Showing posts with label Polska. Show all posts
Showing posts with label Polska. Show all posts

Saturday, 18 December 2010

Im więcej się zmienia, tym więcej pozostaje bez zmiany

Pomimo tego, ze z pewnoscia da sie przeprogramowac umysł za pomocą jogi, medytacji, sugestii, środków psychedelicznych czy nawet zyciowego szoku, ten specyficzny stan znany koneserom jako "reset" staje sie doświadczeniem bardzo niewielu... czy można sie w ogole zastanawiać co byłoby, gdyby zaistniał jako możliwośc powszechna? Co stałoby sie, gdyby był on szerzej znany w Polsce, gdzie przyssanie się do układów, przyzwyczajeń, manii, fobii i swoich prywatnych interesów od wieków stanowi największą przeszkodę w normalnym funkcjonowaniu kraju?

Już przeciez w XVII wieku postępowa szlachta mówiła o szalejacej w Rzeczpospolitej "prywacie"
- sprzedawaniu sie temu, kto daje więcej. Długie lata rozpadu państwowości, Zaborow, odbudowy po I Wojnie Swiatowej, totalitarnego zamordyzmu po II Wojnie Swiatowej i ponownej odbudowy po zmianie systemu - efekty tego egoizmu elit - wydają sie czasem, jak lekcje z nudnego przedmiotu, gdyz szybko sie o nich zapomina.

Czy masowy reset społeczno-polityczny jest w ogóle możliwy? Ciężko na to pytanie odpowiedzieć, ale patrząc z pewnej perspektywy, wydaje mi sie, ze pozostaje to jedynie w sferze marzen... jest to tak nierealne, jak przekształcenie, panujacego w Polsce klimatu umiarkowanego w tropikalny z dnia na dzień. Pewne rzeczy nie zmieniają sie nawet po przejściu przez nie huraganu i ta myśl z każdym rokiem coraz bardziej nie pozwala mi myśleć optymistycznie o dalszych losach kraju, z którego spieprzylem, bo dobijala mnie panująca w nim niemoc, korupcja, alkoholizm i powszechny upadek jakichkolwiek zasad życia społecznego.

Z rozbawieniem, ale i ze smutkiem obserwuje głosy na polskich forach i portalach internetowych, które wydają się jak mrowie szczurów, skaczacych sobie nawzajem do gardeł - wszystkie uwikłane w niekończąca sie grę polityczna, która z wielkim zadowoleniem musi być obserwowana przez każdy kolejny gabinet, rząd, dbajacy tylko o to, żeby jak najdłużej utrzymać sie przy władzy. Stare, punkowe teksty doskonale chwytają sedno. Politycy w Polsce kochają dzielić, społeczeństwo podzielone, to bezradne, fanatyczne stado, które w fantastyczny sposób odpierdala czarna robotę - nie wchodzi w drogę brakowi zmian i reform. Za każdym razem, gdy widzę zwolenników PiS skaczacych na popleczników PO, nie jestem w stanie oprzeć sie myśli, jak głębokim trzeba być idiotą, żeby nie zauważyć, że to idealny sposób na wzmacnianie władzy przez klasę polityczna - bardzo zwarta i jedyna de facto formację rządząca w Polsce!

Raz w życiu głosowałem w wyborach prezydenckich i żałuję. Gdy ktoś mnie namawiał do głosowania ponownego, mówiłem zawsze: "Stary, poczekaj rok" i kończyło sie zawsze tak samo, korupcja, aferami, zamiataniem problemów pod dywan, obsadzaniem swoimi wszystkich możliwych stanowisk i kompletna degrengolada, która byłaby wstydliwa w każdym zachodnim kraju (może poza Wlochami).

Po raz kolejny pisze, że na zmiany można czekać, można ich zadać i można je promować, ale jedynym skutecznym sposobem jest wyłączenie sie z gry i ich wymuszenie! Wolne Konopie razem z Gota ogłosiły, że będą wdrażać swój projekt Cannabis Clubow pomimo razacej w Polsce dyskryminacji palaczy konopi, która każe zlapanego z przykładowa ilością 0,3 grama delikwenta 3-5 latami więzienia. Pomimo wielkiej kampanii na rzecz legalizacji, popartej racjonalnymi argumentami, rząd zatrzymywał każdy kolejny projekt reformy faszystowskiej ustawy w lodowce wolac szerzyc kampanie strachu i terroru wobec dopalaczy... wszystko zaś w sercu cywilizowanej Europy.

Przy okazji, za zamknietymi drzwiami podwyższono jednak VAT na wszystko co tylko możliwe, składkę emerytalna, zrezygnowano z obciecia dofinansowania dla partii politycznych z budżetu państwa oraz dalej prowadzono rozmowy na temat absurdalnego umieszczenia w Polsce wyrzutni rakiet Patriot, które miały być nieuzbrojone! Tymczasem 1/4 dzieci w Polsce zdycha z głodu, rodzice nie mają za co kupić pieluch, a uzależnionych od heroiny nie leczy sie, ale wsadza do więzienia. Awansowaliśmy jednak z ostatniego na przedostatnie miejsce w Europie w wykorzystywaniu terapii metadonowej dla heroinistow, co stało sie kolejnym elementem propagandy sukcesu.

Cieszmy sie jednak, ze Polska jest w Europie, gdyby była w Azji, już placilybyscie obowiązkowo 95% podatku dochodowego, a z ekranów padalyby słowa otuchy o budowanym dobrobycie...


Saturday, 10 April 2010

Lechu - człowiek bez uśmiechu czyli nieoficjalne epitafium!

Wielu z Was pewnie rozpacza dzisiaj od rana na wieść, iż nasz prezydent i wielki mąż stanu - Leszek Kaczynski, zmarł wraz z całym dworem padajac ofiarą wadliwej maszyny lotniczej na terytorium naszego odwiecznego wroga - moskalskiej swoloczy!

Nasze wiewiórki donoszą jednak, ze całe wydarzenie nosi znamiona oczywistego spisku zydokomunistycznego, wspomaganego przez satanistycznych gojów z Brukseli! Nie należy w tych dniach wierzyć ani podłym, rosyjskim mediom, ani zgnilym, liberalnym organom krajowym. Oni chcą odebrać Wam ostatnia nadzieję na uratowanie naszej drogiej ojczyzny z rąk pedofilskiej mafii i dekadenckich Iluminatow, rezydujacych w Monte Carlo.

Podaje Wam więc tymczasem wersję nireficjalna, ale jakże prawdziwsza od oficjalnej, która wyciekła tajnymi kanałami z Moskwy. Otóż nasi patrioci żyją, trzymani w tajnym więzieniu, w górach Ural, gdyż samolot nie rozbił się, a został porwany ze wszystkimi pasażerami na pokładzie. Mgła byla jedynie zasłona dymna, która miała odwrócić uwagę od podlozenia przez służby specjalne rozbitych części samolotu dwa dni wcześniej!

Prawda to okrutna, ale ten smutny przekaz z telewizji został zmontowany w studiu filmowym "Miedzwiedz", w Moskwie. Żadnej katastrofy tak naprawde nie było! Nasi dzielni patrioci są trzymani w zamknięciu, gdzie będzie się ich karmić skopolamina, STP i konskimi dawkami LSD, żeby wydobyć tajemnice państwowe tj. plany konstrukcji Tarczy Antyrakietowej i przeznaczenie Gazociagu Polnocnego.

W ciągu roku władze rosyjskie planują także dokonanie na wszystkich serii operacji plastycznych, po czym osadzenie ich w małej wiosce pod Murmanskiem, gdzie będą całkowicie odseparowani od świata.

Jeśli czujesz, że los naszych polityków nie jest ci obojętny, natychmiast wyślij e-mail protestacyjny do ambasady rosyjskiej w Warszawie! Prosimy o rozpowszechnianie powyższej wiadomości!


Friday, 9 April 2010

Sprawa dopalaczy... a może coś więcej.

Sledzac z oddali polskie realia coraz rzadziej poważnie traktuje mnozace się w zawrotnym tempie idiotyzmy, które przekazują oficjalne media. Osobiście, uważam ze ten kraj nie dojrzał jeszcze do bycia częścią Europy i "dotarcie sie" może mu zająć trochę więcej niż sie to na codzien przypuszcza. Cóz jednak zrobić? Śmiać sie czy płakać?

Polskie społeczeństwo dzieli sie moim zdaniem na dwa obozy, a linie podziału są coraz bardziej widoczne. Główna linia wydają sie wiek i umiejętność korzystania z nowych mediów (lub też poleganie na nich), co sprawia ze nieuchronnie zostaje podważona rola państwa w funkcjonowaniu indywidualnego życia.

Główna kością sporu w Polsce staje sie więc "niepodwazalny autorytet państwa nad jednostkowym stylem życia" - wyniesione z realnego socjalizmu przekonanie polityków o swojej wszechwladzy i wszechwiedzy, dające im podstawę do tłumienia wszelkich oddolnych ruchów społecznych.

Chcialbym zwrocic uwage, ze to tylko jeden krok od systemu, panującego w Korei Polnocnej. Jedyna różnica wydaje sie dostęp w Polsce do telewizyjnych tok szolow i możliwość robienia zakupów przez Internet.

Dlaczego tak, a nie inaczej, pomimo zwiekszajacego sie dystansu liberalizmu miejskiego stylu życia do oficjalnego stanowiska na ten temat wszystkich partii politycznych?

Po pierwsze dlatego, ze WSZYSTKIE partie w Polsce są konserwatywne :) Tak, właśnie. Nie ma w tym kraju partii przedkladajacych dobro jednostki nad dobro aparatu państwowego. Różnice estetyczne nie niweluja braku różnic swiatopogladowych. Stąd ten cały medialny cyrk (nikt nie wie o co chodzi), gdyż silnie związane z oficjalnym dyskursem koncerny medialne reprodukuja jedynie obraz sceny politycznej, która jest silnie zuniformizowana. Jej nieistniejace spektrum musi być więc przedstawiane w sposób holograficzny, tak aby dać złudzenie pluralizmu.

Pierwszym przykazaniem konserwatyzmu jest zas hamowanie nowości, a drugim kontrola jednostkowych zachowań i poglądów. Najprostszym rozwiązaniem ustawodawczym jest tez zawsze wprowadzanie zakazów, cenzura i nakładanie nowych podatków lub obowiazkowych zobowiązań moralnych/finansowych wobec państwa.

Sprawa dopalaczy jest typowym przykładem tego typu polityki. W ciągu ostatniego roku Polska stała się swiatowym liderem wprowadzania zakazu obrotu i spożywania pewnych substancji psychoaktywnych, zawartych naturalnie w setkach ziół/roślin/korzeni z całego świata. W głosowaniu o zmianę ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, tylko 5 głosów było przeciwko - przykład tego, ze porozumienie ponad podziałami jest możliwe i że konserwatyzm jest wspólnym mianownikiem elyt.

Właśnie sprawdzałem, co jest jeszcze legalne i w zasadzie nielegalne jest już wszystko. Należy chyba tylko czekać aż rząd polski zdelegalizuje bitą śmietanę w puszkach, banany, gałkę muszkatołowa, waleriane i cały zestaw ziół, sprzedawanych w aptekach. Społeczeństwo będzie miało w ten sposób realny nakaz trucia sie alkoholem, nikotyna i psychotropami. Srodki przeciez przebadane, a więc najzdrowsze!

W porównaniu choćby z Wielka Brytania, w Polsce panują mroki Sredniowiecza. Tu dragi dzieli sie na grupy ze względu na szkodliwość zdrowotną, a kary za posiadanie są uzależnione od przynależności danej substancji do której z grup. Za posiadanie małych ilości marihuany przykładowo, za pierwszym razem grozi pouczenie, za drugim mandat, dopiero za trzecim razem sprawa ląduje w sądzie, gdzie szanse na wyrok wiezienia są i tak minimalne.

Nie dziwi więc w UK w ogóle, ze ostatnie wyniki OFICJALNYCH badań naukowych umieścily potencjał destrukcyjny alkoholu i nikotyny tylko nieco niżej od heroiny, zaś marihuana została uznana za jedna z najmniej szkodliwych używek.

Słabo widzę takie badania w Polsce, jako ze tu BADAN SIE PO PROSTU NIE ROBI, a społeczeństwu przedkłada gotowe decyzje! To pierwsza rzecz, której powinien sie domagać ruch legalizacyjny - poparcia decyzji ustawodawczych dowodami naukowymi, wyjścia z zasranego Sredniowiecza, kiedy wszystko brało sie na wiarę! W Polsce kocha się stan, który sprzyja szerzeniu paniki i histerii - daleki poglos polowań na czarownice. To zaś właśnie należy zmienić!

Pierwszym krokiem powinno być jednak dojscie do tego, ze państwo wyrzyga w końcu religijną zasade sądzenia a priori i porzuci wpierdalanie się w ludzkie decyzję światopoglądowe uznając się za część post oświeceniowej Europy.

Druga sprawa są zagrania medialne, w czym po prostu mistrzem jest Gazeta Wyborcza, w której znalazłem świeży jeszcze, ale za to brudny i tendencyjny artykuł na temat dopalaczy, pisany przez kompletnych imbecyli pod redaktorskie dyktando.

Artykuł oczywiście piętnuje rozprowadzanie "prawdopodobnie nielegalnych" używek wskazując jedyna słuszna drogę - zdelegalizujmy te chore sklepy. Dobrze, ze nie zaczęto w nim tropić powiązań z międzynarodowym rządem masonskim i mafia pedofili. Ręce, kurwa, opadają, jak sie takie rzeczy czyta! Obiektywność? Zapomnijcie. Pokrętna, pro rządowa propaganda bez śladu głębszego zmysłu dziennikarskiego. To ma być rzetelność medialna? Chyba więcej jej znajdziecie w "Pamietnikach Anastazji P."

Nalezy dodac, ze gazety w Polsce stały sie w ciagu ostatnich kilku lat aparatem siania strachu, zamętu i dezinformacji, służącej podtrzymywaniu status quo. Tych okropnych wypocin, przyklepywanych przez naczelnego, nie da sie już nawet oddzielić od realnego stanu rzeczy. To jest pierdolona zgnilizna, której normalny czlowiek brzydzi sie dotknąć. Upierać sie przy tym, ze represje i nadużywanie władzy służą harmonii społecznej, to kurwa jakiś jebany koszmar, a takie stanowisko zajmuje wiekszosc z reportaży GW. Wskazywać, ze coś jest szkodliwe, chociaż mało co o tym wiadomo, to już zaś zupełny kabaret.

Napierdalajcie ten skostnialy system, bo zanim sie obejrzycie, będziecie w dupie muszac prosić o receptę na herbatke mietowa, a na chodzenie po parku będziecie musieli mieć zezwolenie!

Wednesday, 10 March 2010

Magazyn VICE w Polsce czyli gowno wylądowało w wentylatorze!

Jak cwierkaja już niemal wszystkie medialne ptaszki (mówimy oczywiście o Internecie), na polski rynek mediów papierowych wejdzie w ciągu miesiąca, może dwóch, międzynarodowa potęga lajfstajlowa -magazyn Vice.

Pismo założone w 1994 w Montrealu, początkowo jako "Voice Of Montreal", było finansowane z pieniędzy rządowych (kieszeni obywateli), ale po wykupieniu przsz trojke mlodych redaktorow stało sie szybko niezależnym zinem, opisujacym życie i kulturę młodych hipsterow (żeby nie użyć pokrewnego słowa - hipis :D)

W 1999 redakcja przeniosła sie do Nowego Jorku szukając rozwoju formatu i większych dochodów z reklam - będących do dzisiaj głównym źródłem utrzymania. Odtąd datuje sie dynamiczny rozwój magazynu, który na dzień dzisiejszy doszedł do 900 tys. egzemplarzy na numer, w tym 80 tys. rozprowadzanych w samej Wielkiej Brytanii.

W Polsce już można śledzić rozwój VICE'a poprzez oficjalna stronę, na której znalazło sie kilka mniej lub bardziej interesujących materiałów. Wydawca magazynu w kraju ojca Rydzyka został Patryk Jakub Jankun (tu dodam, że Goldenline.pl
to dla mnie kompletna bzdura), a redaktorem muzycznym Kamil Antosiewicz (min. Exklusiv). Do redaktora naczelnego się nie dogrzebalem, bo nie miałem na to czasu i ochoty :)

Czy bedzie to fajna glokalizacja czy kompletna porażka, decydujecie Wy. Osobiście chciałbym tylko podzielić sie z wami przy okazji kilkoma przemyśleniami na temat polskiego dziennikarstwa i kondycji tego zawodu w Polsce...

VICE reprezentuje gatunek dziennikarski, który w Polsce uznawany jest za dość egzotyczny, chociaż na Zachodzie nie będący już w zasadzie niczym innym niż chlebem codziennym pism lajfstajlowych. "Immersionist journalism" skupia sie na osobistej obserwacji dziennikarskiej i nie dąży do opisania "obiektywnych faktów". Stąd ma już u mnie dużego plusa, gdyż stoi w jednym szeregu z heroicznym stylem gonzo Huntera S. Thompsona, kladacym nacisk na "szukanie prawdy", a nie zaspokajanie paranoi zrobotyzowanego redaktora naczelnego, ssacego fiuta skurwialemu wydawcy, który produkuje gazetę jedna ręką, a druga dystrybuuje mielonke.

Niestety, tak sprawa wygląda w polskich mediach, moi mili. A widziałem to od środka, co było jednym z powodów porzucenia przeze mnie zawodowego dziennikarstwa.

Ponadto, taki stan rzeczy rozpierdala polskie dziennikarstwo od środka rzutujac na poziom tekstów, ich głębię i wyznacza ogólny poziom, który z każdym kolejnym rokiem obniża sie o 10-15% w stosunku do roku poprzedniego. Dodam tylko, że przestałem wierzyć w polskie gazety, kiedy w "Polityce" znalazłem artykuł, w którym trzy następujące po sobie zdania wykluczały sie wzajemnie (taki, kurwa kwiatek).

Nie przeszkadza to oczywiście robić kariery młodemu pokoleniu, które pociąga magnetyzm, powiedzmy sobie szczerze, władzy, silnie wtopiony w dziennikarska funkcje. Szkoda tylko, że rola ta ogranicza sie w coraz większym stopniu do przepisywaniu lancuszkow PR-owych i robieniu głębokich reportaży przez telefon często bez żadnego głębszego riserczu.

Nie ma sie jednak co dziwić, 90% dziennikarzy w Polsce to plebejusze, zarabiający minimum krajowe na wierszowce + jakieś śmieszne, jak chuj, premie. Społeczeństwo patrzy jednak na zarobki koryfeuszy tj. Tomasz Lis wierząc, ze dziennikarze to milonerzy, jeżdżący mercedesami. Smutna prawda jest taka, że na Audi stać niewielu...

Kopani, ponizani, zajezdzani codziennie przez jakaś redaktorska kurwe muszą preparowac teksty, jak wydmuszki drzac o to, żeby nie stracić pracy. Spadające czytelnictwo idzie zaś w parze ze spadającymi nakładami i mniejszymi wpływami z reklam, które do 80-90% zasilają dziś medialne budżety. Wymusza to szybka i tania sile robocza w dzialach dziennikarskich, obracajac dobre wczesniej tytuly w fabryke parowek. Media w Polsce to w istocie parodia wszystkiego, co na Zachodzie za media się uznaje. Upolitycznione, uelastycznione, tanie i śliskie, jak gowno, które codziennie spuszczam rano w kiblu.

Na tym tle magazyn VICE może okazać sie ozywczym głosem. Życzę więc temu tytułowi samych sukcesów jednocześnie mając nadzieję, ze chujowe tytuły w Polsce stracą jeszcze więcej czytelników i w końcu upadną, bo ileż można męczyć wzrok?

Friday, 30 October 2009

Dziura w ZUS rośnie :)

Rzadko w ogóle czytam wiadomości z Polski, ale z tego mam niezla pizde. Oto tabelka przychodow i wydatków ZUS w latach ubiegłych i prognozy na lata przyszłe wg. Money.pl w mld PLN:

Rok / Przychody / Wydatki

2006 81,3 115,7
2007 89,4 121,1
2008 82,7 135,4
2009 73,5 139
2010 78,1 143,3
2011 82,2 148,3
2012 86,3 153,5
2013 89,9 159,5

Przy tym Money.pl podkresla (co wiedzą zresztą wszyscy), ze środki zgromadzone przez fundusz ZUS stanowią dla molocha jedynie dane statystyczne w systemie komputerowym będąc na bieżąco ksiegowane po stronie wydatków :))))

Czyzby był to kolejny przykład cudów, powodowanych przez księżycowa ekonomię? :D

Friday, 3 October 2008

Trzy słowa od papieża do ojca prowadzącego czyli imigranta na Polaków spojrzenie



Mój ulubiony krytyk polskich wad narodowych, Witkacy, zasłynął powiedzeniem, że Polska byłaby wspaniałym krajem, gdyby mniej w niej było Polaków. Stwierdzenie to obrazuje wbrew pozorom nie tylko niechęć wielkiego artysty do mentalności przeciętnego Polaka, ale wskazuje także na niedostatek pozytywnego myślenia o polskiej tożsamości narodowej przez najbardziej zainteresowanych.

Przez ponad dwa wieki polska tożsamość narodowa była kształtowana głównie w opozycji do otaczających zewsząd Polaków wrogów, którzy stanowili śmiertelne zagrożenie dla ich języka i kultury biorąc je w bezlitosne kleszcze. Można by zaryzykować stwierdzenie, że polska tożsamość narodowa stała się dzieki temu w dużej mierze tożsamością negatywną – wymierzoną przeciwko komuś, przed kimś wiecznie się broniącą.

Nie da się jednak ukryć, że w ten właśnie sposób udało się stworzyć zbiorową świadomość, funkcjonującą w oparciu o widmo niewidzialnego wroga. W podobny sposób udało się wspiąć w przedwojennych Niemczech na wyżyny popularności faszyzmowi. Nie byłoby to nigdy możliwe bez korzenia wszelkich struktur organizujących życie zbiorowości – tego co mój przyjaciel, Dariusz Misiuna, określił kiedyś w rozmowie jako "tyranię kolektywizmu". Ta mityczna "władza systemu" od zawsze była wspomagana przez ortodoksję religijną i dyskurs polityczny, działający w dualistycznym polu zły – dobry, czarny – biały, wróg – przyjaciel etc.

W tym polu została też zorganizowana i utwardzona polska tożsamość narodowa. Łatwo to zauważyć, szczególnie w Londynie, gdzie na każdym kroku można usłyszeć polski język. Mogę uważać przy tym za swoje szczęście, że nie przypominam wyglądem Polaka i dzięki temu mogę podsłuchiwać "swoich rodaków" na ulicy oraz w autobusie. Zdarzyło mi się ostatnio usłyszeć z ust Polaków wiązankę na temat muzułmanów, czarnuchów, którą ku mojemu zdumieniu zakończył szyderczy komentarz na temat "dziwnego, wielkiego kolczyka" w moim uchu, który mógłby sobie wsadzić kolega... ten „kolczyk” był w zasadzie stożkiem do rozpychania ucha. Miał wprawdzie 10 mm, ale nie było w nim nic dziwnego. Prawie mnie zatkało, ale nie dałem po sobie poznać, że coś zrozumiałem. Konspiracja to podstawa.

W zasadzie nie zdziwiło mnie to zupełnie, gdyż zyjąc 27 lat w Polsce zdążyłem zrozumieć, że Polacy mają jeden podstawowoy problem – nie potrafią akceptować inności. Wychowani w świadomości słuszności swojej religii, stylu życia, myślenia, postępowania, a nawet ubierania (jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało), pielęgnują to, co Nietzsche nazywał "moralnością niewolnika" - kult szarości i przeciętności. Widząc jednostkę odstającą od tłumu, jak wściekłe szerszenie, Polacy organizują się, by ją zniszczyć. Indywidualizm jest największym zagrożeniem dla „tyranii kolektywizmu”.

Przez tą cechę większość Polaków ma jednak wielki problem z odnalezieniem się w realiach społeczeństwa post narodowego, w wirze multikulturowej metropolii tj. Londyn. Powierzchowna, ukształtowana za europejskim murem świadomość wyjątkowości, pada jak domek z kart. Pan Rysiu z Białegostoku, który dostaje ataku serca, gdy ktoś zagada do niego po angielsku, jest tego najlepszy.m przykładem. Przez fałszywą pewność siebie przebija się wstyd. Wstyd braku edukacji, braku wychowania, stylu obcowania z innym i wstyd bycia bycia gorszym – pachołkiem z Europy Wschodniej. Syndrom mięsa armatniego, wyzierający prawie z każdej pary oczu, to Polaków w UK znak rozpoznawczy.

Egzystencjalny smutek polskiej imigracji w UK nie bierze się jednak znikąd – to efekt nieprzygotowania edukacyjnego do realiów post kolonialnej Europy. Gdyby eksperyment z Madagaskarem zakończył się sukcesem, może wtedy Polacy "zasmakowaliby imperializmu" i stali się bardziej świadomi innych kultur i ich zwyczajów, a także pozwoliliby sobie na więcej luzu. Polak, jak kołek wyjęty z płotu ma bowiem także problem z wyluzowaniem się, ze zrzuceniem z siebie grobowej maski, w którą ubrał go kościół, szkoła i społeczeństwo.

Ten stan rzeczy odbija się nie tylko na relacjach z innymi ludźmi, ale także na stylu, który prezentują Polacy w UK. To przelewająca się szaro-burość. Przeciętny Polak w Londynie to wyrwany ze wsi spod Lublina wieśniak, który nie potrafi w żaden sposób zaakcentować swojej ciekawości świata i kolorów osobowości. Nic jednak dziwnego, cech on tych po prostu zwykle nie posiada nakłądając sobie na siłę maskę męczennika, wisielca (tarotowe inklinacje, jak najbardziej wskazane do analizy).

Wykształca się w ten sposób stereotyp Polaka, który ryje 18 godzin na dobę, nie dba o siebie i chodzi po ulicy z mieszanką smutku, wściekłości i niepewności na twarzy. W Londynie Polak to zbir ze Wschodu, Tatar współczesnej Europy. Co pomogłoby to zmienić? Bardzo niewiele, trochę szacunku dla siebie samego, więcej spokoju, wyrozumiałości dla innych realiów, a ponad wszystko chęć tworzenia pozytywnego wizerunku siebie samego, czego wszystkim Polakom w Polsce i za granicą serdecznie życzę!


Saturday, 24 November 2007

Konrad plays it cool!



Jak mi powiedział jeszcze przed wyjazdem pewien Anglik, jeśli spędzisz w Londynie 10 lat, to nigdy już z niego nie wyjedziesz. Sam spędził w nim 9,5 roku (wychował się na Brixton) i jak twierdził, uciekł w ostatniej chwili, by zamieszkać w Polsce. Koleś spędził w międzyczasie pół roku w jamajskim więzieniu za próbę przemytu kilku kilogramów marihuany do Wielkiej Brytanii, gdzie nabrał też ciężkich uprzedzeń rasowych... nie chciałem pytać czy ładowali go codziennie w dupala?

Mylą się ci którzy myślą, że bycie częścią wielokulturowego społeczeństwa prowadzić musi nieuchronnie do wzrastającej tolerancji na odmienność kulturową, religijną i charakterologiczną. Większość Polaków, których znam, otwarcie deklaruje swój rasim bądź uprzedzenia, które rodzą się najczęściej w bezpośrednim kontakcie z innością. W Londynie gruntem tym jest oczywiście praca, ponieważ rynek pracy jest tu JEDYNYM wspólnym mianownikiem, łączącym wszystkie grupy etniczne. Nikogo nie dziwi tu, że w restauracji, biurze czy firmie, która zatrudnia przykładowo 50 osób, pracują przedstawiciele 15 grup etnicznych, porozumiewający się 30 językami.

Nie zdziwiło mnie i pewnie nigdy już nie zdziwi, że w Londynie kwestia rasizmu jest na porządku dziennym, choć skrzętnie zamiata się ją pod dywan. W oficjalnym dyskursie mamy wprawdzie do czynienia z polityką "równych możliwości", ale w każdym formularzu, dołączanym do podania o pracę mamy pytanie o "pochodzenie rasowe", które jest żywcem wyciągnięte z klasycznych tablic antropologiczno-systematycznych Karola Linneusza, powstałych pod koniec XVIII wieku, a rozwiniętych przez XIX wiecznych ewolucjonistów, bez których nie byłoby m.in. eugeniki, tak kochanej przez nazistów podczas krucjaty, mającej ustanowić na świecie III Rzeszę, do której prowadzić miała absolutna segregacja rasowa, ludobójstwo i pozytywna selekcja genetyczna.

Anglicy zdają się też być narodem, który jest przywiązany do pewnych, "znaczących" szczegółów. Wychodzą z założenia, że jeśli nie ma masowych protestów spolecznych przeciwko ich istnieniu, mogą sobie one egzystować bez zakłóceń. Z drugiej strony, to co dla Polaka wydaje się absurdem, jest tu częścią kulturowych kodów i przyzwyczajeń, będących esencjonalnym elementem składowym angielskiej kultury. Jak zaś każdy antropolog został nauczony na studiach, kultura jest pewną homogeniczną całością, nawet jeśli jej elementy na pozór do siebie nie przystają. Tym samym możliwa jest zmiana elementów kultury bez zmiany jej charakteru, ale tylko w wypadku, jeśli proces zmiany pozostaje w zgodzie z kulturową wytyczną jej samej. Pomimo tego, że angielskie gazety lubują się w wyciąganiu na jedynki wysokich zarobków swojej arystokracji robiąc z tego skandal, klasa ta jest Anglii potrzebna jako symboliczny kręgosłup, stanowiący o kulturowej dumie jej obywateli... jeśli ona zniknie, gazety nie będą miały o czym pisać. Wciągająca koks Amy Winehouse pociągnie tylko do następnej zapaści, a potem media znajdą sobie inną gwiazdę.

Sytuacja kulturowa Polski jest skranie inna. Resztki arystokracji i prawdziwej inteligencji zostały u nas wybite podczas II Wojny Światowej, podczas której symbolicznie i fizycznie złamano Polakom kręgosłup. 50 lat komunistycznego totalitaryzmu, podczas których mieliśmy do czynienia z dwoma falami emigracji intelektualistów (1968 i 1979-1982) rozproszyła siły polskiej kultury po całym świecie. Obecna klasa intelektualistów polskich to zazwyczaj świnie spasione na wzajemnym pożeraniu sobie paszy bez resztek klasy, godności i perspektywy przynależności do pewnego szerszego kręgu jednostek, które są odpowiedzialne za kształt przyszłości świata. Żyją tylko od pierwszego do pierwszego reprezentując godne pożałowania, pełne post religinej czci uwielbienie dla srania na własnym podwórku. Nie chcę wymieniać tutaj nazwisk, ale m.in. pogarda dla tych miernot kazała mi odrzucić wszystko to, co reprezentują one sobą obecnie.

Ostatnio spotkałem pewnego młodzieńca, który urodził się na emigracji, jego rodzice przybyli do Wielkiej Brytanii w 1979, gdzie pozostają do dzisiaj. Jego angielski jest płynny i nie do odróżnienia od każdego akcentu angielskiej klasy średniej. Przez cały dzień rozmowy w sklepie z ciuchami, w którym pracuję, nie odezwał się do mnie ani słowem po polsku, by dopiero wieczorem zaskoczyć mnie zupełnie jednym pytaniem. Miał on jedak przywilej obserwowania czwartego już w historii XX wiecznej Wielkiej Brytanii exodusu Polaków, największego zresztą ze wszystkich.

Życie Polaka znacznie się tu wprawdzie poprawiło po wejściu jego rodzimego kraju do Unii Europejskiej, ale segregacja klasowa nadala pozostała. Jasnym akcentem jest za to fakt, że Anglicy przekonali się do Polaków na polu pracy. Od zwykłego robotnika budowlanego, przez handlowca, kelnera, po informatyka, dizajnera, doradcę finansowego i projektanta mody, Polacy pracują lepiej, szybciej i wydajniej niż Anglicy. Właściciele wielu firm wolą zatrudniać już Polaków niż Anglików i tak jest też w firmie, w której pracuję, Music and Video Exchange , która jest siecią sklepów z ciuchami, płytami, grami komputerowymi i książkami, pochodzącymi z wymiany bądź kupna.

Przed objęciem tej zacnej roli tydzień przepracowałem w polskiej firmie medialnej, Fortis Media UK, która jest wydawcą pism Polish Express i Laif (dla tego tabloidu zrobiłem jeden numer) i wzajemnie zrezygnowaliśmy ze współpracy. Jeszcze raz sprawdziło się przysłowie mówiące o tym, żeby nigdy nie pracować za granicą dla Polaków. Nic nie pomogą tu inne realia kulturowe i rynkowe, Polak wyjeżdżając z kraju zabiera ze sobą bagaż swoich najgorszych, możliwych cech, których nie zniszczy nawet eksplozja bomby atomowej. Tutaj trzeba przyklasnąć naszym wielkim krytykom tj. Gombrowicz i Witkacy, Polak nie zreformuje się nigdy, ponieważ memy, którymi nasiąkł, zawsze będą kazały mu się bronić rękami i nogami przed wszelką zmianą. Prędzej odda życie niż zacznie negocjować lub zmieni podejście do drugiego człowieka. Upór to jedna z tych "trudnych cnót", dziecko trzech rozbiorów kraju, kilkunastu powstań narodowych, dwóch wojen światowych i moralnego zgnojenia komunizmem.

Postanowiłem na luzie pracować sobie w sklepie aż nie znajdę lepszej pracy, a do tego uprawiać dziennikarski freelancing po polsku i angielsku. Pierwsze efekty w następnym numerze Cooltury, który wyjdzie w poniedziałek, a następne części londyńskiego dziennika już niebawem. Nie mogę wprawdzie nie przyznać, że nie przeżywam pewnego rodzaju melancholii (na co składa się kilka przyczyn), ale i tak wolę to niż gnicie w zapomnianym przez wszystkie demony kraju o wspomnianej nazwie. Z depresji ratuje mnie jazz, na tapecie ponownie wylądował John Coltrane i Miles Davis, przetykany gdzieniegdzie Eddie Palmierim, Colemanem Hawkinsem i Jimmym Smithem. Dalej unikam idiotów, jak ognia i czekam na "sezon suszenia starej skóry na słońcu".

CDN>>>

Wednesday, 26 September 2007

Żegnam was, wybieram emigrację!



Wczoraj wysłałem pożegnalny, wewnętrzny e-mail do moich przełożonych i współpracowników w Valkea Media, gdzie pracowałem przez ostatnie 1,5 roku jako korespondent trójmiejski Magazynu AKTIVIST.

Nie ukrywam, że odetchnąłem w ten sposób z ulgą, gdyż serdecznie dosyć miałem wielkich wymagań za śmieszne pieniądze i braku dalszych perspektyw zawodowych. Ponadto czułem, że powoli się wypalam jako dziennikarz i potrzebny jest mi mały urlop, dzięki któremu mogę sobie spokojnie siedzieć przed lapem i pisać różne rzeczy do MAGIVANGI. Aktualnie kończę bio Roberta Antona Wilsona, które pewnie jeszcze dzisiaj pojawi się na łamach mojego magazynu.

Nie muszę też chyba tłumaczyć, że kraj który od dwóch lat sukcesywnie cofa się w rozwoju, promuje chamstwo, debilizm, zamordyzm i wszechobecną cenzurę, nie może być miejscem zamieszkania żadnego normalnego człowieka o szerokich horyzontach, który dodatkowo zupełnie nie utożsamia się kulturowo z tzw. polskością i w dupie ma wszelki pacynkowy patriotyzm.

Oczywiście rozglądam się już za następną pracą, tyle że w Londynie. W moim CV i liście motywacyjnym widnieje już brytyjski numer telefonu i zaraz pojawi się londyński adres. Mam nadzieję dostać pracę jako PR Assistant, Journalist lub Staff Writer w trzecim sektorze, nowych mediach lub dziale PR jakiejś porządnej spółki medialnej. Bilet zarezerwowany mam na 12 października i dokładnie wtedy stawiam stopę na Wyspach. Nawet nowego dowodu nie mam już ochoty sobie wyrabiać, taką mam głęboką niechęć do bycia obywatelem tego zapomnianego przez wszystkie demony, staczającego się w otchłań absurdu, nieprzyjaznego nawet mieszkającym w nim ludziom, kraju.

Mam nadzieję, że nigdy nie będę tutaj musiał wracać!

Monday, 3 September 2007

Odkrywamy to, co zapomniane przez historię



Powiem szczerze, po trzech dniach ciężkiej imprezy, człowiek zmasakrowany przez używki, taniec i śmiech nawet nie zastanawia się nad tym, co się dzieje, bo mózg zaczyna mu odmawiać posłuszeństwa. Stan ten można porównać do ciszy po burzy, którą charakteryzuje pewien przeskok wrażliwości :)

Wszystkich zawodowych pijaków zapraszam więc teraz na alternatywny chill out i obejrzenie zapomnianego nieco w Polsce, krótkiego dokumentu Marka Piwowskiego pt. "Korkociąg". Moooooocna rzecz!






Sunday, 25 March 2007

Rewolucja permanentna i nowe Średniowiecze



Jak wiecie (lub nie wiecie), unikam komentowania polskiej polityki, gdyż po pierwsze niewiele mnie z Polakami łączy (zupełnie jak Witkacego), po drugie poziom merytoryczny tego dyskursu spadł już dawno poniżej poziomu chodnika. Ja zaś rzadko mam ochotę schylać się tam, gdzie depczą się wzajemnie, śmierdzące łajnem świnie.

Jednak nie mogę zaprzeczyć, że kurs polityczno-ideologiczny, jaki przyjął ten opuszczony przez wszystkie demony kraj za pośrednictwem rządów skrajnych, nacjonalistycznych konserwatystów tj. PiS i LPR, których jedynym pomysłem na gospodarkę jest niewydolny, etatystyczny socjalizm, coraz bardziej mnie zasmuca. Po ostatnich pomysłach ustawodawczych ministra Orzechowskiego oraz posłów Piłki i Cymańskiego, nie da się zaprzeczyć że dryfujemy powoli w stronę państwa autorytarnego, w którym konstytucja jest fikcją, prawo służy rządzącym, a wolność osobista jest stale ograniczana na rzecz dyskursu centralnego sterowania, bezpieczeństwa, praworządności, teokracji i uniformizacji światopoglądowej. Wszystko zaś w imię powrotu do Średniowiecza, ponieważ to jedyny okres naszej historii, kiedy wszystkie te elementy porządku społecznego dało się sprawować siłą, do czego dąży "grupa trzymająca władzę".

Jako libertarianina wielce niepokoi mnie ponadto brak jakiegokolwiek zainteresowania przez ten populistyczny rząd reformą prawa gospodarczego, obniżką podatków, cięciem wydatków socjalnych, uproszczeniem procedur zakładania firmy, rozbiorem monopoli państwowych na ubezpieczenia i emisję waluty, dalszą liberalizacją handlu. Nie mogę się tu nie zgodzić tym razem z Leszkiem Balcerowiczem, że nasz obecny budżet jest rozdęty poza wszelkie racjonalne granice i musi doprowadzić w dłuższym okresie do załamania koniunktury gospodarczej. Jeśli zaś to nastąpi, Polska zostanie jak ekonomiczna Antarktyda, świeża i nie naruszona przez żadną działalność gospodarczą. Już teraz, ze względu na głupotę polskiego rządu, ręce zacierają brytyjskie banki takie, jak zręcznie korzystający z dynamizmu Polaków HSBC szykując się na uruchomienie strumienia kredytów dla naszych przedsiębiorców.

Dodatkowo, wkurwia mnie po prostu całkowity brak świadomości tego, jak ważna jest w społeczeństwie informacyjnym edukacja młodzieży i kształcenie kadr pod kątem uczestnictwa w społeczeństwie globalnym, mogących sprostać wyzwaniom XXI wieku. Działacze PiS i LPR nie rozumieją lub nie chcą rozumieć, że dzisiaj kapitał społeczny, to wykształcenie, elastyczność, gotowość do ciągłych zmian i umiejętność stanowczego wyprzedzania faktów dokonanych. Bez nowoczesnego modelu nauczania, wprowadzania przedmiotów, pozwalających uczniom dynamicznie interpretować zmiany zachodzące w rzeczywistości społecznej, Polska pozostanie pustynią i straci resztkę szans na dogonienia świata. Niestety wszystko wskazuje na to, że pozostaniemy jeszcze długo przy archaicznym i niezwykle kosztownym modelu centralnego zarządzania społeczeństwem, w którym najważniejsze są religijność i ograniczenie aktywności seksualnej - rzeczy nie do pogodzenie z kapitalistyczną gospodarką, która jest w istocie dźwignią finansującą wszystkie zachcianki ustawodawcze! Połączenie autorytaryzmu i kapitalizmu działa tylko w krajach azjatyckich tj. Chiny, gdzie panuje odmienny model kulturowy, obywający się bez pojęcia jednostki! Skutki polskiej polityki edukacyjnej na dłuższą metę łatwo przewidzieć: całkowite odmóżdżenie i tak mających wszystko w dupie nastolatków oraz małolaty szukające ginekologa przez koleżanki, który mógłby usunąć niechcianą ciążę! Brak przygotowania lingwistycznego, społecznego i naturalny bunt przeciwko rządom twardej ręki, będą zaś wypychać młodzież w coraz szybszym tempie i w coraz młodszym wieku za granicę! O pomysłach na zawłaszczenie szkolnictwa wyższego i niezależnych politycznie instutycji naukowych nawet nie wspomnę, skieruję tylko do artykułu w Przekroju.

Największym złem, które wyrządzają temu krajowi rządy PiS jest jednak wykorzystywanie starej idei Lwa Trockiego - "rewolucji permanentnej" do sterowania nastrojami społecznymi i zawłaszczania dyskursu publicznego przez kontrolowanie ciągłości odniesień medialnych do swoich chorych pomysłów i neurotycznych idei. W istocie styl zagrań liderów PiS wraz z mesjanistycznym dyskursem Romana Giertycha, to esencja tego, co postulował Trocki. Najpierw zdobywa się władzę w imieniu pokrzywdzonych i odrzuconych na margines społeczny, następnie poprzez dyktaturę niszczy się resztki oporu intelektualnych elit. Potem zaś dba się o to, żeby rewolucja wciąż miała cel w postaci ukrytych wrogów wewnętrznych i zewnętrznych. Tymi pierwszymi straszy sie swoich wiernych poddanych każąc ich wypatrywać nawet u siebie w lodówce, z tych drugich zaś stwarza się cel, ponieważ żadna rewolucja nie może być bezpieczna dopóki nie zapanuje na całym świecie.

Niepokorne idee Trockiego kazały Stalinowi zlecić w końcu jego zabójstwo, gdyż nie dały się one pogodzić z nowym totalitarnym ładem ZSRR. Z drugiej strony instrumentalnie posłużył się on całym systemem, zbudowanym przez Trockiego w celu zaprowadzenie rządów terroru. Miejmy nadzieję, że obecny rząd ustrzeli się sam, zaś gdyby się ktoś w końcu zdecydował wbić mu kilof w głowę, to nie będę płakał...



Friday, 2 March 2007

"Polonisty pan nie przegada"



Śledząc na bieżąco wydarzenia w Dolinie Rospudy odnoszę wrażenie, że w całej sprawie mamy do czynienia nie tyle z konfliktem interesów, co z głębokim konfliktem postaw. Przyczyną braku konsensusu jest w tym przypadku brak umiejętności komunikowania się na podstawowym poziomie, brak zrozumienia dla wzajemnych racji, a także odwoływanie się do argumentów poza merytorycznych. Na meta poziomie chodzi tu w istocie o konflikt paradygmatyczny, który nie może być zredukowany do antagonistycznych interesów, ale musi być osadzony w kontekście charakterystycznej dla naszych czasów polifonii światopoglądowej. Jeśli osadzić nasze rozważania w ramach Teorii Ośmiu Obwodów Neurologicznych Leary'ego, to wyłania nam się idealny przykład walki pomiędzy nimi - w istocie wojny syntaktycznej, która pokazuje, jak bardzo niespójny jest kształt każdego społeczeństwa, którego pozorna jedność może być podtrzymywana jedynie przez gesty, symbolikę i wzajemnie ze sobą współpracujące platformy medialne.

Po jednej stronie tego konfliktu mamy mieszkańców Augustowa, którzy reprezentują nastroje pełne napięcia, strachu, gniewu, histerii (Obwód I i II) i kompletną nieznajomość reguł działania współczesnej kultury, szczególnie zasad działania mediów. Po drugiej zaś ekologów, którzy reprezentują zwarte spektrum światopoglądowe, sięgające od dyskursu racjonalnego (Obwód III) po argumenty głębokiej ekologii, wchodzącej w skład Obdwodu IV i V, a ponadto wychowani są w kulturze pełnej mediów, których językiem doskonale potrafią się posługiwać. Trzecią stronę stanowią tu same media jako tertium quid, co znowu w fantastyczny sposób odsyła nas do historii ruchów heretyckich. Widzieć media jako przedłużenie herezji religijnych wydaje mi się niezwykle fascynującą wizją...





Odwołanie do religii jako kultu ikony (zarówno w sensualnym, jak i symbolicznym sensie) jest zresztą doskonale widoczne w całej sprawie. Polacy nie byliby sobą gdyby w pewnym momencie nie wzięli do ręki krzyży, zniczy i nie odwołali się do nauk kościoła (oczywiście jedynego słusznego, bo katolickiego - co jak wiemy oznacza powszechny i uniwersalny). "Won wredni heretycy!" już chcieliby powiedzieć do zakochanych w przyrodzie (a więc przejawiających pogański sentyment) ekologów z Greenpeace, jednak decydują się w tym krytycznym momencie na odśpiewanie "Roty", tak więc wykonują rytuał wzmacniania więzi społecznej. Niestety przez anachroniczność gestu i brak wiedzy na temat teorii Marshalla McLuhana, który twierdził, iż telewizja jest w istocie rodzajem rzeźby medialnej - przedłużeniem zmysłu dotyku, wychodzą tragikomicznie. Mniej więcej jak Król Edyp z twarzą wciśniętą w świeżą pizzę.





My tu gadu-gadu, a na łamach Taraki Mirosław Miniszewski opublikował tymczasem kolejny tekst, w którym próbuje dać prawdziwe oblicze konfliktu w sercu Podlasia XXI wieku. Pomimo tego, że rzadko traktuję jego teksty na poważnie, hasło "Podlasie XXI wieku" nieuchronnie przypomniało mi o jednej z największych gwiazd polskiej popkultury ostatniej dekady, która dzielnie przybyła do Doliny Rospudy, żeby nic złego "się nie stało się" :)