.
Friday, 12 March 2010
Psychedeliczne rekiny i zajezdzanie skurwysynow!
Ponad 600 stron twardej treści w stylu gonzo i pre-gonzo, to głównie artykuły pisane dla magazynu "Rolling Stone", "National Observer", "Nation" i "Scanlan's Monthly" + rozdziały z jego trzech najlepszych książek (dobrze znanych). Ta gruba warstwa materialu to prawdziwa uczta dla wszystkich miłośników tego największego z "doktorów dziennikarstwa", który pewnie zmieniłby całkowicie styl pisania Kapuscinskiego, gdyby tylko go kiedyś spotkał :)
W tej właśnie antologii poznajemy dokładnie soczystosc i heroizm reporterski Thompsona pedzac przez jego dziennikarskie pejzaże, grubo przetykane kwasowymi i meskalinowymi tripami, które przemierza nasz super-reporter z nieodłączną butelka "Wild Turkey" w ręku i cynicznym poczuciem humoru, gwarantującego wam najlepsza zabawę jeszcze sprzed czasów rozwoju black metalowej i punkowej sceny zine'owej.
Są tu wszystkie jego najlepsze teksty poczynając od wprawek korespondenckich z Ameryki Poludniowej przez legendarny tekst na temat Gonitwy Kentucky (który obecnie tłumaczę do publikacji), tytułowy, fantastyczny "The Great Shark Hunt" (mocno zaprawiony kwasem, kokaina, seconalem i szuwaksem) oraz seria artykułów, tropiących kulisy afery Watergate, w których doktor bezlitośnie jedzie po politycznej szajce skurwysynow z Bialego Domu (wyzwaniem tu byłoby równie dobre obnazenie kuluarow polskiej polityki i jej zgniłych adwersarzy, tarzajacych sie w swoich alkoholowych rzygowinach). To w istocie sama śmietanka jego wielkiego talentu, która zjednala mu w ciagu lat tyle samo wrogow, co i miłośników.
Wielkość tych tekstów leży jednak nie tylko w hipnotycznym, jadącym jak po ostrzu noża stylu gonzo, którego zaletami są brak auto cenzury i kompletny brak szacunku dla podwójnych standardów mainstreamowego dziennikarstwa (jeśli myślisz, ze reporterzy "Gazety Wyborczej" piszą o wszystkim, co wiedzą, to wróć do smoczusia i wozeczka), ale przede wszystkim w wielkim talencie obserwacji reporterskiej, który stworzył sztukę sama w sobie z przyglądania sie stylowi pracy dziennikarskiej.
Oczywiście niejedno z jego zdań będziecie chcieli przeczytać jeszcze raz, jak np. to podsumowanie osobowosci politycznej Nixona, które można by bez problemu dołączyć do obrazka większości z polityków: "... i to właśnie sam Nixon reprezentuje mroczna, sprzedajna i nieuleczalnie dziką stronę amerykańskiego charakteru, której niemal wszystkie kraje na świecie nauczyły sie bać i brzydzic. Nasz prezydent, lalka Barbie ze swoją żona, lalka Barbie i zestawem dzieci, lalek Barbie, jest także odpowiedzią Ameryki na potwornego Pana Hyde'a. Przemawia w imieniu naszego wewnętrznego wilkolaka; tyrana, cwaniaka, który zamienia sie w cos nieopisanego, pełnego klow i krwawiacych strupow, w noc zbliżającej sie pełni..."
Innym mistrzowskim zagraniem jest opisywanie tego, co naprawdę dzieje sie podczas zbierania materiału dziennikarskiego, jak np. tutaj: "Trzeciego czy czwartego dnia wyscigu straciłem całkowicie kontrole nad swoją korespondencja. W pewnym momencie, kiedy Bloor wpadł w szał i zniknął na trzydzieści godzin, byłem zmuszony wyrwać cpuna z jedynego klubu nocnego na wyspie i postawić go do jako specjalnego obserwatora Playboya. Spędził ostatni dzień wyścigu na pokładzie Slonecznego Tancerza wciągając nosem koks i wrzeszczac opetanczo na kapitana, podczas gdy sternik próbował desperacko walczyć o utrzymanie swojego minimalnego prowadzenia nad załoga Szczesliwego Strzelca."
Język thompsonowskich reportaży to czysty miód dla jego wielbicieli, którzy z pewnością chętniej zobaczyliby takie psychedeliczne popisy w polskiej prasie, której przedstawiciele tak czy siak palą już jointy i wciągają morze koksu, ale oficjalnie jeszcze nikt sie do tego nie chce przyznać. Cóz, może lepiej hipokrytom na ciepłych posadkach udawać do konca zycia oddział ministrantów. Kiedy sam próbowałem do pewnego pisma produkować korespondencję z imprez klubowych, jak najbliższą prawdy, moje opisy ekscesów "automatycznie wycinano".
Thompson nigdy nie miał jednak łatwego życia przez swoje bezkompromisowe oddanie pisaniu prawdy, był za to notorycznie ostracyzowany przez znaczną część środowiska dziennikarskiego, a przez część perfidnie niezauwazany. Mimo tego jego geniusz błyszczy w tej książce, jak łabędź pośród krukow, a wiele z zamieszczonych w niej tekstów to absolutne wzory dziennikarskiej skrupulatnosci.
Chwytajcie wiec za "The Great Shark Hunt" i niech w was obudzi instynkt dociekania drugiego dna!
[Magivanga oferuje teraz tekst na temat wszystkich ksiazek Huntera S. Thompsona]
Wednesday, 10 March 2010
Magazyn VICE w Polsce czyli gowno wylądowało w wentylatorze!
Pismo założone w 1994 w Montrealu, początkowo jako "Voice Of Montreal", było finansowane z pieniędzy rządowych (kieszeni obywateli), ale po wykupieniu przsz trojke mlodych redaktorow stało sie szybko niezależnym zinem, opisujacym życie i kulturę młodych hipsterow (żeby nie użyć pokrewnego słowa - hipis :D)
W 1999 redakcja przeniosła sie do Nowego Jorku szukając rozwoju formatu i większych dochodów z reklam - będących do dzisiaj głównym źródłem utrzymania. Odtąd datuje sie dynamiczny rozwój magazynu, który na dzień dzisiejszy doszedł do 900 tys. egzemplarzy na numer, w tym 80 tys. rozprowadzanych w samej Wielkiej Brytanii.
W Polsce już można śledzić rozwój VICE'a poprzez oficjalna stronę, na której znalazło sie kilka mniej lub bardziej interesujących materiałów. Wydawca magazynu w kraju ojca Rydzyka został Patryk Jakub Jankun (tu dodam, że Goldenline.pl
to dla mnie kompletna bzdura), a redaktorem muzycznym Kamil Antosiewicz (min. Exklusiv). Do redaktora naczelnego się nie dogrzebalem, bo nie miałem na to czasu i ochoty :)
Czy bedzie to fajna glokalizacja czy kompletna porażka, decydujecie Wy. Osobiście chciałbym tylko podzielić sie z wami przy okazji kilkoma przemyśleniami na temat polskiego dziennikarstwa i kondycji tego zawodu w Polsce...
VICE reprezentuje gatunek dziennikarski, który w Polsce uznawany jest za dość egzotyczny, chociaż na Zachodzie nie będący już w zasadzie niczym innym niż chlebem codziennym pism lajfstajlowych. "Immersionist journalism" skupia sie na osobistej obserwacji dziennikarskiej i nie dąży do opisania "obiektywnych faktów". Stąd ma już u mnie dużego plusa, gdyż stoi w jednym szeregu z heroicznym stylem gonzo Huntera S. Thompsona, kladacym nacisk na "szukanie prawdy", a nie zaspokajanie paranoi zrobotyzowanego redaktora naczelnego, ssacego fiuta skurwialemu wydawcy, który produkuje gazetę jedna ręką, a druga dystrybuuje mielonke.
Niestety, tak sprawa wygląda w polskich mediach, moi mili. A widziałem to od środka, co było jednym z powodów porzucenia przeze mnie zawodowego dziennikarstwa.
Ponadto, taki stan rzeczy rozpierdala polskie dziennikarstwo od środka rzutujac na poziom tekstów, ich głębię i wyznacza ogólny poziom, który z każdym kolejnym rokiem obniża sie o 10-15% w stosunku do roku poprzedniego. Dodam tylko, że przestałem wierzyć w polskie gazety, kiedy w "Polityce" znalazłem artykuł, w którym trzy następujące po sobie zdania wykluczały sie wzajemnie (taki, kurwa kwiatek).
Nie przeszkadza to oczywiście robić kariery młodemu pokoleniu, które pociąga magnetyzm, powiedzmy sobie szczerze, władzy, silnie wtopiony w dziennikarska funkcje. Szkoda tylko, że rola ta ogranicza sie w coraz większym stopniu do przepisywaniu lancuszkow PR-owych i robieniu głębokich reportaży przez telefon często bez żadnego głębszego riserczu.
Nie ma sie jednak co dziwić, 90% dziennikarzy w Polsce to plebejusze, zarabiający minimum krajowe na wierszowce + jakieś śmieszne, jak chuj, premie. Społeczeństwo patrzy jednak na zarobki koryfeuszy tj. Tomasz Lis wierząc, ze dziennikarze to milonerzy, jeżdżący mercedesami. Smutna prawda jest taka, że na Audi stać niewielu...
Kopani, ponizani, zajezdzani codziennie przez jakaś redaktorska kurwe muszą preparowac teksty, jak wydmuszki drzac o to, żeby nie stracić pracy. Spadające czytelnictwo idzie zaś w parze ze spadającymi nakładami i mniejszymi wpływami z reklam, które do 80-90% zasilają dziś medialne budżety. Wymusza to szybka i tania sile robocza w dzialach dziennikarskich, obracajac dobre wczesniej tytuly w fabryke parowek. Media w Polsce to w istocie parodia wszystkiego, co na Zachodzie za media się uznaje. Upolitycznione, uelastycznione, tanie i śliskie, jak gowno, które codziennie spuszczam rano w kiblu.
Na tym tle magazyn VICE może okazać sie ozywczym głosem. Życzę więc temu tytułowi samych sukcesów jednocześnie mając nadzieję, ze chujowe tytuły w Polsce stracą jeszcze więcej czytelników i w końcu upadną, bo ileż można męczyć wzrok?
Tuesday, 24 November 2009
Królestwo strachu doktora gonzo
Pomimo tego, że w oczach wielu krytyków Hunter S. Thompson był wielkim autorem zaledwie trzech powieści, mało ma to wspólnego z całokształtem jego twórczości, która toczyła się nieprzerwanie aż do śmierci autora i u zatwardziałych konserwatystów wywoływała nieustanne bóle głowy. Nie da się ukryć, że doktor miał swoje ciche momenty, w których grubo sypał się koks i spalały kolejne jointy, ale gonzo pozostawało zawsze w toku.
Wydane w ostatnich latach zbiory korespondencji tj. The Proud Highway: 1955-1967, Saga of a Desperate Southern Gentleman (1998), odsłoniły wiele z wczesnych fascynacji Thompsona, jak też pozwoliły rzucić okiem na proces kształtowania się chimeryczno-psychedelicznego stylu gonzo. Jako podsumowanie wielkiego życia doktora służyć nam jednak powinno przede wszystkim jego ostatnie dzieło, Kingdom Of Fear: Loathsome Secrets of a Star-Crossed Child in the Final Days of the American Century (2003).
Ta książka to rodzaj specyficznego pamiętnika, w którym gonzo może sobie ponownie poszaleć, jak za starych, dobrych lat. Dzieło to składa się z trzech części, w których znajdziemy pełne pasji wyznania Thompsona na temat ciemnych stron jego żywota. Niczym kodeks apokryficznych zeznań na temat tajemniczego procesu twórczego, pisanych oczywiście w pierwszej osobie, Kingdom Of Fear pozwala nam się zagłębić w mało wcześniej poznane epizody z życia pisarza jednocześnie kreśląc wizję upadku Stanów Zjednoczonych jako kraju nieuchronnie staczającego się w otchłań faszymu. Nie ma tu oczywiście mowy o żadnej poprawności politycznej, Thompson po prostu za nic ma subtelny proces inżynierii społecznej, próbującej sprzedać kolorową wizję ładu bez pokrycia.
W książce Thompson rozlicza się także z aparatem państwowego terroru, ze wszystkimi jego elementami: z policją, z systemem prawnym, z obyczajowością, z metalnością bogatych i wpływowych, z hipokryzją dziennikarską, z polityczną fasadowością, a także z umową, łączącą media i rząd w strategicznych sprawach polityki wewnętrznej i zagranicznej. Robi to zaś wszystko nie tylko łamiąc wszelkie zasady podtrzymywania spektaklu, ale także z ogromną dawką humoru.
Już na samym początku otrzymujemy doskonały rodzynek w takim oto stylu: Moi rodzice byli porządnymi ludźmi, a ja zostałem wychowany, jak wszyscy moi przyjaciele, w wierze iż policja istniała po to, by nam pomagać i nas chronić – odznaka była symbolem niezwykle wielkiego autorytetu, być może najwyższego ze wszystkich. Nikt nigdy nie pytał dlaczego. Było to jedno z tych nienaturalnych pytań, które lepiej zostawić w spokoju (...)
Thompson wspomina dalej, jak razem z grupą ziomków przewrócił skrzynkę pocztową w taki sposób, iż upadła na ulicę prowokując drobny incydent z przejeżdżającym autobusem. Wspomnienie to staje się jednak tylko pretekstem do ukazania nieczystych metod pracy aparatu ścigania, gdyż w domu małego Thompsona szybko pojawia się FBI próbując wydobyć z niego zeznanie winy, rzekomo poświadczonej przez jego towarzyszy.
Wtedy też mały chłopiec po raz pierwszy dokonuje lucyferycznego gestu dokonując kontrataku: Co? Co będzie, jeśli się nie przyznam? To było pytanie. A ja byłem ciekawy, więc zdecydowałem się rzucić koścmi i zadać im pytanie. „Kto?” „Jacy świadkowie?” (...) I wtedy się to stało, ludziska. Nigdy więcej nie zobaczyliśmy tych agentów FBI. Nigdy. A ja nauczyłem się czegoś bardzo istotnego: Nigdy nie wierz w pierwszą rzecz, którą mówi ci agent FBI – szczególnie wtedy, gdy wydaje się wierzyć, że jesteś winny przestępstwa. Jak powiedziałby Timothy Leary: "kwestionuj autorytety".
Z książki dowiadujemy się też w jaki sposób pisarz zdryfował w stronę wojsk lotniczych. Jak pisze: Gdy wyszedłem z więzienia, faktycznie zacząłem od razu pracować dla Almonda Cooka, dilera Chevroletami, dla którego pracowałem całe lato. Nie jestem pewien, co chciałem robić jesienią – może polecieć do Wielkiej Brytanii. Nie wiedziałem, ale z pewnością nie byłem w nastroju na robienie niczego konwencjonalnego (...)
Niestety, po kilku tygodniach Thompson poważnie porysował maskę swojego Chevroleta przy próbie brawurowego parkowania. Zawstydzony tym wypadkiem, poszedł do jednego z menadżerów firmy po radę, który postawił na szczerość wyznania wszystkiego właścicielowi. Jak pisze dalej: Byliśmy wtedy na przeciwko głównej poczty w Louisville, po drugiej stronie ulicy, więc pomyślałem, no dobra! Założę się, że biuro komisji poborowej jest wciąż czynne. Tak więc poszedłem tam w porze lunchu i zgłosiłem się na ochotnika, co zrobiło i tak mnóstwo z moich znajomych.
Nie zapominajmy, że książka ta tropi jednak przede wszystkim ostatnie dni amerykańskiego stulecia i jest po brzegi wypełniona komentarzami politycznymi tj. jeden z moich ulubionych: Staliśmy się nazistowskim potworem w oczach całego świata – krajem sadystów i skurczybyków, którzy raczej zabiją niż będą żyć w pokoju. Nie jesteśmy jedynie dziwkami dla władzy i ropy, ale morderczymi kurwami z nienawiścią i strachem w sercach. Jesteśmy ludzkim ścierwem i w ten sposób osądzi nas historia (...) Dobre, co? Mi też się podoba.
Dalej pisarz rozpędza się jeszcze bardziej pisząc: Kto głosuje na tych nieszczerych palantów? Kto pośród nas może być szczęśliwy i dumny mając całą tą krew niewinnych na rękach? Kim są te świnie? Te obciągające maszt do flagi półgłówki, które dały się orżnąć i ogłupić małym, bogatym idiotom w stylu George'a Busha? To ci sami, którzy chcieli zamknąć Muhammada Ali'ego za odmowę zabijania żółtków. Przemawiają w imieniu całej głupoty, zawiści i okrucieństwa, leżących w amerykańskim charakterze. Są raistami i podżegaczami do nienawiści wśród nas – to właśnie Ku Klux Klan. Szczam tym nazistom do ryja. I za stary jestem, by martwić się czy im się to podoba, czy nie. Pierdolić ich.
Dalej dowiadujemy się także, co doktor gonzo porabiał w latach '80 w San Francisco, jak prowadził osobistą wojnę z osiadłym w pobliżu jego farmy milionerem, w jaki sposób został oskarżony o napastowanie seksualne, posiadanie kokainy i materiałów wybuchowych (z czego został całkowicie oczyszczony) przez aktorkę filmów porno, jak odkrywał drugie dno inwazji na Grenadę, jak spowodował panikę w okolicy robiąc Jackowi Nicholsonowi mały dowcip oraz jak bawił na Kubie, gdzie przygotowywał grunt pod ekranizację swojej książki The Rum Diary (1998), obecnie w trakcie realizacji. Dla wielbicieli „fear and loathing style” Thompson dorzuca także krótkie opowiadanie "Fear and Loathing in Elko".
Jeśli ktoś zastanawiał sie zaś już wcześniej nad fenomenem Thompsona, może spróbowac strawić tenże cytat: Cholera, nie tęsknię za tymi szeptami, tymi cichymi pomrukami strachu, kiedy wchodzę do cywilizowanego pomieszczenia. Wiem, co wtedy myślą i wiem dokładnie dlaczego. Czują się ekstremalnie nie komfortowo z myślą, iż jestem nastoletnią dziewczyną, uwięzioną w ciele sześćdziesięcio pięcio letniego recydywisty, który zdążył umrzeć do tej pory szesnaście razy.
Wszystkim fanom doktora gonzo gorąco polecam tą książkę! To dzieło wyjątkowo dobrze napisane i macie tu gwarantowane 2-3 dni czystej rozrywki w starym, dobrym stylu.
Friday, 6 November 2009
Lek i odraza w politycznym mrowisku
Mimo, ze zainteresowanie polityka nie jest tu obowiązkowe, z pewnością może pogłębić odbiór dziela Thompsona. Jeśli chcecie poczuć cała zgniliznę mechanizmów politycznych, z taka werwą opisywanych przez doktora gonzo, musicie chociaż tak, jak on sam wejść mentalnie w ich gąszcz.
Pisarz skupia się w ksiazce na opisywaniu wyścigu do nominacji na kandydata na prezydenta wewnątrz Partii Demokratycznej i robi to przyciskajac pedał gonzo do maksimum. Nie mamy od początku żadnej wątpliwości, iż Thompson nie sili się na obiektywizm obierajac sobie nawet własnego faworyta - senatora George'a McGoverna.
To, co uznaje bowiem za tragedie, ale też zwykłą kolej rzeczy, opisuje juz we wstępie następująco: "Zbiorowy i ostateczny upadek dziennikarstwa politycznego w Ameryce ma swoje korzenie w klubowo-koktajlowych stosunkach towarzyskich, które nieuchronnie wytwarzają się pomiędzy politykami i dziennikarzami
- w Waszyngtonie czy gdziekolwiek indziej, gdzie spotykają się ze sobą codziennie. Kiedy profesjonaliści zaczynają być ziomalami od kieliszka, nie będą się raczej starali podkladac sobie świń."
Mieszając skrupulatne opisy wystąpień politycznych, wywiady ze sztabem wyborczym swojego kandydata i pól-surrealistyczne zapisy wspomnień z podróży lotniczych, pobytów w hotelach i własnych ekscesów pijackich i narkotycznych, Thompson dokladnie ukazuje nam korzenie własnego stylu - skrajnie subiektywnej narracji rzeczywistości, nie posiadającej żadnego szacunku dla autorytetów oraz podwójnych standardów dziennikarstwa.
Jeśli obiektywne dziennikarstwo nie jest bowiem niczym więcej niż dziennikarska fikcją, doktor gonzo wyciąga z tego radykalne wnioski. Dziennikarstwo gonzo to fikcja, która mówi znacznie więcej niż "dziennikarska prawda" dzięki poszanowaniu prawidla "Im dziwniej, tym ciekawiej, a im ciekawiej, tym bardziej profesjonalnie."
Sama książka zbudowana jest jak dziennik, którego rozdziały są opisem kolejnych miesiecy trwania wyścigu politycznego. Pisarz zaczyna komentować kampanie w grudniu 1971, a kończy w grudniu 1972.
Dokonując porównań na temat stylu prowadzenia kampanii poszczególnych kandydatów i opisując, co sam o nich myśli, Thompson staje się wiernym komentatorem każdego posunięcia politycznego wyszydzajac jednocześnie wewnętrzne zasady polityki partyjnej, które same uniemożliwiają dokonywanie jakichkolwiek zmian społecznych.
Thompson idzie jednak dalej i bawi sie sytuacja, w której na własne życzenie sie znalazł dokonując zakładów na pieniądze o zwycięstwa w przedwyborach stanowych. Staje sie także ważnym czynnikiem, wpływającym na bieg wydarzeń i koniec końców produkuje cała serie poważnych wgladow w świat polityki, które są do dzisiaj traktowane jako absolutna klasyka dziennikarstwa politycznego!
"Fear and Loathing on the Campaign Trail '72" była w swoim czasie jednym z kamieni milowych dla kontrkulturowej wizji świata polityki, która tak brutalnie pokazała brak chęci na zmianę w 1968. Odsłonięcie przez Thompsona zaslonek, za którymi senatorowie palą skręty z dziennikarzami i pracownikami służb specjalnych, do dzisiaj służy jako najlepszy komentarz dla hipokryzji politycznej i zepsucia, jakie niesie ze sobą walka o władzę.
Sunday, 8 June 2008
Dzieje się, dzieje...
Jestem ostatnio tak zajęty, że mam tylko czas wałęsać się po Londynie :) To chyba kara za to, że przez ostatnie dwa tygodnie zbytnio się nie przepracowywałem, głównie załatwiając formalności związane z postawieniem stoiska ze zdjęciami na Spitalfields Market. Panie i panowie, idę w końcu na swoje dzięki współpracy z Jarkiem z Camden Shop! Trzeba coś w końcu robić!
Do tego wszystkiego startuję jutro z nowym portalem muzycznym dla diaspory polskiej na Wyspach, którego zostałem redaktorem naczelnym. Kliknijcie sobie w ten link: Antyportal. Strona na razie będzie update'owana dwa-trzy razy w tygodniu, ale wszyscy mamy nadzieję, że stanie się poważnym medium, jak tylko sytuacja finansowa postawi wszystko w pionie! Na razie mamy jednego strategicznego sponsora, jesteśmy w trakcie otwierania biura w Londynie oraz kompletowania zgranego zespołu.
Oczywiście, gdyby któryś z moich fantastycznych czytelników miał jakiś fajny materiał lub też chciałby popracować dla mnie jako freelancer, niech pisze na mój prywatny e-mail. Obiecuję, że wszystkie materiały przeczytam, a najlepsze opublikuję proponując stałą, płatną współpracę ludziom, którzy prezentują sobą pewien poziom.
Jeśli mieszkasz zaś w Dublinie lub Edynburgu i potrafisz śledzić, co się u ciebie dzieje w sferze muzycznej, również podeślij mi swoje materiały, gdyż koło sierpnia-września będziemy tam zatrudniać po jednym korespondencie.
Jednym słowem, nie ociągać się!
Friday, 9 May 2008
Nihil novi ;)
Jak pewnie zauważyliście, blog od jakiegoś czasu leży odłogiem i sam nie wiem kiedy ożyje ponownie. Powody są dwa, po pierwsze odcięto mnie od internetu, a po drugie mam obecnie dwie prace part time'owe i ciągnę jeszcze freelancing dla Nowego Czasu (zaglądajcie od czasu do czasu na stronę London Calling).
Odżyła jednak w międyczasie MAGIVANGA, na którą udało mi się wrzucić kilka nowych artykułów. Check it out! Obecnie w fazie planowania jest kilka artykułów źródłowych na tematy magiczno-muzyczne, które pójdą do Profili może jeszcze w tym miesiącu. Zastanawiam się też nad kilkoma tłumaczeniami swoich rzeczy na angielski, gdyż pojawia się zapotrzebowanie.
A tak w ogóle po ostatnich ekscesach narkotykowych, opiekunka z wyższego wymiaru zachęciła mnie do aktywnej zmiany swojego życia. Przeprowadzam więc proces oczyszczania duchowego, mentalnego i fizycznego, który potrwa trzy miesiące. Czuje, że jest to jedyna prawdziwa metoda na Londyn, gdyż w innym wypadku utonę szybko we wszechobecnym gównie!
Po raz pierwszy raz w życiu chcę się też zacząć ubierać całkowicie na biało. Moja znajoma Brazylijka stwierdziła, że w ten sposób wyglądać będę już jak totalny wyznawca Candomblé. Styl musi gonić potrzeby duchowe, nie inaczej :)
Poniżej mała próbka mojego nowego wizerunku:
Tuesday, 8 April 2008
I'm a violent motherfucker, so are you :)
OK, dzięki temu, że znowu mam zapewnione przetrwanie dzięki nowo poznanemu bratu w magicznym ogródku, który tym razem okazał się szefem kuchni, Thelemitą i hiphopowym didżejem w jednej osobie, mogę zająć się tym ostatnio, nieco zapuszczonym blogiem :)
Całe szczęście, gdyż chciałem już uciekać się do ekspresowo działających rytuałów z dużą zapłatą :P Przy okazji jeszcze raz strumień wdzięczności kieruję w stronę Agnieszki i Marcina, którzy wciągnęli mnie w wir działania psychedeliczno-organicznego Inspiral Lounge!
Co mam dla was tym razem? Dużo przemocy, prezentację dwóch niezwykle ciekawych idei, które zagnieżdżone zostały w londyńskim światku i znakomicie się przyjęły. Na pierwszym z nich już byłem, na drugie się dopiero szykuję.
Poznajcie więc Scrap Club:
... oraz London Rollergirls:
Na razie bez komentarza, gdyż artykuł i o jednym, i o drugim na pewno ukaże się w "Nowym Czasie". Kiedy to nastąpi, na pewno puszczę ten materiał na bloga!
Wednesday, 12 March 2008
"London calling" już w sieci!
Moja rubryka "London calling" pojawiła się jednak na stronach "Nowego Czasu". Nie będzie wprawdzie imponującej oprawy graficznej, bo serwis jedzie po kosztach, ale przecież liczy się treść. Zapraszam do czytania londyńczyków i nie-londyńczyków. Ostatecznie na papierze co dwa tygodnie!
Thursday, 6 March 2008
Wyszedłem, zaraz wrócę :)
Jak pewnie zauważyliście, trochę mnie ostatnio nie ma na tym blogu, co niestety jest spowodowane odcięciem od internetu przez większość tygodnia. Od czasu do czasu wpadam jedynie do znajomych, ściągam co potrzeba, sprawdzam pocztę, uzupełniam braki informacyjne i lecę dalej.
Mój reportaż, który otrzymał w końcu tytuł "Złapani w imigracyjną sieć", jest już dostępny zarówno na papierze, jak i w internecie. Moja rubryka pt. London Calling" nie jest niestety dostępna w sieci, ale będzie się ukazywała co tydzień na papierze. W piątek idzie już kolejna, tym razem w dużej części poświęcona dubstepowi, ku uciesze niektórych...
Ogólnie zajęty jestem wystrojem wnętrza swojego małego pokoju, do którego zakupiłem sobie właśnie po przecenie ładną, tybetańską mandalę z wadżrą jako motywem centralnym :) Mam nadzieję, że wniesie trochę porządku w moje życie, którego mi jeszcze trochę brakuje... a przynajmniej pozwoli odetchnąć w miłym towarzystwie buddów, arhatów i protektorów Dharmy :)
Monday, 25 February 2008
Wracam do zawodu
Niezwykle miło mi oznajmić, że po kilku miesiącach życiowych turbulencji, które rzucały mnie tu i ówdzie, bardzo często pod ścianę, ponownie podejmuję jakże niewdzięczny, ale jakże pasjonujący zawód dziennikarza. Widać przeznaczenie nie chce, żebym w Londynie odnajdywał się jedynie jako przedstawiciel klasy robotniczej, co traktuję jako silny znak, wskazujący że od przeznaczenia niestety nie ucieknę.
Organem prasowym, który przyjął mnie pod swoje skrzydła, jest londyński tygodnik Nowy Czas, do którego czytania jednocześnie zachęcam wszystkich polskich imigrantów, którzy jeszcze nie porzucili wiary w polonijną prasę na Wyspach. Od następnego numeru, który wychodzi w ten piątek, będę redagował sekcję z londyńską kulturą muzyczną, w której znajdą się moje własne publikacje oraz reportaże i inne dłuższe teksty.
Pierwszy z nich pt. "Exodus z polskiego piekła", traktujący o prawdziwych powodach emigracji młodej inteligencji z kraju, będzie oczywiście można przeczytać w następnym numerze. Jednocześnie dziękuję Marcinowi Piniakowi, który do mnie zadzwonił, a potem niemal siłą zaciągnął do redakcji, bym ponownie uwierzył, że jest szansa cokolwiek w tym mieście zrobić w ramach polskojęzycznych mediów.
Gazetę można także pobrać sobie ze strony w formacie .pdf, w numerze 72 warty przeczytania jest m.in. doskonały reportaż Marcina, "Re-wizja" o próbach przeklasyfikowania konopi w Wielkiej Brytanii do kategorii C.
Saturday, 3 March 2007
X numer pisma [fo:pa] już w sprzedaży!
Chopin gdyby żył dalej jadłby gówno, tak więc cieszcie się i rozkoszujcie, gdyż i tak nie przeszkodziłby wam w przeczytaniu nowego numeru pisma [fo:pa], poświęconego dragom, narkotykom, środkom psychoaktywnym, psychedelicznym, psychomimetycznym, enteogennym, psychotropowym, psychodyspleptycznym czy jak zwie to aparat represji: odurzającym. W numerze wiele ciekawych artykułów oraz porad osobistych na zadany temat. Macie jedną z niewielu okazji, żeby kupić pismo, które w całości jest poświęcone temu pięknemu tematowi, tak bardzo nielubianemu przez mainstreamowe media.
Wierzę, że środki psychedeliczne zapewniają szansę, choć być może niewielką, aby homo faber - przebiegły, bezwzględny, szaleńczy, chciwy na przyjemności twórca narzędzi, stał się inną istotą, której obecność tak łatwowiernie założyliśmy, homo sapiens –
istotą mądrą, rozumiejącą, współczującą, która podzielona na czworo: wizjonerską sztukę, politykę, naukę i religię, ponownie stanie się jednością. Z pewnością powinniśmy skorzystać z tej szansy.
– Humphrey Osmond, A Review of the Clinical Effects of Psychotomimetic Agents –
