Showing posts with label teoria mediów. Show all posts
Showing posts with label teoria mediów. Show all posts

Tuesday, 29 December 2009

Nowy projekt PBS z Douglasem Rushkoffem


Po napisaniu znakomitej książki "Life Inc." oraz stworzeniu sieciowego filmu pod tym samym tytułem, Douglas Rushkoff wziął się z powrotem za media cyfrowe przy współpracy z telewizją PBS. Efekt już niedługo, w lutym, kiedy premierę będzie miał film dokumentalny "Digital Nation: Life On The Virtual Frontier", skupiający się na wpływie cyfrowych mediów na kulturę współczesną.

Na razie można zobaczyć sobie trailer i sprawdzić oficjalną stronkę. Bardzo zachęcamy, gdyż dwa poprzednie dokumenty z Rushkoffem jako konsultantem ("The Persuaders" oraz "The Merchants Of Cool") uważamy osobiście za wielkie dzieła sztuki.

Tuesday, 29 September 2009

Życie skorporatyzowane!




Jak pewnie się orientujecie, od długiego czasu jestem fanem Douglasa Rushkoffa, którego przetłumaczyłem textów kilka i przeprowadziłem nawet z człowiekiem krótki wywiad. Rushkoff jest dla mnie absolutnym fenomenem, przede wszystkim jako mistrz obserwacji antropologicznej na polu mediów, ewolucji rynków konsumpcyjnych i meta-marketingu. Jest min. twórcą terminu „marketing wirusowy”, autorem ironicznej powieści The Ecstasy Club, opisującej życie squatu raverów w Stanach Zjednoczonych z perspektywy a la późny Tom Wolfe oraz twórcą niezliczonej ilości narracji, wyjaśniających mechanizmy funkcjonowania mediów i ciemne strony kultów samopomocy.

Jego najnowsza książka Life Inc. (która najprawdopodobniej nie zostanie przetłumaczona na polski), to efekt ostatnich kilku lat pracy Rushkoffa na styku usług korporacyjnych i analizy mediów oraz własnych doświadczeń życiowych, które w tej książcer nabierają prawdziwie przełomowej wymowy. Dla znających jego filmy dokumentalne, nakręcone dla telewizji PBS, będzie tu kilka okazji do solidnego powtórzenia jego myśli. Dla obserwujących jego wpisy blogowe, będzie ich zaś znacznie więcej. Sam nie mogę wyjść z podziwu, jak w Life Inc. Doug połączył pięknie swoje liczne zainteresowania i dośiadczenie tworząc z nich krystalicznie czystą wizję rzeczywistości - gong, który idealnie uderzył w mój dzwon.

Muszę tu wspomnieć, że nic mnie tak nie mierzi, jak pierdolenie grupki akademickich intelektualistów-alkoholików lub ekspertów na usługach wielkich korporacji, którzy przedstawiają jednokierunkową wizję świata, w każdej kolejnej książce rozsiewając rodzaj zgubnego fatalizmu lub po prostu odmawiając komentowania głębokich struktur działania współczesnej rzeczywistości społecznej. Jest to dla mnie makulatura, ktorą można sobie z miejsca podetrzeć dupę. Niestety, w tej właśnie działce można by umieścić większość dzieł znanych proroków nauk społecznych (mniej więcej 90%). Do tej grupy nie należy jednak na szczęście najnowsze dzieło Rushkoffa. To coś tak ożywczego, że ma się ochotę zaraz wprowadzać pewne myśli w życie.

Oczywiście, Rushkoff trafił w czasy kryzysu ekonomicznego, co niesamowicie podostrzyło większość z jego myśli i z analizy wydobyło maksimum esencji. W tej książce aż się gotuje i czuć w niej tą niesamowitą, kontrkulturową energię, kiedy ktoś po prostu mówi Non serviam i wyraźnie zwraca się do wszystkich, żeby pocałowali go w dupę. Analizjąc historię ewolucji korporacji i zwracając uwagę, jak bardzo ograniczają one dzisiaj nasze życie, a także jak głęboko sięgają ich wpływy, Rushkoff dochodzi do bardzo ważnych wniosków sugerując jednocześnie wszystkie realistyczne sposoby „pozbycia się kajdan” - wyjścia z sytuacji, pozbawiającej jednostkę ludzką jej podstawowych, duchowych praw.

Doug zaczyna od analizy historii wykształcenia się tworu, zwanego korporacją sięgając nigdzie indziej, a do późnego Średniowiecza, gdzie wskazuje sposób, w jaki wyodrębniająca się warstwa kupiecka zaczęła po raz pierwszy dążyć do akumulacji waluty stając się ważnym pośrednikiem pomiędzy wytwórcą, a odbiorcą. Wzmacniający się w mieście popyt na dobra handlowe był z jednej strony efektem wzrostu zamożności mieszczaństwa, ale powoli prowadził także do prywatyzacji ziemi i powolnego zaniku specjalizacji pracy na najniższym szczeblu drabiny społecznej. „Uwolniona” w ten sposób warstwa chłopska zasilała akumulację kapitału emigrując do miast i sprzedając jedyne, co im zostało – pracę. Tymczasem rozwój handlu międzynarodowego powodował wzrost ryzyka biznesów, prowadzonych tradycyjnie przez rodziny i potrzebę natychmiastowego zlikwidowania specjalizacji pracy w celu zmaksymalizowania rynku zbytu. W Toskanii jako odpowiedź zakwitły więc u świtu Renesansu biznesy, znane jako „ograniczone partnerstwo”, w których każdy inwestor miał do stracenia tylko tyle, ile włożył, a zyskiwał stukrotnie w przypadku powodzenia danej inicjatwy.

Drugim okresem historycznym, który stał się wg Rushkoffa kamieniem węgielnym korporacyjnych struktur, jest Era Wielkich Odkryć, będąca świadkiem masowego powstawania tzw. „korporacji uprzywilejowanych”. Będące dla europejskich monarchii oddanymi partnerami twory tj. British East India Company, korzystały z łask królewskich otrzymując handlowe przywileje, w zamian zasilając rodowe skarbce w czystą walutę i kruszec. Działające w imieniu koronowanych głów korporacje zakładały na nowo poznanych terytoriach kolonie, a następnie kontrolowały całkowicie handel i wytwórstwo na danym terenie. Tym sposobem do końca XVII w. większość rodów królewskich w Europie była całkowicie uzależniona od skuteczności działania korporacji z nimi sprzężonych większość pieniędzy powierzając im z zamiarem ich pomnożenia.

W ten sposób Ruskoff prowadzi nas w końcu do „Bostońskiej Herbatki” i uzyskania przez Stany Zjednoczone niepodległości w 1776. pokazując obydwa z aktów jako bezpośrednią reakcję na rządy potężnej British East India Company, która bezlitośnie eksploatowała amerykańskich osadników. Następnie przypomina o tym, że demokraci tacy jak Thomas Jefferson (ten, który tak silnie wielbił wspaniałość konopii indyjskich) upominali się o zapis w Konstytucji Stanów Zjednoczonych, ktory uwzględniłby „wolność od monopoli handlowych”. Niestety, głos ten został zagłuszony przez federalistów tj. George Washington i dał początek wiekowi podważania wszelkich zakazów monopolistycznych przez amerykańskie korporacje, które wykorzystując wszystkie paradoksy i niedociągnięcia w ciągu stu lat stały się władcą życia i śmierci wszystkich Amerykanów.

Dzięki temu XX wiek przemknął nam jako galopujący wyścigig korporacji, które coraz bardziej wymykały się państwu mając jednocześnie bliski dostęp do sfery politycznej i od lat 20' utwardzały sukcesywnie swoją monopolistyczną władzę. Oczywiście nie zabrakło tu także pięknego ustępu na temat współdziałania korporacji z machiną II Wojny Światowej i Nowego Światowego Porządku, który otworzył się wg Ruskoffa w 1944, podczas pamiętnego spotkania przywódców alianckich w Bretton Woods, gdzie podłożono podwaliny pod międzynarodowy system montarny, przywództwo ekonomicze Stanów Zjednocznych, zasady kredytowania państw biednych i zdecydowano o wiodącej roli korporacji w całym procesie.

Jest w tej książce kilka słów kluczy tj. „uprzywilejowana korporacja”, „odłączenie”, „rynek mieszkaniowy”, „maszynka marketingowa”, „tworzenie długu”, „konkurencyjne środowisko”, „inny rodzaj pieniędzy”, „fascynacja katastrofą”, na które koniecznie trzeba zwrócić uwagę, gdyż są to zalążki idei, wokół których wciąż kraży autor rozrysowując je na przykładach i łącząc ze sobą na różnych poziomach kulturowych i społecznych. Tematy palące, które domagają się natychmiastowego rozwiązania, jakie Rushkoff wskazuje poprzez piękny rozdział na temat tworzenia lokalnej waluty w zamieszkanym przez siebie miasteczku, do którego przeprowadził się nie chcąc wpadać w sidła kredytu. Doug bierze także na widelec „rolnictwo organiczne” pokazując, jak nawet tak szlachetną ideę udało się korporacjom wywrócić na nice i całkowicie poddać swojej kontroli jeszcze silniej alienując człowieka od własnych potrzeb. Mamy w końcu wspaniałą egzegezę oddolnego działania małych społeczności w Nowym Jorku. Projekt „Sustainable South Bronx”, wykorzystujący „społeczne grupy rolnicze” do sadzenia zdrowej żywności na dachach domów mieszkalnych i wieżowców, które następnie dystrybuowane są pomiędzy członków danej społeczności.

Mimo tego, że krok po kroku Rushkoff odziera nas ze złudzeń na temat naszych możliwości w skorporatyzowanym społeczeństwie i sfery naszej wolności, która z roku na rok staje się coraz bardziej iluzoryczna, jednocześnie otwiera nam oczy na to co znaczą na pozór tak oczywiste terminy, jak „wolny rynek”, co się pod nimi kryje i kto je wykorzystuje do jakich celów manipulując ich znaczeniem. Reasumując, Life Inc. przedstawia niepokojąco zwartą i silnie uargumentowaną przykładami wizję światowego ładu, zmierzającą do zamiany całych społeczeństw w kontrolowane przez korporacje sfory bezmyślnych zombie. Działajcie!

Saturday, 27 October 2007

Chaos, magia i mitologia nowych mediów



Siedząc sobie od dwóch tygodni w Londynie napisałem w końcu tekst, do którego stworzenia zainspirowało mnie nie tylko to dzikie miasto, ale także ostatnie wydarzenia w Sieci, moje lektury i chęć ostatecznego zamanifestowania własnej postawy wobec dziwnego, ale wielce potężnego połączenia, jakie oferuje miks magii i nowych mediów...


Dla znających pojęcie "cybermagii" oczywistym jest, że komunikacja służy magii i vice versa, ponieważ są to dwie strony tego samego równania, mającego na celu wywołania wyrwy w dywanie rzeczywistości i wyjęcia z niej pożądanego klejnotu. Media są dla maga idealnym polem eksperymentów, służących powiększaniu kontroli nad wewnętrznym ogniem i wpływaniu na rzeczywistość. Jeśli list, gazeta lub książka w analogowej postaci może być skutecznym narzędziem magicznym, pełne dynamiki, elastyczne, nowe media tym bardziej mogą stać się efektywnym polem magicznej działalności będąc wciąż pod wpływem Hermesa – patrona magii, chaosu i komunikacji. Jeśli pamiętacie co stało się z Philipem K. Dickiem pod wpływem różowego promienia z telewizora i jeśli wiecie, jaki wpływ zyskał ona na zbiorową wyobraźnię dzięki swojej cybergnozie, będziecie przy odrobinie szczęścia potrafili przekopać magiczny tunel przez nowe media.

Podstawą uczynienia z nowych mediów kolejnego, tryskającego chaosem ołtarza, powinno być zestrojenie myślenia w kategoriach magicznych i kategoriach cybernetycznych lub też systemów sztucznej, samoreplikującej się inteligencji, bez których nowe media zasadniczo nie byłyby koncepcyjnie możliwe. Obydwa z tych tuneli silnie korespondują ze sobą biorąc swój początek z pnia idei kontroli nad bieżącą rzeczywistością. Brak płynnego przechodzenia pomiędzy jednym, a drugim w świadomości zbiorowej, można wytłumaczyć jedynie głęboko zaszczepionym, arystotelesowskim dualizmem, który powinien zostać zniszczony zanim przystąpicie do pierwszych eksperymentów z wykorzystywaniem mocy chaosu do panowania nad nowymi mediami.


Czytaj dalej na łamach MAGIVANGI


Saturday, 29 September 2007

Czasem wystarczy odkurzyć :)



Jak mówi klasyczna Shodoka, napisana przez Yung-chia Hsüan-chüeha, Szóstego Patriarchę w chińskiej linii ch'an:

Kiedy jednak zaczyna się myślenie, powstaje wówczas kontakt ze światem zewnętrznym, a przez to powstają złudzenia.

Subiektywność i obiektywność są jak kurz na powierzchni lustra.

Nie dopuścić aby lustro się zakurzyło, to o mnisi, o uczniowie, jest waszym najważniejszym zadaniem w życiu. Pozwólcie lustru promieniować pełnym blaskiem. Miejcie czyste serca.

Kiedy umysł się nie porusza, kiedy nie zaczynacie myśleć, wtedy nie ma też kontaktu i nie ma też złudzeń - i pojawia się w was i wszystkich innych prawdziwy człowiek, bez rangi i imienia.

Dzisiaj nagle przypomniałem sobie tą mądrość o lustrze, która wśród praktykujących ZEN należy już do wiedzy powszechnej z wydawałoby się błahego powodu... odkurzyłem mojego laptopa. Czy jednak nie tak właśnie powinno być, że umysł sam przyciąga właściwe rozwiązania? :)

Po odkurzeniu wszystkich wiatraczków, dziur i zakamarków obudowy, a następnie odpaleniu mojego Ubuntu okazało się, że przegrzewajacy się wg GKrellM procesor nagle nie podnosi temperatury po odpaleniu byle Beryla, ale stabilnie i normalnie pracuje!!! Przestałem więc oskarżać producenta, BIOS, system operacyjny, ciepłe dni i inne nienawistne czynniki, bo zrozumiełem, że przyczyna była o wiele bardziej prozaiczna. Proszę co robi z człowiekiem informacyjna ekonomia :)

* * * * *


ZEN XXI wieku siłą rzeczy powinien być inny i nie tylko dlatego, że wkroczyliśmy już dawno w "wiek żelazny", a nasza organizacja społeczna w perspektywie globalnej przekształciła się w cyberpunkowy chaos. Przede wszystkim dlatego, że stwarza to doskonałą okazję do działania emisariuszom chaosu, wichrzycielom, piratom, cyberwuduistom i okultystom Ścieżki Lewej Ręki, których kochamy.

Warto tu przypomnieć słowa Hakima Beya z klasycznej Tymczasowej Strefy Autonomicznej, który słusznie przypomina nam o hinduskiej kosmologii, w której okres ten nosi nazwę Kali Jugi, pisząc: Jej wiek musi być pełen horroru, jako że większość z nas nie może jej zrozumieć ani sięgnąć ponad naszyjnik z czaszek po jaśminowy wieniec, ze zrozumieniem w jakim sensie są one tym samym. Iść poprzez CHAOS, ujeżdżać go jak tygrysa, obejmować go (nawet seksualnie) i przyjmować trochę jego siakti, jego soku życia - oto Ścieżka Kali Jugi. Twórczy nihilizm. Tym, którzy na nią wstąpią, obiecuje oświecenie a nawet dostatek, część jej doczesnej mocy.

To doskonały czas dla wielkich loa, duchów, które od wieków czają się w każdym zakamarku lasu i ulicy, a potrafią nam pomóc (lub zaszkodzić) w najmniej spodziewanych okolicznościach. Wraz z rozwojem technologii sięgają teraz coraz dalej opanowując strony komiksów, ekrany komputerów i pliki mp3 (tak to prawda).

Ich siłą są ludzie, którzy pełniąc role wierzchowców pozwalają im się sycić światem aż do ostatecznych wymiotów podczas Uczty Bogów... i mają też swoich posłańców, a żeby się o tym przekonać czytajcie czasem komiksy Granta Morrisona, a szczególnie The Invisibles, ponieważ jak powiedział mi w wywiadzie Mark Pesce: We're The Invisibles! :)))))

Jeli chcemy prawdziwego wyzwolenia musimy obżerać się, nie spać po nocy, korzystać z miejskich kibli, jeździć autobusami na pałę, jarać ile wlezie i rozumieć o co chodzi niektórym artystom tj. ten wspomniany wyżej, z którego dzieła zamieszczam wyjątek pod spodem jako motto...




Wednesday, 15 August 2007

pOdŁĄCZcIE SIę Do HakIMa bEyA na LaST.fm...



Dzisiaj rano, jak zwykle odpaliłem swojego laptopa i zalogowałem się na najlepszy system operacyjny świata czyli Ubuntu 7.04 (wysypał mi się ostatnio lub odmówił posłuszeństwa chyba kilka razy w ciągu tygodnia przy różnych okazjach, bo taki los newbie Linuxa :D). Pierwsza decyzja - posurfować po sieci! Zwykle sprawdzam jakieś serwisy społecznościowe, włączam muzę i zastanawiam się o czym tu napisać :) Wprawdzie ostatnio grubo cisnę wizualkę dla bratrata z Anal Sex Terror - wejherowskiego selektora rootsowego, na Festiwal w Osródzie, ale i tak nad pisaniem spędziłem 2/3 życia, więc mój mozg działa od rana na jedno wbicie :)

Tym razem będzie o Last.fm Dlaczego? Bo to zajebista platforma, której siły jeszcze wielu nie doceniło. Całkowicie zrewolucjonizowała "słuchanie radia" i wniosła wiele życia w Internet, co przełożyło się na wzmożone kontakty międzyludzkie i gorące odkrycia muzyczne... przynajmniej w moim wypadku :)


***



Zaangażowani, internetowi aktywiści od samego początku widzieli w boomie na Web 2.0 kolejną korporacyjną strategię na jeszcze szybsze i skuteczniejsze wyciśnięcie z sieciowych społeczności, jeszcze większej ilości hajcu. Siła, jaką mogły mieć marketing i branding dla "blue chips" po przeniesieniu do wieży Babel mediów - Internetu, została przez nich bardzo szybko dostrzeżona jakieś 5-6 lat temu i na naszych oczach kwitnąć zaczął wzmożony proces konwergencji platform. Dziś serwisy społecznościowe mogą mieć miesiąc i jeszcze nie wyjść z fazy beta testów, a już ktoś zechce przejąć je za pokaźną sumkę.

Last.fm nie jest tu wyjątkiem. 30 maja amerykański koncern medialny CBS kupił robiącą furorę wśród użytkowników na całym świecie, brytyjską platformę za 280 mln USD i bardzo szybko zaczął wprowadzać nowe usługi, mające docelowo przyciągnąć do serwisu maksymalny ruch tj. zagnieżdżone wideo a la YouTube. Oprócz reklam, będących standardowym modelem zarabiania w Internecie, Last.fm zarabia dodatkowo jako pośrednik transakcji, które wykonują użytkownicy kupujący płyty w Amazon.com wykonując swoje kliknięcie na stronach lub w scrobblerze Last.fm. Oprócz tego serwis pobiera opłaty za dostęp do niektórych usług tj. "radio osobiste".

Abstrahując jednak od handlu i przenosząc się na poziom społeczny tego fascynującego serwisu, nie można nie zauważyć, że łącząc medium radia, odtwarzacza muzycznego i sieci, Last.fm wytwarza ciekawe pole memetyczne tworząc jednocześnie krąg oddziaływania społecznego, który ma swój nihilistyczny smaczek, ale również niezaprzeczalny, romantyczny feedback. Oto zdruzgotane zostały kolejny raz przez nowe matryce medialne, media hierarchiczne - jednokierunkowe, a wygrało zaangażowanie jednostek, wolny wybór i społeczne tagowanie.

Last.fm pozwala w moim przypadku właściwie na słuchanie wszystkiego w ramach platformy społecznościowej. Mój ulubiony odtwarzacz, stworzony z myślą O KDE, Amarok potrafi przyswajać wszystkie darmowe strumienie Last.fm, jak też scrobblować kawałki, które nie zostały dołączone do platformy, a pochodzące z mojego dysku :) Dzięki temu nie czuję się uzależniony od żadnej ze "stacji radiowych", jeśli nie ma czegoś na Last.fm, odpalam to z dysku, a muzyka dalej działa w ramach platformy społecznościowej, co właśnie różni ją od zwykłego radia, które będąc medium hierarchicznym nie jest sprzężone z jego użytkownikiem.

Dlaczego chciałem o tym napisać? Ponieważ dzisiaj odkryłem, że Last.fm "zatagowało" już tak mocno Hakima Beya, że powstała nawet stacja, na której leci muza, związana przez użytkowników z jego osobą (co sprawdzić łatwo, wystarczy wpisać pożądany tag). Na początek wyskoczyła mi Diamanda Galas. Kto by pomyślał, że ma coś wspólnego z Hakimem Beyem? :) Przeszukałem sieć, nic oczywistego znaleźć się nie dało, co utwierdziło mnie jeszcze w przekonaniu, że społeczne tagowanie jest niezwykłym fenomenem, którego znaczenie jest bardziej duchowe niż by się to z początku wydawało.

Wyobraźmy sobie, że oto wiele niezwiązanych ze sobą bezpośrednio jednostek dokonuje niehierarchicznego połączenia dzięki internetowemu medium po czym tworzy za jego pomocą siatkę znaczeń, która następnie oddziaływuje na jego użytkowników. Przypadkowa grupa w żadnym wypadku nie musi tworzyć dla tej sieci dodatkowych narzędzi, umożliwiających utrzymywanie homeostazy (system jest samoregulujący się). Jest to jednocześnie, szybkie, skuteczne i przemawiające do wyobraźni rozwiązanie.

To także klasyczny przykład grupowego feedbacku, postrytualnego zachowania, które pozwala na komunikację dzięki sprzężeniu ze sobą muzyki, internetu i tagowania. Tak, jak wśród wspólnot plemiennych sprzęga się ze sobą zmysły dzięki rytmom bębna, piszczałki lub grzechotki i środkom psychedelicznym, w świecie podłączonym robi się to za pomocą Internetu - cybernetycznej pigułce nowej, grupowej tożsamości.

Ciekawą rolę mają tutaj ekstensje zmysłów, oferujące wykorzystywanie w działaniu genetycznych wzorów. Jeśli muzyka to głównie domena słuchu (przynajmniej w codziennym stanie świadomości), to tagowanie jest domeną wzroku (wszyscy codziennie widzimy otagowane mury). Jednak znaczenie wykluwa się w ludzkim mózgu dzięki impulsom pochodzącym w obydwóch sfer doświadczenia dając płynny tunel rzeczywistości, stwarzający alternatywny wobec piramidowego kierunek rozumienia świata dzięki zmysłom połączonym w jedną całość. To właśnie miał na myśli McLuhan pisząc o globalnej wiosce, łączącej ze sobą wszystkich za pośrednictwem elektrycznych mediów, a Timothy Leary pisząc o globalnej świadomości psychedelicznej, która wykształciła się dzięki masowemu użyciu LSD.

Dla mnie jest to doskonały przykład dalszego spełniania się kontrkulturowych utopii, które jak mityczne Wyspy Szczęśliwe u Hakima Beya, są odwzorowaniem matrycy pierwotnej Macierzy Kosmosu, w której komunikacja jeszcze nie została wynaleziona, a świadomośc pogrążona była w słodkim stanie nieistnienia. Boom 2.0 może się szybko skończyć, ale nowe siatki memetyczne będą egzystowały jako żywe pola znaczeń dzięki jednostkom chcącym się ze sobą komunikować na nowym poziomie.


Wednesday, 23 May 2007

"Przyszłość należy do wizjonerów" - wywiad z Markiem Pesce




Bardzo miło mi oznajmić, że na mojej stronie znalazł się właśnie, przeprowadzony własnoręcznie wywiad z Markiem Pesce - guru frików VR, prorokiem nowych mediów i jedną z gwiazd niezapomnianego DisinfoCon, która zapiera się, że magia i świat wirtualny mają ze sobą dużo wspólnego.





Jak mówi w wywiadzie:

Jest coś bardzo ważnego w odkrywaniu zamierzchłych technik i wypuszczaniu ich na światło dzienne, gdzie mogą zostać włączone we współczesny dyskurs. Utrata dziesiątków tysięcy lat ciężko zdobytej mądrości z powodu zwykłej zmiany form, byłaby niewiarygodną pomyłką. Sztuczką jest spoglądanie poza zmienność form w kierunku prawdy, która leży u ich podłoża.

Zawsze uważałem, że różnice pomiędzy światem magijnym i wirtualnym są głównie natury semantycznej; obydwa systemy służą manipulacji konstruktami umysłu – memami. Istnieje wiele ścieżek, którymi można pójść, a różni ludzie obierają różne ścieżki. Bycie związanym blisko z maszyną przez tak długi czas – bycie programistą i "hakerem" (w starym, szanowanym sensie tego słowa) nie różni się w zasadzie od bycia magiem. Rzucałem ten argument wiele razy, ale zaledwie kilku ludzi jest zawieszonych w obydwóch światach naraz na tyle, żeby uchwycić cały sens.

[czytaj dalej]


: , ,

Wednesday, 7 March 2007

Hiperreplikacja Jeana Baudrillarda




Jean Baudrillard

(20. VI 1929 - 06. III 2007)


Jak doniósł dzisiejszego wieczora francuski serwis Cyberpresse, z tego świata odszedł Jean Baudrillard - jeden z najwybitniejszych współczesnych socjologów kultury, fundament filozofii postmodernistycznej, wytrwały badacz popkultury, semiotyk i eseista.

Nie da się przecenić jego wpływu na rozwój teorii neomarksistowskich, badań nad kulturą współczesną, a także popularyzacji idei kontrkulturowych, wśród których prym wiodła teoria hiperrzeczywistości, przejęta od sytuacjonistów. Teorie te znalazły swój wyraz w łabędzim śpiewie dojrzałego postmodernizmu, książce Simulacres et simulation, która ukazywała w jaki sposób kultura kreuje nowy wymiar ponad zmysłowego odrealnienia, niezależny od tradycyjnych pojęć ontologicznego oglądu rzeczywistości. Tematowi temu poświęcił także wiele krótkich tekstów tj. Simulacra and Simulations.

Pomimo tego, że pod koniec życia wyrażał w wywiadach raczej negatywny i nihilistyczny stosunek wobec rzeczywistości tj. w przypadku wywiadu udzielonego niemieckiej gazecie Der Spiegel, jednak wciąż zajadle krytykował stan współczesnej kultury, a szczególnie bezmyślne działania polityczne, w tym amerykańskie dążenie do hegemonii. Z drugiej strony trzeba szczerze i uczciwie przyznać, że tak samo jak cała formacja postmodernistyczna, od samego początku nie próbował tworzyć żadnej recepty, ani wskazywać rozwiązania na promowany przez siebie kryzys kultury współczesnej. Do historii nie przejdzie zatem jako rewolucjonista, ale jako dobry pisarz z wyobraźnią... który jak każdy artysta słowa, rzadko jest w stanie skonfrontować się z brutalną rzeczywistością.

Osobiście życzymy mu powodzenia w dalszej replikacji i szczęścia w podróży poprzez jeszcze bardziej hiperrzeczywistą niż jego simulacrum, krainę Bar-do.

Przy okazji polecam najlepszy bodajże tekst na temat kontekstów życia i postmodernistycznych teorii Baudrillarda autorstwa Dariusza Misiuny, który ukazał się w legendarnym piśmie PLASTIK.

Ciekawostka! Przy okazji śmierci Baudrillarda sieć kolejny raz pokazała swój pazur. Jak pisze Village Voice, aktywiści Wikipedii szybciej zdążyli zanotować tą wiadomość, niż słynące ze swojej szybkości, amerykańskie media!


Friday, 9 February 2007

Cyberaktywizm i sztuka graffiti



Jak pisze Neil Postman w swoim krótkim dziele, W stronę XVIII stulecia: Diderot w głębi serca był rewolucjonistą, a jego koncepcja informacji była narzędziem walki o społeczne i polityczne zmiany. Idea "informacji "służącej swym własnym celom", była mu obca, podobnie jak wszystkim filozofom Oświecenia. Cytując tego francuskiego, klasycznego krytyka patologii władzy, Postman nakłonić chciał w ten sposób do większej rozwagi w traktowaniu technologii informacyjnych zwracając uwagę, iż problemem nie jest dostęp czy też ilość informacji będącej w obiegu, ale kontekst w jakim jest ona umieszczana.

Pojęcie bezosobowej, niemal duchowej formy informacji nadeszło wraz z rozwojem nowych mediów w XIX i XX wieku, kiedy to jej ilość zaczęła przekraczać możliwości porządkowania przez człowieka, a zatem stała się "technologiczną bakterią" lub też "wirusem", mającym w niedługim czasie zmienić system nerwowy człowieka przygotowując go do Ery Atomowej. W momencie pojawienia się mediów masowego komunikowania doszło też do wykształcenia się typowo industrialnego podziału na: informację, wiedzę i mądrość w przeciwieństwie do nierozłącznego traktowania tych pojęć przez pokolenia, nie nawiedzone jeszcze w tak dużym stopniu "wirusem".

Potem nadeszły czasy gniewu, kiedy XX wieczna kontrkultura na falach "Strumienia 93" sprawiła, że informacja nabrała bardzo silnych konotacji władzy stając się jej poplecznikiem, co tym skłoniło zgraje rebeliantów i buntowników do opracowywania takiego systemu, w którym informacja zostanie całkowicie pozbawiona centralnego nadzoru. Słynne hasło, który wypowiedział Stewart Brand brzmiało: "Informacja chce być wolna". Jak ktoś jednak szybko dodał: "Informacja chce być droga" i w ten sposób rozpoczęły się postmodernistyczne zmagania o kontrolę nad informacją znane też jako "wojna informacyjna". Pojęcie to zostało rozwinięte przez sytuacjonistów, ruch industrialny oraz ideologów post anarchizmu tj. Hakim Bey

W tym kontekście bardzo ciekawe są zdobycze pokolenia cyberaktywistów. Dokładnie pięć dni temu na stronie holenderskiej grupy The Graffiti Research Lab pojawiła się niezwykle ciekawa informacja, która zapowiada rewolucję zarówno w świecie cyberaktywizmu, jak i graffiti. Odpalono laserowy system tagowania, pozwalający na wyświetlanie 20 metrowych napisów na przykład na budynku Twojego znienawidzonego koncernu farmaceutycznego :)

Ta obiecująca technologia zostanie oddana w ręce artystów, aktywistów i każdej innej grupy, zainteresowanej jej użytkowaniem. Jak łatwo się też domyślić, całkowicie za darmo, gdyż chłopcy z GRL są fanami licencji typu Open Source, na której udostępniane są także wszystkie inne wynalazki, tworzone przez zespół związany z Eybeam Openlab. Obecnie GRL rozpowszechnia wezwanie do uwolnienia Petera Berdvosky'ego - guerilla marketera, który został aresztowany przez amerykańską policję na skutek zamieszania, jakie powstało podczas wdrażania kampanii reklamowej, dla której pracował, wymyślonej przez firmę Interference, Inc. Gnębione przez syndrom 11/09/2001 społeczeństwo uznało ową kampanię za atak terrorystyczny. Jak więc widać, w erze informacyjnej należy być bardzo ostrożnym, żeby nie zostać pokonanym własną bronią :)












Tuesday, 30 January 2007

Media doby konwergencji



Muszę przyznać, że z wielkim zainteresowaniem chwyciłem za nową książkę Henry'ego Jenkinsa, "Kultura konwergencji: Zderzenie starych i nowych mediów", wydaną przez Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne. Przyjemność z obcowania z nią była tym razem wyjątkowa, gdyż tłumaczenie polskie zostało rzucone na rynek niecałe dwa miesiące po wydaniu amerykańskim. Możemy więc przynajmniej powiedzieć, że choć raz nie męczy się polskich czytelników dziełem przez zachodnią kulturę już niemal zapomnianym, a daje im się szansę odkrywania pewnych zwerbalizowanych treści równolegle z resztą świata. Świadomość to miła i być może symbolizująca jakąś drobną zmianę konfiguracji na rynku czytelniczym. Dobrze by było, gdyż ciekawych książek do wydania wciąż pozostaje całe mnóstwo, a ich brak na polskim rynku utrudnia niestety jakąkolwiek rozsądną debatę na wiele tematów!

Henry Jenkins jest profesorem, badaczem mediów i kultury popularnej, twórcą i dyrektorem Programu Komparatystyki Mediów na Massachusetts Institute of Technology - kuźni amerykańskich elit menadżerskich i jednocześnie wybitnego think-tanku, w którym wykluwa się wiele rewolucyjnych innowacji technologicznych. W książce background ten nie pozostaje bez znaczenia i ułatwia interpretację oraz nazywanie wielu procesów, które są przez profesora Jenkinsa analizowane.

W "Kulturze konwergencji..." oprócz standardowego rozdzielenia mediów na technologie przekazu czyli kanały komunikacji i treść mediów czyli protokoły kulturowe, zostaje postawionych kilka ciekawych tez, z których najważniejszą jest tytułowa konwergencja. Jenkins poprzez termin ten rozumie: "przepływ treści pomiędzy różnymi platformami medialnymi, współpracę różnych przemysłów medialnych oraz migracyjne zachowania odbiorców mediów (...)" Na przykładzie niewinnego, cyfrowego kolażu z Osamą bin Ladenem i Bertem z Ulicy Sezamkowej, sieciowego spojlowania (fanatycznego tropienia ukrytych treści działań producentów reality shows przez społeczności fanów serii Robinsonowie), grupowej interakcji publiczności Amerykańskiego Idola, a także transmedialnego przekazu Matrixa, Jenkins ukazuje, dokąd prowadzi świat nowych mediów i dlaczego nie ma od niego odwrotu.

Teza ta jest w tej samej mierze słuszna, co i banalna, ale jej najmocniejszą stroną jest umiejętność sprawnej obserwacji procesów konwergencji i wyciągania z nich realistycznych wniosków. W książce pojawia się kilka słów kluczy tj. epistemofilia - niephamowana żądza wiedzy, transmedialność - zależność treściowa pomiędzy różnymi mediami, kolektywny umysł - zbiorowa praca sieciowej społeczności, która generuje spójną wiedzę, kultura uczestnictwa (many-to-many) - sieć zastępująca archaiczne społeczeństwo hierarchiczne i wiele innych drobnych pojęć, które połączone razem stają się propozycją na zinterpretowanie konwergencji jako oznaki szerszej przemiany społecznej. Tu niestety trochę się zawiodłem, gdyż przyzwyczajony do rozmachu wizji post kontrkulturowego techno realizmu Douglasa Rushkoffa, taktycznej batalii Geerta Lovinka czy też dyskordiańskiego cyberpunku RU Siriusa, nie mogłem dostrzec żadnej optymistycznej wizji wyjścia z kołowrotku brandingu, crowdsourcingu, afektywnej ekonomii i product placement. Być może jednak w moim tunelu rzeczywistości sam fakt posiadania wizji zmusza do jej użycia, a u profesora Jenkinsa jest on jedynie wymówką do dalszego drążenia wzajemnego uzależnienia.

Nie chcę być jednak źle zrozumiany, gdyż nie krytykuję tu metodologii, ale raczej ogólny plan ideologiczny książki. Nie kłócę się książką, gdyż podziwiam u profesora to, co można by nazwać "cyfrową etnografią". Ta niezwykle brawurowa interpretacja drobiazgowych badań terenowych, prowadzonych w amerykańskiej sieci, która odsłania nie tylko deklaracje i statystykę, ale także "pozakulisowe działania" wszystkich stron procesu konwergencji, jest próbą najwyższej klasy. Jednak nie stoi za tym wszystkim żadna wizja duchowa, która jako osobie wychowanej na psychedelicznych modelach wydaje mi się konieczna do surfowania po falach chaosu...

Co jednak jest bardzo miłe, profesor Jenkins zna już Polskę... wspomnienia ze swojego niedawnego pobytu w Warszawie, w których odwiedziny na Stadionie Dziesięciolecia mieszają się z kupionymi komiksami o Kapitanie Żbiku znajdziecie na jego blogu.

br />