Showing posts with label psychedeliki. Show all posts
Showing posts with label psychedeliki. Show all posts

Tuesday, 8 June 2010

Nowy tekst Huntera S. Thompsona w MGV!



W moim magazynie pojawił sie nowy tekst Huntera S. Thompsona pt. "Pierwsze Odwiedziny u Mescalito", traktujący o pierwszym tripie meskalinowym doktora gonzo.

Doskonala kontynuacja czytelnicza lub wstęp do szalonej twórczości Thompsona, który pisanie o dragach wzniósł na najwyższy możliwy poziom :)

Doświadczyć tekstu możesz klikając w ten link.

Miłego czytania!

Thursday, 27 May 2010

Tajemnica stoner rozwiązana!

Czym jest tak naprawdę brzmienie stoner?
Niestety, pojęcie to wydaje się znacznie szersze niż wąskie... być może jednak poniższa fota, znaleziona na pewnym forum odsłoni nieco rąbek tajemnicy :)






Sunday, 9 May 2010

Wywiad z Alexandrem Shulginem



Niezwykle ciekawy wywiad z Alexandrem Shulginem, w ktorym ojciec MDMA i bog domowych chemikow tlumaczy swoje motywacje, stojace za praca z substancjami psychoaktywnymi.



Friday, 9 April 2010

Sprawa dopalaczy... a może coś więcej.

Sledzac z oddali polskie realia coraz rzadziej poważnie traktuje mnozace się w zawrotnym tempie idiotyzmy, które przekazują oficjalne media. Osobiście, uważam ze ten kraj nie dojrzał jeszcze do bycia częścią Europy i "dotarcie sie" może mu zająć trochę więcej niż sie to na codzien przypuszcza. Cóz jednak zrobić? Śmiać sie czy płakać?

Polskie społeczeństwo dzieli sie moim zdaniem na dwa obozy, a linie podziału są coraz bardziej widoczne. Główna linia wydają sie wiek i umiejętność korzystania z nowych mediów (lub też poleganie na nich), co sprawia ze nieuchronnie zostaje podważona rola państwa w funkcjonowaniu indywidualnego życia.

Główna kością sporu w Polsce staje sie więc "niepodwazalny autorytet państwa nad jednostkowym stylem życia" - wyniesione z realnego socjalizmu przekonanie polityków o swojej wszechwladzy i wszechwiedzy, dające im podstawę do tłumienia wszelkich oddolnych ruchów społecznych.

Chcialbym zwrocic uwage, ze to tylko jeden krok od systemu, panującego w Korei Polnocnej. Jedyna różnica wydaje sie dostęp w Polsce do telewizyjnych tok szolow i możliwość robienia zakupów przez Internet.

Dlaczego tak, a nie inaczej, pomimo zwiekszajacego sie dystansu liberalizmu miejskiego stylu życia do oficjalnego stanowiska na ten temat wszystkich partii politycznych?

Po pierwsze dlatego, ze WSZYSTKIE partie w Polsce są konserwatywne :) Tak, właśnie. Nie ma w tym kraju partii przedkladajacych dobro jednostki nad dobro aparatu państwowego. Różnice estetyczne nie niweluja braku różnic swiatopogladowych. Stąd ten cały medialny cyrk (nikt nie wie o co chodzi), gdyż silnie związane z oficjalnym dyskursem koncerny medialne reprodukuja jedynie obraz sceny politycznej, która jest silnie zuniformizowana. Jej nieistniejace spektrum musi być więc przedstawiane w sposób holograficzny, tak aby dać złudzenie pluralizmu.

Pierwszym przykazaniem konserwatyzmu jest zas hamowanie nowości, a drugim kontrola jednostkowych zachowań i poglądów. Najprostszym rozwiązaniem ustawodawczym jest tez zawsze wprowadzanie zakazów, cenzura i nakładanie nowych podatków lub obowiazkowych zobowiązań moralnych/finansowych wobec państwa.

Sprawa dopalaczy jest typowym przykładem tego typu polityki. W ciągu ostatniego roku Polska stała się swiatowym liderem wprowadzania zakazu obrotu i spożywania pewnych substancji psychoaktywnych, zawartych naturalnie w setkach ziół/roślin/korzeni z całego świata. W głosowaniu o zmianę ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, tylko 5 głosów było przeciwko - przykład tego, ze porozumienie ponad podziałami jest możliwe i że konserwatyzm jest wspólnym mianownikiem elyt.

Właśnie sprawdzałem, co jest jeszcze legalne i w zasadzie nielegalne jest już wszystko. Należy chyba tylko czekać aż rząd polski zdelegalizuje bitą śmietanę w puszkach, banany, gałkę muszkatołowa, waleriane i cały zestaw ziół, sprzedawanych w aptekach. Społeczeństwo będzie miało w ten sposób realny nakaz trucia sie alkoholem, nikotyna i psychotropami. Srodki przeciez przebadane, a więc najzdrowsze!

W porównaniu choćby z Wielka Brytania, w Polsce panują mroki Sredniowiecza. Tu dragi dzieli sie na grupy ze względu na szkodliwość zdrowotną, a kary za posiadanie są uzależnione od przynależności danej substancji do której z grup. Za posiadanie małych ilości marihuany przykładowo, za pierwszym razem grozi pouczenie, za drugim mandat, dopiero za trzecim razem sprawa ląduje w sądzie, gdzie szanse na wyrok wiezienia są i tak minimalne.

Nie dziwi więc w UK w ogóle, ze ostatnie wyniki OFICJALNYCH badań naukowych umieścily potencjał destrukcyjny alkoholu i nikotyny tylko nieco niżej od heroiny, zaś marihuana została uznana za jedna z najmniej szkodliwych używek.

Słabo widzę takie badania w Polsce, jako ze tu BADAN SIE PO PROSTU NIE ROBI, a społeczeństwu przedkłada gotowe decyzje! To pierwsza rzecz, której powinien sie domagać ruch legalizacyjny - poparcia decyzji ustawodawczych dowodami naukowymi, wyjścia z zasranego Sredniowiecza, kiedy wszystko brało sie na wiarę! W Polsce kocha się stan, który sprzyja szerzeniu paniki i histerii - daleki poglos polowań na czarownice. To zaś właśnie należy zmienić!

Pierwszym krokiem powinno być jednak dojscie do tego, ze państwo wyrzyga w końcu religijną zasade sądzenia a priori i porzuci wpierdalanie się w ludzkie decyzję światopoglądowe uznając się za część post oświeceniowej Europy.

Druga sprawa są zagrania medialne, w czym po prostu mistrzem jest Gazeta Wyborcza, w której znalazłem świeży jeszcze, ale za to brudny i tendencyjny artykuł na temat dopalaczy, pisany przez kompletnych imbecyli pod redaktorskie dyktando.

Artykuł oczywiście piętnuje rozprowadzanie "prawdopodobnie nielegalnych" używek wskazując jedyna słuszna drogę - zdelegalizujmy te chore sklepy. Dobrze, ze nie zaczęto w nim tropić powiązań z międzynarodowym rządem masonskim i mafia pedofili. Ręce, kurwa, opadają, jak sie takie rzeczy czyta! Obiektywność? Zapomnijcie. Pokrętna, pro rządowa propaganda bez śladu głębszego zmysłu dziennikarskiego. To ma być rzetelność medialna? Chyba więcej jej znajdziecie w "Pamietnikach Anastazji P."

Nalezy dodac, ze gazety w Polsce stały sie w ciagu ostatnich kilku lat aparatem siania strachu, zamętu i dezinformacji, służącej podtrzymywaniu status quo. Tych okropnych wypocin, przyklepywanych przez naczelnego, nie da sie już nawet oddzielić od realnego stanu rzeczy. To jest pierdolona zgnilizna, której normalny czlowiek brzydzi sie dotknąć. Upierać sie przy tym, ze represje i nadużywanie władzy służą harmonii społecznej, to kurwa jakiś jebany koszmar, a takie stanowisko zajmuje wiekszosc z reportaży GW. Wskazywać, ze coś jest szkodliwe, chociaż mało co o tym wiadomo, to już zaś zupełny kabaret.

Napierdalajcie ten skostnialy system, bo zanim sie obejrzycie, będziecie w dupie muszac prosić o receptę na herbatke mietowa, a na chodzenie po parku będziecie musieli mieć zezwolenie!

Friday, 12 February 2010

Najlepszy film o LSD?

Jakiś czas temu pisałem na blogu o "Riot on Sunset Strip" - kultowym filmie z gatunku hippiesploitation, który od czasu swojej premiery kinowej w 1967 nie został ponownie wydany na VHS czy DVD.

Dzieło to zostało wyprodukowane przez otoczona na Zachodzie nimbem undergroundowej legendy, wytwórnie American International Pictures lub po prostu American International.

Jednym z najwybitniejszych reżyserów, związanych z ta masowa stajnia filmów klasy B był sam Roger Corman. Jego podopiecznymi byli zaś min. Jack Nicholson, Peter Fonda i Dennis Hopper. Swoje ostrogi zbierał tam także Laszlo Kovacs.

To przede wszystkim Corman był odpowiedzialny za sukcesy finansowe firmy kręcąc swoje filmy na spartanskich budżetach, co pozwolilo niemal wszystkim z nich zarabic kasę w młodzieżowych drive-inach!

Około roku 1966 American International postanowiło spieniezyc kolejna działkę kultury, tym razem były to kluby motocyklowe. Wypuszczenie filmu "The Wild Angels" z Peterem Fonda okazało się wielkim sukcesem finansowym i pozwoliło na dokrecenie kilkunastu innych. Tak narodził się gatunek "biker movie", który został kolejnym dzieckiem Cormana i AIP po serii horrorów gotyckich.

Rok później do Cormana przychodzi Jack Nicholson proponując mu zrobienie filmu koncentrujacego się wyłącznie na jednym motywie - tripie na LSD. Ten akceptuje scenariusz Nicholsona skracajac go tylko ze wzgledu na budzet, po czym sam wrzuca kwasa, żeby bardziej wczuć się w klimat głównego bohatera. W roli głównej obsadzona zostaje gwiazda "The Wild Angels", Peter Fonda.

Film nazwano po prostu "The Trip" i zrealizowano bardzo szybko, oczywiście krecac większość scen w plenerze. Oryginalna wersja liczyła 85 min. i pomimo wprowadzenia, mającego odeprzeć zarzuty apologii kultury narkotykowej, film nie doczekał się klasyfikacji wieku w Stanach Zjednoczonych (co praktycznie podcięlo dystrybucję) oraz został z miejsca zbanowany w Wielkiej Brytanii, co trwało do 2002 roku. Reedycja na DVD z 2005 liczy 76 min. i jest pierwsza po niemal 40 latach okazja zmierzenia się z tym żelaznym klasykiem drugsploitation.

Glowny bohater filmu, Paul Groves, to młody reżyser filmów reklamowych, który stoi na granicy rozwodu ze swoją żona. Jego przyjaciel John oferuje mu jednak sprobowanie nowego środka psychedelicznego - LSD, który może mu pomoc uporać się z trudna sytuacja.

Namowiony przez przyjaciela, Paul bierze LSD w hippisowskiej komunie, prowadzonej przez ziomala Johna - Maxa (Dennis Hopper), który funkcjonuje także jako diler i guru. W psychedelicznym otoczeniu Paul przeżywa oświecenie dostrzegając po raz pierwszy promieniowanie pomarańczy, a także mierząc się z wewnętrznym strachem przed śmiercią, demonami i kryzysem przed rozwodowym.

Wstrząśnięty przez wirujacy w mózgu kwas, wywołujący silne halucynacje, Paul ucieka jednak w koncu z komuny będąc przekonany, że jego przyjaciel nie zyje i walesajac się samotnie po centrum Los Angeles, a także wchodząc do napotkanego domu, gdzie nawiązuje dialog z mała dziewczynka.

W końcu udaje mu się w strachu przed policja odnaleźć komune, gdzie odzywa się nagle wielkie pożądanie do jednej z kobiet Maxa. Nie potrafiący otrząsnąć się z bad tripu Paul ucieka jednak ponownie, by natknąć się na inna kobietę, z która miał wcześniej wzrokowy kontakt. Spotkanie w barze zamienia się w seksualną przygode, która ustawia mu lot. Paul budzi sie rano, by odkryć ze stał się zupełnie innym człowiekiem.

"The Trip" to niezwykle tour de force Cormana, które graniczy z estetyka filmów Kennetha Angera, będąc także jednym z najbardziej osobistych filmów papieża kina klasy B. Niezwykle realistyczne odegranie przez Fonde przeżycia tripowania bardzo czesto sklanialo mnie do odkrywczego śmiechu (szczególnie, ze sam byłem trochę porobiony), ze ktoś mógł zrobić taki film. Niezwykle są tu także efekty świetlne i wizualne, a pokazanie tego co sie dzieje z Paulem przez wprowadzenie elementów fantasy i groteski, nadaje obrazowi niezwykłego klimatu. Poza warstwa filmowa to takze niezwykła "kapsuła czasu", która daje nam istotny wgląd w Zlote Lata kwasu.

Jeśli lubicie Cormana, Hoppera i Fonde, to film dla was obowiązkowy. Polecany oczywiście wszystkim tym, którym bliskie są wysokie loty na kwasie.

[Nowa recenzje filmu znajdziecie na lamach MGV]

Tuesday, 29 December 2009

Gdzie wędrują bawoły?


"Where the Buffalo Roam" to quasi biograficzny film, oparty, jak mówi sama czołówka, na "legendzie Huntera S. Thompsona". Nakręcony w 1980 przez mało znanego, amerykańskiego reżysera Arta Linsona i będący jego debiutem, może być postrzegany jako próba parodii czy nawet pastiszu książek doktora gonzo. Serwowany jako komedia, film ten ogląda się lekko i przyjemnie, gdy jednak silić się będziemy na coś więcej, interpretacja może rozbić się o ścianę. Nie znajdziemy tu ani śladu genialnego komentarza społecznego naszej ulubionej produkcji, nakręconego 18 lat później filmu "Fear and Loathing In Las Vegas", który może być uznawany za ekranizację z krwi i kości. Mimo tego, film ten powinien podobać się fanom pisarza, gdyż zawiera w sobie potężny ładunek humorystyczny.





Sam Hunter S. Thompson wypowiedział się krytycznie na temat "Where the Buffalo Roam" po jego premierze nazywając go kreskówką. Początkowo pisarz był traktowany jako konsultant wykonawczy czyli aktywny współpracownik. To z perspektywy czasu może zbyt dużo powiedziane, gdyż Thompson ograniczył się w zasadzie do sprzedania praw autorskich do swojego nekrologu pt. "The Banshee Screams for Buffalo Meat" za $100 tys. producentowi filmu, Thomowi Mountowi nie sądząc nawet, że dojdzie do zdjęć próbnych.

Na jego nieszczęście, film zaczęto realizować, a sam Thompson w dramatycznym akcie umycia rąk podpisał umowę, w której zrzekł się wszelkiego wpływu na jego treść. Mimo wszystko dał jednak pewne wskazówki Billowi Murrayowi, który został zaangażowany do odegrania jego roli na fali wzrastającej popularności programu "Saturday Night Live" i przebywał długo w jego towarzystwie, żeby zrozumieć osobowość Thompsona, który w akcie wkurwienia wrzucił go w końcu przywiązanego do krzesła, do swojego basenu.

Akcja zaczyna się na farmie pisarza, który musi właśnie wypełnić dedlajn, jednak nie może się skupić, więc pomaga sobie szklanką Wild Turkey i szczuciem psa na manekin Richarda Nixona paląc cały czas papierosa przez słynną fifkę. Mojo Wire domaga się maszynopisu, więc Thompson wrzuca do niego na chybił trafił kawałek gazety mówiąc: "Pożuj trochę te bzdury". Mojo Wire domaga się jednak więcej i Thompson zmuszony jest zniszczyć maszynę kilkoma strzałami ze swojego imponującego pistoletu Smith&Wesson wykonując przy tym kilka zręcznych uników. Potem film metodą introspekcji przenosi nas w późne lata ’60, gdzie jesteśmy świadkami tego, jak pisarz szaleje uwięziony w szpitalu, podłączony do kroplówki z Wild Turkey i kręci klimat z na pół rozebraną pielęgniarkę. Z niewoli ratuje go jego prawnik Carl Laslo, który kasuje jeszcze podczas odpalania samochodu figurę Jezusa na dziedzińcu szpitalu.





Wkrótce potem spotykamy Huntera w San Francisco, gdzie ma on ukończyć artykuł, dla którego dedlajn właśnie minął i jest w związku z tym ścigany przez swojego redaktora naczelnego. Zamiast tego towarzyszy swojemu prawnikowi w procesie przeciwko grupie młodzieży, która oskarżona zostaje o posiadanie marihuany. Laslo wywołuje skandal w sądzie i skazany na więzienie, a proces zostaje przegrany. Thompson przez cały czas siedzi w pierwszym rzędzie z dużą Margaritą w prawej ręce głośno komentując.

Bohaterowie spotykają się ponownie podczas Super Bowl VI, który odbywa się w 1971 w Los Angeles. Thompsona ma za zadanie opisać dokładnie całe wydarzenie, lecz zamiast tego loguje się w swoim pokoju hotelowym i zamienia go w wielką, psychodeliczno-pijacką imprezę grając w football z obsługą hotelową. Znudzonego dopada go Laslo proponując wypad za miasto (wcześniej klucze do pokoju lądują w kieszeni dwóch czarnych, ulicznych hustlerów), gdzie biorą hipisa-autostopowicza, który wystraszony każe szybko się wysadzić (to oczywiście echo "Fear and Loathing In Las Vegas"). Wypad kończy się w nowej siedzibie Laslo, centrali świeżej organizacji terrorystycznej, złożonej z młodzieży, zawiedzionej pokojową retoryką Nowej Lewicy (stylizowanej na oddział Weathermen). Laslo handluje teraz bronią i próbuje organizować rewolucję w Meksyku. Hunter ucieka, gdy cały oddział podczas próby przemytu broni nakrywa helikopter FBI.

Mamy następny skok w czasie, tym razem Thompson relacjonuje kampanię prezydencką 1972 przenosząc się z miasta do miasta słynnym samolotem ZOO (echo "Fear and Loathing on the Campaign Trail ‘72"). Na pokładzie kręci się ciągła impreza, a Thompson próbując dostać się do Richarda Nixona uwala jednego z main streamowych reporterów seconalem i podając się za niego przeprowadza krótki wywiad w toalecie. Gdy po fakcie dostaje się na pokład samolotu dla VIPów, tam odnajduje go Laslo proponując współpracę przy tworzeniu rewolucyjnej republiki ze swojej wizji. Krótko potem film się kończy…

Za atut filmu można uznać znakomitą ścieżkę dźwiękową z takimi kawałkami, jak: "All Along the Watchtower" Jimiego Hendrixa, "Highway 61 Revisited" Boba Dylana czy "Papa Was a Rollin' Stone" The Temptations. Za słabość uznałbym nieco slap stickowy scenariusz i brak głębszego przesłania. Jako bezpretensjonalna rozrywka film sprawdza się jednak doskonale.


Friday, 13 November 2009

Walka w obronie profesora Davida Nutta trwa!


Dokladnie 30 pazdziernika zwolniony ze swojego stanowiska zostal profesor David Nutt. Piastujacy przez dwadziescia lat prestizowa role przewodniczacego Advisory Council on the Misuse of Drugs - najwazniejszego ciala naukowego, zajmujacego sie doradzaniem rzadowi Wielkiej Brytanii w sprawach dotyczacych narkotykow i substancji psychedelicznych - stracony z piedestalu zostal z czysto politycznych powodow.

Konkretnym powodem bylo twierdzenie, ze wiekoszosc z substancji, klasyfikowanych w grupie B (substancje dosc szkodliwe), powinna zostac zreklasyfikowana jako substancje grupy C (srednio szkodliwe). Profesor chcial takze, by jego wskazowki zostaly potraktowane powaznie i probowal przekonywac do swoich racji w wykladach, a takze w rozmowach z rzadzacymi politykami.

Skonczylo sie wielkim skandalem medialnym, odejsciem z komisji kolejnych naukowcow oraz wielka debata spoleczna, ktora mozna sledzic w postach tejze grupy facebookowej, jak i w relacjach medialnych.

Dobrym wstepem do sprawy jest wywiad telewizyjny z profesorem:



relacja z londynskiej manifestacji w obronie profesora:



... a takze sonda uliczna na temat calego zagadnienia:




Centralnym pytaniem jest tutaj "czy nauka ma sluzyc polityce?". Jesli odpowiedz bowiem brzmi tak, mozemy zapomniec o wszelkich probch reformy prawa, dotyczacego substancji narkotycznych i psychedelicznych, gdyz droge ustawodawcza dalej dyktowac beda PIENIADZE, PRZEKONANIA RELIGIJNE i INZYNIERIA SPOLECZNA!

Innymi slowy, obalanie wszelkich zmian w polityce redukcji szkod jest czescia znacznie szerszego dyskursu - procesu "wylaczania z dzialania" resztek demokracji przez korporacyjno-faszystowska plutokracje.

Friday, 6 November 2009

Lek i odraza w politycznym mrowisku

"Fear and Loathing on the Campaign Trail '72" jest powszechnie uznawana za jedno z największych dzieł Huntera S. Thompsona - jego labedzi spiew. Jak sadze, spodoba się każdemu z jego fanów, ale przede wszystkim trafi do mózgu czytelnika, interesującego się kulisami działania amerykańskiej polityki lub co wydaje mi się zasadne, do mózgu czytelnika, interesującego się zasadami, rządzącymi systemami politycznymi tzw. krajów demokratycznych.

Mimo, ze zainteresowanie polityka nie jest tu obowiązkowe, z pewnością może pogłębić odbiór dziela Thompsona. Jeśli chcecie poczuć cała zgniliznę mechanizmów politycznych, z taka werwą opisywanych przez doktora gonzo, musicie chociaż tak, jak on sam wejść mentalnie w ich gąszcz.

Pisarz skupia się w ksiazce na opisywaniu wyścigu do nominacji na kandydata na prezydenta wewnątrz Partii Demokratycznej i robi to przyciskajac pedał gonzo do maksimum. Nie mamy od początku żadnej wątpliwości, iż Thompson nie sili się na obiektywizm obierajac sobie nawet własnego faworyta - senatora George'a McGoverna.

To, co uznaje bowiem za tragedie, ale też zwykłą kolej rzeczy, opisuje juz we wstępie następująco: "Zbiorowy i ostateczny upadek dziennikarstwa politycznego w Ameryce ma swoje korzenie w klubowo-koktajlowych stosunkach towarzyskich, które nieuchronnie wytwarzają się pomiędzy politykami i dziennikarzami
- w Waszyngtonie czy gdziekolwiek indziej, gdzie spotykają się ze sobą codziennie. Kiedy profesjonaliści zaczynają być ziomalami od kieliszka, nie będą się raczej starali podkladac sobie świń."

Mieszając skrupulatne opisy wystąpień politycznych, wywiady ze sztabem wyborczym swojego kandydata i pól-surrealistyczne zapisy wspomnień z podróży lotniczych, pobytów w hotelach i własnych ekscesów pijackich i narkotycznych, Thompson dokladnie ukazuje nam korzenie własnego stylu - skrajnie subiektywnej narracji rzeczywistości, nie posiadającej żadnego szacunku dla autorytetów oraz podwójnych standardów dziennikarstwa.

Jeśli obiektywne dziennikarstwo nie jest bowiem niczym więcej niż dziennikarska fikcją, doktor gonzo wyciąga z tego radykalne wnioski. Dziennikarstwo gonzo to fikcja, która mówi znacznie więcej niż "dziennikarska prawda" dzięki poszanowaniu prawidla "Im dziwniej, tym ciekawiej, a im ciekawiej, tym bardziej profesjonalnie."

Sama książka zbudowana jest jak dziennik, którego rozdziały są opisem kolejnych miesiecy trwania wyścigu politycznego. Pisarz zaczyna komentować kampanie w grudniu 1971, a kończy w grudniu 1972.

Dokonując porównań na temat stylu prowadzenia kampanii poszczególnych kandydatów i opisując, co sam o nich myśli, Thompson staje się wiernym komentatorem każdego posunięcia politycznego wyszydzajac jednocześnie wewnętrzne zasady polityki partyjnej, które same uniemożliwiają dokonywanie jakichkolwiek zmian społecznych.

Thompson idzie jednak dalej i bawi sie sytuacja, w której na własne życzenie sie znalazł dokonując zakładów na pieniądze o zwycięstwa w przedwyborach stanowych. Staje sie także ważnym czynnikiem, wpływającym na bieg wydarzeń i koniec końców produkuje cała serie poważnych wgladow w świat polityki, które są do dzisiaj traktowane jako absolutna klasyka dziennikarstwa politycznego!

"Fear and Loathing on the Campaign Trail '72" była w swoim czasie jednym z kamieni milowych dla kontrkulturowej wizji świata polityki, która tak brutalnie pokazała brak chęci na zmianę w 1968. Odsłonięcie przez Thompsona zaslonek, za którymi senatorowie palą skręty z dziennikarzami i pracownikami służb specjalnych, do dzisiaj służy jako najlepszy komentarz dla hipokryzji politycznej i zepsucia, jakie niesie ze sobą walka o władzę.

Sunday, 18 October 2009

Nowy wywiad z Jodorowskym!

Miło mi wam polecić najswiezszy wywiad z Alejandro Jodorowskym, przeprowadzony niedawno w Paryzu przez dziennikarza znakomitego magazynu VICE.

Niestety nie wiadomo dlaczego, ale nie wszedł on do ostatniego numeru filmowego, w którym znalazły sie min. wywiad z Terrym Gilliamem, Larsem Von Trierem, Davidem Lynchem i Gasparem Noe, a także znakomite artykuły na temat Nowego Jorku jako toposu w kinie, meksykańskiego kina exploitation czy Nollywood - nigeryjskiej odpowiedzi na Hollywood :)

Mniejsza jednak z tym, gdyż wywiad ten znajdziecie pod tym linkiem. Milego czytania!


Friday, 17 July 2009

Wspomnienia znad grobu lat '60

Jedna z najgenialniejszych powieści XX wieku, "Fear and Loathing in Las Vegas: A Savage Journey To The Heart Of The American Dream", ukazała sie po raz pierwszy w 1971 jako zestaw artykułów w magazynie "Rolling Stone". Podpisana przez tajemniczego osobnika o nazwisku Raoul Duke, niemal natychmiast zyskała wielki rozgłos w USA.

Napisana oczywiscie przez Huntera S. Thompsona, już wtedy bestsellerowego autora książki o klubie Hell's Angels, szybko stała sie jednym z najtrafniejszych podsumowań dekady lat '60. Pomimo tego, ze pierwszy raz wydana w twardej okładce przez Random House w 1972, od tego czasu nie wyszła nigdy z druku...

Obecnie można ja dostać w UK jako paperback, który jest idealna kopia pierwszego wydania z paranoicznymi ilustracjami brytyjskiego rysownika, Ralpha Steadmana włącznie. Nie wiem niestety, jak wygląda polskie wydanie, które wyszło rok temu, gdyż odpuscilem sobie w końcu jego kupno na rzecz skupienia sie na wersji pierwotnej.

Klasyczna krytyka książki wskazuje na to, iż Thompson podjął przede wszystkim ślad Toma Wolfe'a w opisywaniu psychedelicznego pokolenia. Byl to jednak wplyw wzajemny. Jak wiemy, Wolfe przy pisaniu swojej "Proby kwasu w elektrycznej oranzadzie" posilkowal się nagraniami Thompsona z jego wspólnej podróży z Kenem Keseyem i Marry Pranksters.

By mieć wiekszy obraz inspiracji literackich Thompsona, należy przede wszystkim docenić wpływ jednej z największych osobistości kontrkultury XX wieku - Kena Keseya we własnej osobie. To właśnie jego dwa największe dziela, "Lot nad kukulczym gniazdem" i "Czasami wielka chętka", stały sie kluczem otwierającym bramy pisarskiej percepcji twórcy "gonzo journalism".

Jak mówi on sam w zbiorze wywiadów "Conversations with Hunter S. Thompson", to glownie dziela Keseya miały wielki impakt na jego twórczość. Gdyby nie Kesey, Thompson nigdy nie poznalby też Hell's Angels i nie napisał swojej, pierwszej, wielkiej książki.

Idac tym sladem, Thompson w "Fear and..." potwierdza przede wszystkim swoją anty Leary'owska poze opowiadając sie za uzywaniem psychedelikow do generowania raczej chaosu niż harmonii (kłania sie tu oczywiscie Kesey ze swoją ścieżka chaopsychedelii).

Pokazując, ze pokolenie lat '60 w szybkim czasie stało się ofiarą czarnego rynku i wlasnych paranoji, że używanie prowadzi do nadużywania i że nie ma zabawy bez całego "arsenalu środków", Thompson zdecydowanie staje po mrocznej stronie kwasu.

Zezwierzecenie za pomoca dragow jest u niego wszystkim, gdyż świat jest szalony, a momenty raju są jedynie chwilami iluzji pomiedzy długimi pasazami z piekła rodem. Oslepienie potrzeba oświecenia pojawia sie więc u Thompsona jedynie jako słodko-gorzka ironia i sentyment do czasów, kiedy wszystko było możliwe, by za chwilę stać sie jedynie wspomnieniem.

Tuesday, 23 June 2009

"Rainbow Bridge" - kolejny odlot lat '60


"Rainbow Bridge" to jedna z zagrzebanych w lamusie czasu perelek, obrazujacych czasy schylku kontrkulturowego zrywu lat '60 w USA. Mimo, ze dlugi i meczacy (125 min.), dla miłośników filmów psychedelicznych "Rainbow Bridge" może być jednak kolejna pozytywna jazda po czaszce. Film, ktory w bardzo podobny sposób, co "Chappaqua" z Williamem S. Burroughsem, pokazuje wizje i nadzieje pokolenia '68, byłby tylko kolejnym paradokumentem o marzeniach odosobnionej grupy headow, walacych LSD, gdyby nie siedemnasto minutowy koncert Jimiego Hendrixa u podnóża wulkanu Haleakala na wyspie Maui, na Hawajach.

Tytuł filmu został wzięty od nazwy ashramu, praktykujacego na Maui jogę, tai chi i biorącego duże ilości środków psychedelicznych, który jest jednocześnie symbolem reprezentującym pro mistycznie nastawiony odłam kontrkultury. Akcja kręci się wokół osoby Pat Harley, która ucieka z czarnego getta w Nowym Jorku, by zamieszkać razem z członkami Rainbow Bridge. Pat jest niepokorna i bunczuczna, ale w końcu daje się wciągnąć w wir ćwiczeń jogicznych, astrologii i palenia haszu, przemycanego na Hawaje przez surfurow.

W filmie Chuck Wein (reżyser) zajął się wszystkim, mamy "wykłady" na temat pokojowej koegzystencji, pozbywania się ego, tripow po LSD, grupowego mantrowania, ekstatycznego wpływu muzyki rockowej, neopoganskich rytuałów z bębnami, a także ukrytej egzystencji kosmitów, kierujących ludzkość na dobry kurs. Szczególnie to ostatnie jest dla reżysera bardzo ważne i zostaje nawet wzmocnione przez profetyczny monolog wydawców filmu (Eagle Vision, 2001).

W filmie dwa momenty są bezcenne, nieprzytomny Jimmy Hendrix palący jointa i prowadzący mało skoordynowany dialog o motocyklistach, czarodzieju i braku potrzeby posiadania lidera :) oraz jego fantastyczny koncert, mający wyzwolić pole kosmicznej energii :) Szczegolnie polecam wielbicielom tego genialnego artysty!


Wednesday, 28 January 2009

Bill Hicks!

Bill Hicks, to nieżyjący już komik amerykański, uwieczniony na płycie Aenima zespołu Tool.

Urodzony w roku 1961, zaczął występować jako komik w wieku 13 lat i prędko zyskał uznanie w świecie dorosłych. Nie tylko dlatego, że był śmieszny, ale ponieważ jako jeden z nielicznych odważył się przeciwstawić oczekiwaniom masowego odbiorcy, traktującego komików jako źródło lekkostrawnej rozrywki. Mówił: Nie jestem jebaną szafą grającą i zamiast trywialnych dowcipów o płatkach śniadaniowych i lotniskach (patrz: Jerry Seinfeld, Jay Leno), serwował zaangażowany, bezkompromisowy i dla wielu trudny do przełknięcia komentarz do otaczających go realiów. Obalał stereotypy, wyszydzał ideologie, demaskował wszechobecną hipokryzję; brał na tapetę wszystkie możliwe świętości i tabu i rozcierał je w pył, pokazując, że nie w nich tkwi sens.

Czytaj dalej

Gorąco polecam jego One Night Stand, zarejestrowany w Old Vic Theatre, Chicago, 1991.







Saturday, 8 December 2007

Kawa i koks czyli Społeczeństwo Spektaklu 2.0




Zauważyłem, że żyję ostatnio jak we śnie... a może to właśnie mój obserwator doszedł do głosu? Co to ma jednak za znaczenie, w pewnym momencie obserwacja i obserwator zlewają się w jedno, a skutki tego mają daleko idące konsekwencje dla nas samych. Wszystko wokól mnie pędzi od rana do wieczora, a ja kontempluję ten chaos w samym jego centrum, wśród rozległych, podziemnych tuneli i wielkich, szklanych wieżowców.

Dawno nie widziani przyjaciele – klasycy ścieżki lewej ręki, wracają do mnie, jak bumerang, w tej lub innej formie. Ich mądrości, które kiedyś zapadły mi w pamięć, teraz zyskują pratyczną wartość w codziennym życiu. Przy okazji zaczynam rozumieć intuicyjnie różnicę pomiędzy największymi, którzy będą aktualni zawsze, a sezonowymi obserwatorami rzeczywistości, zakotwiczonymi tylko w jednej porze roku, gubiącymi się przy każdorazowej zmianie miejsca pobytu... odróżnić ich jest niezwykle łatwo.

Chaos staje się powoli moim fizycznym domem. Nie na darmo jednak jeden z moich miszczów mówił: „Chaos jest z gruntu dobry. Rozluźnij się i surfuj po falach chaosu”, co teraz staram się szybko oblekać w ciało. Londyński chaos jest stymulowany z natury (sic!), pobudzany codziennie hektolitrami kawy, najpopularniejszego tutaj legalnego narkotyku oraz kokainy, najpopularniejszego tutaj nielegalnego narkotyku. Po ten drugi sięgnęło w tym roku 5% obywateli Wielkiej Brytanii. Używka popularna od lat '20 poprzedniego wieku staje się teraz prawdziwą plagą, przypominają mi się oczywiście w tym miejscu eseje Crowleya (wielkiego wielbiciela kokainy) oraz powieści Witkacego (znanego z dosypywania sobie koksu do wina), które mogłyby służyć za idealny przewodnik po współczesej rzeczywistości.

W Londynie nikt nie pyta czy jarasz jointy, ale czy walisz koks lub ketaminę? Jak przyznała mi dziewczyna, z którą pracuje: „Każdy to robi. To tutaj prawie, jak cukierki.” Nie muszę daleko szukać, właściciel firmy, w której jestem zatrudniony, przepuścił połowę swoich aktywów w listopadzie na koks i hazard online. Przez pewien czas załoga powtarzała sobie smutną plotkę, że wypłaty w związku z tym raczej nie będzie...

Jak twierdził Leary, jak i McKenna, na kulturę danego społeczeństwa wpływ mają przede wszystkim środki psychedeliczne i narkotyczne, które są rozpowszechnione wśród jego członków. Jeśli dana kultura poświęca się rozwijaniu doświadczeń psychedelicznych, rozkwita zazwyczaj świadomość głęboko przesiąknięta rozumieniem spraw duchowych, wykształca się szacunek do środowiska naturalnego oraz wzmacniają się więzi społeczne.

Jeśli w kulturze panują głównie stymulanty, zaczyna panować bezduszny racjonalizm oraz rozpowszechniają się psychologiczne patologie. Relacje między ludźmi wracają na poziom zwierzęcy, a zaburzenia w kontrolowaniu własnego umysłu doprowadzają do rozkładu szeroko pojętej wspólnoty. Liczy się głównie to, co można osiągnąć na zewnątrz, a nie to co jesteśmy w stanie sami odnaleźć we własnym wnętrzu. W związku z tym psychedeliki są zazwyczaj częścią tradycji kultur typu plemiennego, neopogańskich rytuałów i neoprymitywistycznych imprez. Stymulanty z kolei doskonale korespondują z post-protestanckim kapitalizmem, tak samo, jak choroby psychiczne.

Oczywiście kultura narkotyczna jest ściśle związana z konsumeryzmem i rozkwitem kultury miejskiej, choć krytycy konserwatywni będą oskarżać kontrkulturę lat '60 o otwarcie dla niej drzwi szeroko, co nie jest prawdą, gdyż kokaina pojawiła się znacznie wcześniej. Nie da się jednak ukryć, że kokaina jest głównie nałogiem i problemem społecznym społeczeństw bogatych, ponieważ jej cerna rynkowa jest zaporowa dla społeczeństw biedniejszych, chyba że jest tam bezpośrednio produkowana. Mimo tego, nawet w Wielkiej Brytanii nie jest to nałóg tani i wielu menadżerów przepuszcza na to majątek zaciągając od rana do wieczora. Ciekawe co by było, gdyby koks był w cenie fajek? Jeśli stać cię jednak na koks, to i stać cię na nieuchronną utratę gruntu pod nogami... uczucie "wygrania miliona dolarów na loterii" nie może trwać wiecznie.


Wednesday, 14 February 2007

Klabing bez narkotyków :P



Ta ulotka to raczej smaczek dla tójmiejskich rezydentów, ale każdy pewnie odnajdzie w niej analogię do własnego miasta. Pozostawiam bez komentarza :)





Sunday, 28 January 2007

"Droga Szamana" spóźniona o dekadę...



Wydawnictwo Dolnośląskie wydało wreszcie na początku stycznia długo w Polsce oczekiwaną "biblię" neoszamanizmu autorstwa legendarnego amerykańskiego antropologa kultury, Michaela Harnera pt. "Droga Szamana".

Czym jest neoszamanizm - ponowoczesne zjawisko, mieszczące się na granicy poszukiwań nowej tożsamości kulturowej i właściwej dla czasów globalizacji duchowości, objaśnia krótko Wojciech Jóźwiak w swoim tekście Neoszamanizm, a sąsiednie dziedziny, zaś ja sam w nieco dłuższym tekście, będącym rozdziałem mojej pracy dyplomowej pt. Szamanizm, neoszamanizm i ponowoczesne techniki ekstazy.

Pierwsze wydanie "Drogi Szamana" w Stanach Zjednoczonych to rok 1980 (drugie wydanie, to zaś rok 1982). Podstawowe pytanie brzmi zatem czy wydawanie książki, która została napisana ponad dekadę temu ma jakikolwiek sens? Z książki Harnera na dobrą sprawę nie dowiadujemy się niczego nowego na temat neoszamańskich technik, gdyż te w taki albo inny sposób, zostały już wchłonięte przez zbiorową świadomość. Na rzecz wydania dzieła pozostaje więc tylko jeszcze pragnienie poznania korzeni i czyste działanie pro forma. W tej kwestii kilka szczegółów, opisywanych przez Harnera wydaje się być interesujących, choć bynajmniej nie są to kwestie dotyczące samych technik. Te opisywane są bowiem w przedszkolny sposób będąc może gratką dla zupełnych laików, ale w żadnym wypadku nie powiększając puli wiedzy już będącej w użyciu. Najmocniejszą stroną książki jest rozdział poświęcony czasowi spędzonemu wśród Indian Conibo i Jivaro. Dzięki niemu dowiadujemy się, że społeczności plemienne nie są bynajmniej "owieczkami bożymi" (pokutujący w literaturze antropologicznej stereotyp "szlachetnego dzikusa" Rousseau zostaje więc ponownie oddalony) i że bardzo lubią środki psychedeliczne, a także stymulujące. Fakt ten oczywiście cieszy wszystkich antropologów, którzy jak ja sam, uważają środowiskowy dyskurs umieszczania dragów tylko i wyłącznie w kontekście sacrum za spore przekłamanie i kolejny objaw drobnomieszczańskiej paranoi humanistów. Od wielu lat feruje się bowiem w naukach społecznych wyrok, że masowe używanie dragów we współczesnym społeczeństwie jest całkowitą antytezą stosunku, jaki do tych środków mają społeczności plemienne tworząc daleką od rzeczywistości, niemal strukturalistyczną dychotomię. Jest to zwykła nieprawda, jednak bardzo chętnie przez badaczy akademickich promowana ze względu na implikacje społeczne, jakie mogłoby za sobą pociągnąć ujawnienie faktycznego stanu. W istocie pokazuje to jeszcze wyraźniej, jak bardzo nauka jest dzisiaj spleciona z dyskursem władzy będąc jej najważniejszą ostoją po teologii.

Nic więc dziwnego, że brak odniesień narkotykowych w książce, silnie podkreśla w notce prasowej wydawca: Harner uczy tradycyjnych podstawowych technik szamańskich bez użycia substancji halucynogennych. Oczywiście jest to prawda, Harner zaczyna swoją opowieść od opisu własnej, psychedelicznej inicjacji w amazońskiej dżungli w 1961 r., kiedy styka się ze świętym pnączem ayahuasca oraz zielem maikua czyli bliskim krewnym rodzimego bielunia dziędzierzawy, by przeżyć "własną śmierć". Potem jednak podporządkowuje się amerykańskim realiom i ze względu na nielegalność wszelkich substancji halucynogennych we własnym kraju tropi szamańskie techniki Indian Ameryki Północnej, którzy jako jedynego środka narkotycznego, używali legalnego tytoniu. Głównie jednak opierając się na zmianie świadomości za pomocą bębna i grzechotki czyli stosując ręczne techniki audio (jak byśmy powiedzieli z technoszamańskiego punktu widzenia: "stosowali neurogroove"). Część praktyczna jest niestety najsłabszą częścią książki, choć z pewnością można dzięki niemu organizować kursy typu instant, np. "Szamanizm w weekend".

Od strony formalnej także przeżywałem katusze, gdyż tłumacz znowu nie dołożył starań, żeby wyjaśnić nieznane mu terminy, odmienić przez przypadki te które trzeba, a tych których odmiana po polsku brzmi głupio, w ogóle nie odmieniać. Na każdym kroku potykamy się więc o typową fuszerkę, co trzeba niestety przyznać, męczy okropnie. Kwiatków jest wiele, jak choćby ten - przetłumaczenie zwrotu near death experience (NDE) jako "doświadczenie bliskiej śmierci" :) Szczegółową erratę znajdziecie na stronie Wojtka Jóźwiaka. Nie wiem ile jeszcze będziemy musieli poczekać, aż polscy wydawcy zaakceptują fakt, że polski czytelnik także pragnie książek nowych!!!??? I dodatkowo zastanawiam się jeszcze, kiedy tłumaczy będzie się zatrudniać wg. klucza zainteresowań i kompetencji? Może jednak cieszmy się tym, co mamy, bo mogło być znacznie gorzej...