Friday, 12 August 2011

Wspaniały sen Cheecha & Chonga


Cheech & Chong byli oficjalnymi bohaterami lat '70 w USA. Pomimo tego, że zaczynali jako grupa rockowa i nagrali nawet kilka płyt, nie udało im się osiągnąć większych sukcesów na polu muzycznym i dopiero gdy nakręcili swój pierwszy film "Up In Smoke", ich popularność sięgnęła szczytu. Tematyka, którą obrali była bardzo prosta, dwóch typów po krókim zapoznaniu na autostradzie zaczyna kręcić się po Los Angeles kręcąc jointy i od czasu do czasu próbując kupić trochę zielska, gdyż to niestety ma tendencję do szybkiego kończenia się. W niezwykły sposób unikają większych problemów z systemem prawnym wystawiając za to organy ścigania na pośmiewisko... wszystko zupełnie przypadkiem, gdyż przez większość czasu są ujarani jak stodoła.

"Up In Smoke" dzięki swojej bardzo przyziemnej lecz ludzkiej treści stał się szybko najpopularniejszym filmem 1978 r. w Stanach Zjednoczonych, a Cheech & Chong zachęceni sukcesem nakręcili kilka następnych zawieszając swoją karierę filmową dopiero pod koniec lat '80, gdy reaganowska kontrrewolucja moralna sprawiła, że stonerowa tematyka nagle przestała być zabawna, a sam duet pokłócił się z nieznanego powodu. Do najważniejszych filmów Cheecha & Chonga należą oprócz "Up In Smoke", dwa kolejne dzieła: "Next Movie" oraz "Nice Dreams", każde zawierające kolejną porcję gagów i humoru sytuacyjnego, które mogą przyprawić każdego miłośnika magicznej roślinki o spory ból brzucha.

W mojej osobistej klasyfikacji numerem 1 jest "Nice Dreams", drugie miejsce zajmuje "Up In Smoke", a trzecie "Next Movie". Oczywiście jest to podejście bardzo subiektywne, ale tylko na "Nice Dreams" śmiałem się tak, że nie mogłem przestać, a moja przepona przechodziła atak niekontrolowanych skurczy. "Nice Dreams" to ukoronowanie wielkiego talentu komediowego Cheecha & Chonga, w którym brawurowy scenariusz graniczy z geniuszem bliskim dokonaniom braci Marx, a aktorstwo wzbija się na wyżyny. Generalnie, Cheech & Chong otwierają swój pierwszy, poważny biznes, związany ze sprzedażą marihuany pod przykrywką lodów ziołowych. Jeżdżą dookoła miasta "lodową furgonetką" próbując ustrzelić trochę gotówki, nie wiedzą jednak że na ogonie siedzi im już nieustraszony sierżant Stedenko (znany z części pierwszej), którego podwładni robią dil z naszymi bohaterami podając się za biznesmenów, amatorów trawy.



Gdy marihuana trafia do sierżanta Stedenko, który spokojnie ogląda sobie w biurze pornolka, ten nie potrafi się oprzeć pokusie spróbowania świeżych topów i zapala sobie w zaciszu swojego biura... wychodzi w końcu z założenia, że trawiarza da się złapać jedynie przistaczając się w niego samemu. Ta taktyka bardzo mocno wpływa na bieg wypadków, gdyż poddana analizie laboratoryjnej trawa, którą handlują Cheech & Chong, sprawia że ludzie zamieniają się w jaszczurki za sprawą eksperymentów hodowlanych, przeprowadzanych na roślinach przez geniusza growingu - Szalonego Jima. Zapotrzebowanie na szczyty jednak rośnie i wkrótce Cheech & Chong wynoszą z plantacji co tylko mogą marząc już o kupieni swojej własnej, tropikalnej wyspy, na której zostaną królami słońca i będą codziennie czczeni przez tubylców tysiącem jointów.

Plan jednak wymyka się spod kontroli, kiedy siedząca im na ogonie policja popycha ich do szybkiego ultonienia się z plantacji i szukania chwili relaksu w pobliskiej, chińskiej restauracji. Tam natykają się jednak na tajemniczą menadżerkę talentów, która rozpoznaje w Chongu wielką gwiazdę rocka psychedellicznego i podkrada naszym biznesmenom jedzenie z tależy. Cheech natyka się też na Donnę, która kończy właśnie swoją imprezową noc z szalonym kokainistą, który proponuje wszystkim szybką sesję prochową pod restauracyjnym stołem. Nakoksowani bohaterzy oddalają się od swojego celu, gdy Cheech postanawia zerżnąć szybko Donnę, a Chong oddaje wszystkie pieniądze szaleńcowi za czek wystawiony przez Bank Kretyńskich Bzdur. Tymczasem Donna proponuje potrójną, wspólną noc, która zostaje jednak przerwana przez epizod z brutalnym motocyklistą.

Chłopcy kończą noc w szpitalu dla wariatów, gdzie próbują odzyskać swoje pieniądze, ale zostają tylko wsadzeni do izolatki, skąd „uwalniają się” dzięki tripowi na kwasie (dostarczonym przez Timothy Leary'ego we własnej osobie). LSD wpędza jednak Cheecha w bad trip, w którym staje się skrajnie nieufny, a dalszy bieg wypadków znowu ogarnia totalny chaos...



Ta prawdopodobnie najważniejsza komedia lat '80 i jeden z największych filmów ostatnich 30 lat, posiada niezwykły ładunek humoru, przeznaczonego głównie dla ludzi samych posiadających go w dużej ilości. Zdumiewa też niezwykłym komentarzem społecznym, który skierowany jest w stronę policji, życia społecznego i samych stonerów oczywiście, których figury Cheecha & Chonga są abdurdalną parodią. W końcu, film ten, jak żaden inny, pozwala na interesującą podróż przez najnowszą historię kultury dragowej w Kalifornii, której jest idealnym zwierciadłem, pozwalając śledzić rozwój wielkiego przemysłu konopnego, który miał tam eksplodować w latach '90 pozwalając na pierwszy zapis prawny, umożliwiający przyjmowanie produktów z konopi dla celów zdrowotnych. Nic dziwnego, że Cheech & Chong odżyli, gdy w Kalifornii przyszedł czas głosowania nad powszechną legalizacją konopi, której całe życie byli gorącym zwolennikami. W ciągu ostatnich kilku lat Cheech & Chong ponownie pojawili się także z nowymi filmami, które być może nie są tak dobre, jak "Nice Dreams", ale należą do bardzo dobrych pozycji.


Wednesday, 10 August 2011

Londyn płonie!



Nazywają je najbardziej zróżnicowanym etnicznie miastem na świecie, z pewnością jest też jednym z najbardziej skomplikowanych pod względem społecznym. Oficjalnie zamieszkuje je 10 milionów ludzi, nieoficjalnie mieszkańców może być nawet dwa razy tyle. Ekonomia londyńska oscyluje pomiędzy wysokim dochodem narodowym brutto, generowanym przez pracowników City Of London i małymi, choć niezliczonymi strumieniami dochodu nisko opłacanych pracowników fizycznych: sprzątaczy, barmanów, opiekunek do dzieci, traderów marketowych, pomocników na budowie etc. Na tym jednak rozwarstwienie się nie kończy... na samym dole drabiny są tysiące osobników, obdarzonych przez naszych rodaków pięknym mianem "beneficiarzy".

Ile jest beneficiarzy w samym Londynie, bardzo ciężko jest powiedzieć, samych benefitów jest bowiem tyle, że ciężko to ogarnąć. Można dostawać zasiłek okresowy ze względu na problem w znalezieniu pracy, ale można także czerpać zasiłek, przyznawany matkom po urodzeniu drugiego dziecka... i każdego następnego. Osobnymi benefitami są darmowe mieszkania ("council flaty"), zapomogi komunikacyjne lub nawet całkowita refundacja kosztu tygodniowych czy miesięcznych oysterek. Następnie są już całkowicie ezoteryczne benefity tj. zapomogi dla inwalidów (można je bez problemu dostać także za przedłużające się skręcenie kostki "uniemożliwiające pracę" etc.), zapomogi dla rowerzystów, a na samym końcu zasiłek dla bezrobotnych, przysługujący każdej legalnie przebywającej osobie w Wielkiej Brytanii, która zdołała przepracować 18 miesięcy. Właśnie ten zasiłek jest główną przyczyną pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego w Wielkiej Brytanii.



Gdy pod koniec lat '70 rząd Margaret Thatcher przestawiał się na własną wersję ekonomii "wolnorynkowej" prywatyzując lub po prostu zamykając nierentowne kopalnie i zakłady przemysłowe na północy Anglii i w Szkocji uwalniając także funta poprzez zastosowanie niskich stop procentowych, wygenerowane w ten sposób oszczędności budżetu szybko zaczęły dawać Wielkiej Brytanii drugi oddech na rynkach międzynarodowych, jak też pozwalać na reformę armii i oczywistą ekspansję neokolonializmu. Ekonomii pomogła też oczywiście druga fala imigracji, głównie z Afryki i Karaibów, gdzie społeczństwa tonęły w błocie niemocy. Decyzje ekonomiczne Torysów, jak dobrze wiemy, nie cieszyły się zbyt dużą popularnością społeczną i druga połowa lat '80 wzmocnila popularnosc Labour Party, która wykorzystała niepokoje społeczne i sprzeciw wobec nowych podatkow zdobywajac parlament w latach '90. Jedną z głownych decyzji Labourzystów było złagodzenie tych niepokojów poprzez głęboką reforme systemu opieki społecznej i zapewnienie bezrobotnym szerokiej gamy środków i instrumentów finansowych, dzięki którym mieli odzyskać swoją obywatelską godność.

Koniec lat '80 i początek lat '90 to okres wydobywania się Wielkiej Brytanii ze szponów długiego kryzysu ekonomicznego i gwałtowny wzrost rynków, co łączyło się także z powstawaniem nowych miejsc pracy. O ile okres ten był idealną sposobnością dla wszystkich warstw społecznych do akumulacji kapitału i bezstresowego wydobywania się z biedy czy też po prostu bogacenia się, beneficiarze przyzwyczajeni do opiekuńczej ręki państwa nie stanęli na wysokości zadania powiększając jedynie swoje żądania, co doprowadziło w szybkim czasie do nadęcia budżetu opieki społecznej do niebotycznych rozmiarów. Ze względu na okres ekonomicznej ekspansji Wielkiej Brytanii, nie był to jednak żaden problem – bogacące się wszystkie grupy społeczne nie protestowały przed finansowaniem beneficiarzy ze swoich podatków. Gdy jednak w 2008 w Wielką Brytanię uderzył w końcu krysyz ekonomiczny, spowodowany spekulacjami na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych, paradoksalnie wzmocnionych przez absurdalne regulacje rządowe dla korporacji ubezpieczeniowych, podpisywane przez gabinet Billa Clintona, sytuacja dramatycznie się zmieniła.

Z dnia na dzień ekonomia znalazła się w kiblu, a duże i małe biznesy na równi stanęły nad skrajem przepaści. Na Camden Town, gdzie wówczas pracowałem, tygodniowo zamykały się 2-3 sklepy, a pubom w Wielkiej Brytanii groził upadek. Marks & Spencer tracił 20% przychodu brutto miesięcznie, a nad HMV zawisła chmura bankructwa. Lata 2008-2011 należą do najgorszych w Wielkiej Brytanii od przynajmniej 30 lat i trudno się dziwić, że frustracja społeczna wzrasta z miesiąca na miesiąc. W Londynie, który od wielu lat żywił się napływem taniej siły roboczej i dużym wzrostem ekonomicznym, zapewniającym masowe miejsca pracy, ten stan rzeczy jest zwielokrotniony przez stres przeludnienia, masowo występujące skupiska bezrobotnych, getta słabo mówiących po angielsku nielegalnych imigrantów oraz rosnące w siłę z dnia na dzień nastoletnie gangi, który dysponują tak dużą psychologiczną siłą, że ludzie boją się zwrócić uwagę w autobusie komukolwiek poniżej 20 roku życia.



Tottenham, gdzie wybuchły zamieszki, jest w Londynie szczególnym miejscem nie ze względu na oddziaływanie kulturalne i nie ze względu na klub sportowy, ale ze względu na najniższe czynsze w tym mieście, które zawsze przyciągają najbiedniejsze warstwy społeczne – beneficiarzy i świeżych jeszcze imigrantów. Nikt nie wie na pewno czy Mark Duggan był dilerem, czy pierwszy otworzył ogień, czy naprawdę zaczął uciekać gdy zatrzymała go policja, ale jedno jest pewne, zasadniczo mógł być to ktokolwiek inny, gdyż Londyn jest od kilku lat jak beczka prochu i cokolwiek może stać się iskrą zapalną. Należy oczywiście dodać, że londyńska policja w żadnym stopniu nie przypomina polskiej, to bardzo nieefektywna, spętana procedurami grupa, która nie może nawet używać gumowych kul do rozpędzania tłumu. Od wielu lat nie radzi sobie nawet z nastoletnimi gangami, które ganiają się z nożami po całym Londynie próbując się nawzajem eliminować. Zajścia tj. dwunastolatek, który dostaje nożem w parku, bo ma „nieodpowiedni adres” to w Londynie normalka!

Właśnie na styku niewydolności, lenistwa i całkowitego upadku instytucji rodziny w Londynie rodzi się problem gangów, które amerykanizując się pod wpływem mediów, zaczynają wywierać coraz większy wpływ na lokalne życie społeczne. Właśnie te grupy gówniarzy nie chodzących do szkoły, pochodzących z rodzin siedzących od lat na benefitach, w których nawet umiejętność wysłowienia się po angielsku przychodzi z trudem, stają się głównym ostrzem rozruchów, jakie wybuchły cztery dni temu w Tottenham. Są za młodzi i za głupi, żeby posiadać jakąkolwiek świadomość polityczną, karmieni snami o sławie i bogactwie, które roztaczają dookoła brytyjskie media marzą o nowych Nike'ach, Wii i iPhonie 3G. Ich atakami padają sklepy na głównych ulicach i sieci handlowe tj. JB, HMV, Tesco czy Debenhams. Nie interesuje ich wydawanie manifestów politycznych ani zawiązywanie ruchów samopomocy, to nie ten typ młodzieży, która poszłaby pracować w syndykacie anarchistycznym dla dobra klasy robotniczej. To bardzo smutne, ale te największe w Londynie zamieszki od ponad 30 lat są motywowane przez niskie instynkty bandy sfrustrowanych dresiarzy, którzy wykorzystują swoje pięć minut, żeby włamać się do sklepu z elektroniką i spierdolić na chatę pod osłoną nocy. Najgorsze jest jednak to, że są oni idealnym tworem państwa socjalnego, w którym na każde wyciągnięcie ręki sypie się złoto.

Saturday, 6 August 2011

Louie, Louie

"Louie, Louie we gotta go (...)" - to początek klasycznego, chwytliwego kawałka z głupawym tekstem, który w połowie lat '60 sprzedał się w milonach singli 7" za sprawą grupy The Kingsmen, która przeszła dzięki temu do historii muzyki gitarowej. Po przeniesieniu się do Włoch dwa miesiące temu nagle zdałem sobie sprawę, że odzyskuje on swoją popularność za sprawą renesansu rocka garażowego i przenika niepostrzeżenie do repertuaru lokalnych cover bandów... oczywiście YouTube robi swoje w szerzeniu nowych trendów :)

"Louie, Louie" był jednym z najważniejszych hitów rocka garażowego, który u swoich narodzin poszukiwał własnych środków wyrazu i jak wszystkie nowe style szukał czegoś, co porwie publikę. "Louie, Louie" był kompozycją idealną, łączył bowiem prostotę rytmiki z bezpretensjonalnością przekazu – coś co pasuje jak ulał do streszczenia rocka garażowego. Był to też oczywiście "czarny tune", a wszystkie wczesne kapele garażowe były zakochane w amerykańskim r'n'b próbując przerabiać największe hity na swoją modłę.



Oryginalnie skomponowany i nagrany przez Jamajczyka Richarda Berry'ego w 1957, który nadał mu silne brzmienie rocksteady, nie zdobył sobie większej popularności krążąc jako singiel 7" w lokalnym obiego północnego zachodu Stanów Zjednoczonych, ale tak się stało, że kilka lat pozniej trafił w łapki lokalnej grupy garażowej The Wailers (wystepujacej wtedy jako Rockin Robin Roberts and The Fabulous Wailers) z Tacoma (okolice Waszyngtonu), która natychmiast rozpoznała jego potencjał imprezowy i nagrała swoją wersję! Ta nigdy nie przedarła się do szerszej publiki, ale została skopiowana przez grupę The Kingsmen, której bardziej rock'n'rollowa aranżacja stała się rockowym standardem i doczekała się krajowej dystrybucji.



Wkrótce "Louie, Louie" grali w USA wszyscy od Kalifornii po Nowy Jork, a tune został wyeksportowany za ocean, gdzie trafił w ręce Syda Barretta i Pink Floyd, którzy usilnie próbowali zagrać to na swój własny sposób. Poniżej najlepsze wersje tego kawałka, który po 45 latach wciąż nie traci na popularności...











Przerwa w funkcjonowaniu bloga zakonczona!



Oficjalnie oglaszam, ze zakonczylem pierwszy etap pracy nad swoim nowym biznesem, sklepem internetowym Magivanga Vaults i w zwiazku z tym moge wrocic do blogowania :)

Pzdr dla wszystkich!

Konradino

Saturday, 29 January 2011

Czas na zawieszenie...



Halo halo moi mili!
Czy wciąż czytacie tego bloga?

Tak? Nie?
Muszę Wam niestety ogłosić, że zostaje on zawieszony na czas nieokreślony ze względu na to, że pisze spory materiał - pierwsza w zasadzie, polska monografie - na temat dorobku literackiego Huntera S. Thompsona. Chce objąć wszystkie jego główne dziela, a do tego potrzebny jest mi czas. Gdy zakoncze ten proceder, ktory mam nadzieje rozjasni co nieco polskim czytelnikom, znajdziecie moje wypociny w MGV... zaraz potem zabieram się za pisanie powieści, której plan spisałem sobie na komputerku w naplywie inspiracji. To zajmi mi na pewno kilka miesięcy.

Są też inne sprawy, jak wyczekiwany przez wszystkich sklep MAGIVANGI, który jest obecnie w fazie developerskiej i ma duze szanse pojawić się w sieci na początku kwietnia. Beda rzadkie winyle, amerykańskie i brytyjskie tłoczenia oraz DVD i książki!

Gorące PZDR dla wszystkich!


Monday, 3 January 2011

Al Roker's Marijuana Inc. w telewizji MSNBC



15 marca 2009 amerykańska telewizja MSNBC wyemitowała warty obejrzenia reportaż dokumentalny na temat marihuany w USA, a konkretnie w Kalifornii. Program nosi tytuł "Marijuana Inc." i prowadzony jest przez znanego prezentera telewizyjnego, Ala Koopera. Jeden z niewielu dokumentów telewizyjnych, w których wyważony ton relacji i brak yellow journalism sprawia, że chce się go obejrzeć do końca.

Dokument podzielony został na dwa segmenty, z których pierwszy pokazuje spojrzenie DEA i policji na uprawę i sprzedaż marihuany z nieuchronnym: "Będziemy ścigać wszystkich marihuanowych przestępców dopóki trawa jest zielona", a drugi pokazuje jak perfidnie niszczone jest życie prywatne i zawodowe ludzi, zajmujących się dostarczaniem medycznej marihuany pacjentom, cierpiącym na ciężkie schorzenia, którzy robią to w zgodzie z prawem stanowym i porozumieniem z lokalnymi władzami. Polecam!

Film możecie oglądać dzięki uprzejmości 420Magazine

Palić / Sadzić / Zalegalizować !!!














Saturday, 18 December 2010

Im więcej się zmienia, tym więcej pozostaje bez zmiany

Pomimo tego, ze z pewnoscia da sie przeprogramowac umysł za pomocą jogi, medytacji, sugestii, środków psychedelicznych czy nawet zyciowego szoku, ten specyficzny stan znany koneserom jako "reset" staje sie doświadczeniem bardzo niewielu... czy można sie w ogole zastanawiać co byłoby, gdyby zaistniał jako możliwośc powszechna? Co stałoby sie, gdyby był on szerzej znany w Polsce, gdzie przyssanie się do układów, przyzwyczajeń, manii, fobii i swoich prywatnych interesów od wieków stanowi największą przeszkodę w normalnym funkcjonowaniu kraju?

Już przeciez w XVII wieku postępowa szlachta mówiła o szalejacej w Rzeczpospolitej "prywacie"
- sprzedawaniu sie temu, kto daje więcej. Długie lata rozpadu państwowości, Zaborow, odbudowy po I Wojnie Swiatowej, totalitarnego zamordyzmu po II Wojnie Swiatowej i ponownej odbudowy po zmianie systemu - efekty tego egoizmu elit - wydają sie czasem, jak lekcje z nudnego przedmiotu, gdyz szybko sie o nich zapomina.

Czy masowy reset społeczno-polityczny jest w ogóle możliwy? Ciężko na to pytanie odpowiedzieć, ale patrząc z pewnej perspektywy, wydaje mi sie, ze pozostaje to jedynie w sferze marzen... jest to tak nierealne, jak przekształcenie, panujacego w Polsce klimatu umiarkowanego w tropikalny z dnia na dzień. Pewne rzeczy nie zmieniają sie nawet po przejściu przez nie huraganu i ta myśl z każdym rokiem coraz bardziej nie pozwala mi myśleć optymistycznie o dalszych losach kraju, z którego spieprzylem, bo dobijala mnie panująca w nim niemoc, korupcja, alkoholizm i powszechny upadek jakichkolwiek zasad życia społecznego.

Z rozbawieniem, ale i ze smutkiem obserwuje głosy na polskich forach i portalach internetowych, które wydają się jak mrowie szczurów, skaczacych sobie nawzajem do gardeł - wszystkie uwikłane w niekończąca sie grę polityczna, która z wielkim zadowoleniem musi być obserwowana przez każdy kolejny gabinet, rząd, dbajacy tylko o to, żeby jak najdłużej utrzymać sie przy władzy. Stare, punkowe teksty doskonale chwytają sedno. Politycy w Polsce kochają dzielić, społeczeństwo podzielone, to bezradne, fanatyczne stado, które w fantastyczny sposób odpierdala czarna robotę - nie wchodzi w drogę brakowi zmian i reform. Za każdym razem, gdy widzę zwolenników PiS skaczacych na popleczników PO, nie jestem w stanie oprzeć sie myśli, jak głębokim trzeba być idiotą, żeby nie zauważyć, że to idealny sposób na wzmacnianie władzy przez klasę polityczna - bardzo zwarta i jedyna de facto formację rządząca w Polsce!

Raz w życiu głosowałem w wyborach prezydenckich i żałuję. Gdy ktoś mnie namawiał do głosowania ponownego, mówiłem zawsze: "Stary, poczekaj rok" i kończyło sie zawsze tak samo, korupcja, aferami, zamiataniem problemów pod dywan, obsadzaniem swoimi wszystkich możliwych stanowisk i kompletna degrengolada, która byłaby wstydliwa w każdym zachodnim kraju (może poza Wlochami).

Po raz kolejny pisze, że na zmiany można czekać, można ich zadać i można je promować, ale jedynym skutecznym sposobem jest wyłączenie sie z gry i ich wymuszenie! Wolne Konopie razem z Gota ogłosiły, że będą wdrażać swój projekt Cannabis Clubow pomimo razacej w Polsce dyskryminacji palaczy konopi, która każe zlapanego z przykładowa ilością 0,3 grama delikwenta 3-5 latami więzienia. Pomimo wielkiej kampanii na rzecz legalizacji, popartej racjonalnymi argumentami, rząd zatrzymywał każdy kolejny projekt reformy faszystowskiej ustawy w lodowce wolac szerzyc kampanie strachu i terroru wobec dopalaczy... wszystko zaś w sercu cywilizowanej Europy.

Przy okazji, za zamknietymi drzwiami podwyższono jednak VAT na wszystko co tylko możliwe, składkę emerytalna, zrezygnowano z obciecia dofinansowania dla partii politycznych z budżetu państwa oraz dalej prowadzono rozmowy na temat absurdalnego umieszczenia w Polsce wyrzutni rakiet Patriot, które miały być nieuzbrojone! Tymczasem 1/4 dzieci w Polsce zdycha z głodu, rodzice nie mają za co kupić pieluch, a uzależnionych od heroiny nie leczy sie, ale wsadza do więzienia. Awansowaliśmy jednak z ostatniego na przedostatnie miejsce w Europie w wykorzystywaniu terapii metadonowej dla heroinistow, co stało sie kolejnym elementem propagandy sukcesu.

Cieszmy sie jednak, ze Polska jest w Europie, gdyby była w Azji, już placilybyscie obowiązkowo 95% podatku dochodowego, a z ekranów padalyby słowa otuchy o budowanym dobrobycie...


Saturday, 11 December 2010

Rushkoff demaskuje stupor polskiej prasy!

Przypadkiem natknąłem się na wywiad z Douglasem Rushkoffem, zatytułowany Wikileaks prawdę ci powie, opublikowany na stronie polskiego Newsweeka trzy dni temu. Rushkoff oczywiście został wyłuskany do tego wywiadu przy okazji afery z WikiLeaks i był to wybór bardzo trafny, bo to jeden z niewielu ekspertów, który Internet zna, jak własną kieszeń.

Odpowiedzi Douglasa są bardzo trafne, natomiast same pytania ośmieszają poziom intelektualny polskich redaktorów prasowych, jeśli tylko spojrzeć na imputowane w nim przedzałożenia. To, że do niedawna jeszcze calkowicie ezoteryczny dla polskiego rynku medialnego Rushkoff jest jednak przepytywany przez popularny tygodnik, należy zaliczyć jako sukces sam w sobie i sukces ludzi, którzy promowali w Polsce jego myśl.

Co obraża poziom ekspertyzy Rushkoffa, to montowanie przez pana redaktora z politycznej łaski wniosków a priori w stylu: "Internet to sieć kłamstw i fałszywych tożsamości", "Internet to źródło zla" albo "gazety to źródło najszczerszej prawdy", które Douglas zbija inteligentnymi ripostami obnażając "święta powierzchownosc" dziennikarstwa polskiego i absurdalny skansen intelektualny, w którym bytują sami dziennikarze.

Naprawdę z rozbawieniem się czyta wywiad z geniuszem medioznawstwa, przeprowadzany przez dziennikarza, który żyje w post-komunistycznym świecie, napędzanym przez parowóz medialnych bajek, wypełnionych wiecznymi zmaganiami pomiędzy dobra prasa i złym Internetem. Nie wiem kiedy przeczytam coś, co potrafi przeskoczyć ponad największą bolączką dziennikarzy... dezaktualizacją prasy i telewizji jako mediów opisujących "rzeczywistość". Tu bowiem leży pies pogrzebany. Was czas się skończył, panowie redaktorzy! Czas odrobić zadanie domowe!