Friday, 31 August 2007

Zaklęty krąg porno



Jakieś trzy tygodnie po premierze na siódmym festiwalu ERA Nowe Horyzonty, obejrzałem sobie w końcu osławiony film "Destricted" na moim skromnym laptopie.

Muszę przyznać, że do obejrzenia tego filmu po prostu się zmusiłem (zachęcony przez przyjaciół), gdyż ostatnio rzadko oglądam cokolwiek coraz bardziej czując, że kino jako medium skończyło się bezpowrotnie i nie ma już kompletnie nic do powiedzenia. Oczywiście można się ze mną nie zgodzić, ale obejrzałem już chyba w swoim życiu wszystko, co ludzka wyobraźnia była w stanie wyprodukować...

Przejdźmy jednak do meritum, do siedmiu obrazów, znanych reżyserów, które tworzą etiudę filmową "Destricted". Niczym odkrywczym nie jest stwierdzenie, że ten film to próba powiedzenia czegoś o pornografii poprzez bezpośrednie odwołanie się do pornografii, a jednocześnie próba wyjścia poza nią (przeczytać to można w każdej recenzji). Można do tego jeszcze dodać, że próba to ze wszech miar nieudana... niestety.

Dlaczego tak sądzę? Z dwóch powodów, oglądając to dzieło widziałem albo artystyczny bełkot, który w 90% pozostawał wtórny wobec dokonań awangardy filmu eksperymentalnego (Kenneth Anger, Nick Zedd, Shuji Terayama), albo po prostu zwykłe porno, którego od wieku dojrzewania przerobiłem już gigabajty i mógłbym pewnie uchodzić za eksperta :)

Nie mogę się tu niestety zgodzić z pewnym anonimowym dziennikarzem z Onetu, który pisze, że: Chociaż film zbliża się do pornografii, to jednak tej granicy nie przekracza, pozostając na obszarze dyskursu z nią, analizy jej, niejednokrotnie destruktywnego wpływu na człowieka, szczególnie młodego. Katolicka bzdura, "Destricted" można zarzucić wiele i mocno wokoł jego interpreacji polawirować, ale nie można nie zauważyć rzeczy oczywistej. Etiuda, jeśli nie stara się być artystycznie pretensjonalna, operuje środkami charakterystycznymi dla hard porno tj. dzieje się to w "Impaled" Larry'ego Clarka czy w "We Fuck Alone" Gaspara Noé, w którym występuje zresztą sama Katsumi.

Dla mnie były to zresztą dwa najlepsze obrazy. "Impaled" Larry'ego Clarka podobał mi się za naturalizm, a "We Fuck Alone" Gaspara Noé za ciekawy pomysł realizacji. Niestety żaden z nich nie potrafił się wyrwać z zaklętego kręgu porno udowadniając jedynie, że o porno da się najwięcej powiedzieć zbliżając się maksymalnie do doświadczeń jego twórców i odbiorców! Jest to jednak wciąż wypowiedź lakoniczna i mało interesująca, a na jakiekolwiek odkrycie liczyłem przed obejrzeniem tego dzieła.

Znacznie więcej można się dowiedzieć z wywiadu z Annie Sprinkle, chyba najsłynniejszej artystki porno na świecie, której jedno zdanie mówi wszystko: Ludzie, którzy uwalniają swoją seksualność, wiedzą najlepiej, czego chcą w życiu. Tylko dlaczego nikt w "Destricted" nie potrafił zwrócić się w tą stronę, nie był w stanie połączyć pornograficznej świadomości człowieka ery multimediów z jego pasją życia i wątkiem seksualnej transgresji, a zamiast tego mamy jakieś bajdurzenie o alienacji? Pytanie, kto obecnie nie jest wyalienowany? To okropny truizm bez cienia kreatywnej myśli.

Nikt z reżyserów nie był niestety w stanie wyłączyć w sobie "robota krytyki" i zastanowić się dlaczego pornografia jest wszechobecna? Jest tak zaś z kilku powodów:

1. Daje człowiekowi przyjemność podniecenia (samemu, w dwójkę lub w kilka osób)
2. Kanalizuje jesnostkową i społeczną agresję
3. Spełnia rolę edukacyjną
4. Daje wielu ludziom pieniądze (czyli rozkręca rynek)
5. Zawsze można w niej wymyślić coś nowego

Nie dajmy się ogłupić, lepiej oglądać dobre porno niż pseudo artystyczne próby jego interpretacji. Może porno nie jest szczere, może nie jest piękne, może nie jest prawdziwe. Pytanie tylko, kto tak kiedykolwiek twierdził? Jak powiedział kiedyś mój przyjaciel, znany w pewnych kręgach jako fanatyk perwersyjnego porno i Cesarz Anala: Porno to sztuka cyrkowa. Amen!


Fragment filmu Larry'ego Clarka



: , , , , , ,

Wednesday, 29 August 2007

Afrobeat - droga plemiennych rytmów!



Kiedy dobre kilka lat temu w Holandii usłyszałem po raz pierwszy muzykę wielkiego Feli Kutiego, zafascynowałem się z miejsca afrobeatem i jego specyficzną, post plemienną wibracją, która łącząc plemienne rytmy i wyobrażenia z najlepszymi osiągnięciami funku i jazzu, dała światu coś niezwykłego - prawdziwą muzyczną rewolucję.

Wtedy jeszcze nie sądziłem, że zaprowadzi mnie to do ściągania coraz większej ilości afrobeatu, jak też pokrewnego afro-funku z sieci, a potem kupowania płyt CD, co skończyło się uzależnieniem ostatecznym... kupowaniem dużej ilości płyt winylowych, które z desperacji ściągam od kilku miesięcy nawet ze Stanów Zjednoczonych, z tego fascynującego sklepu.

W końcu zacząłem próbować sił jako DJ na organizowanych ze znajomymi imprezkach w wejherowskim klubie Fantomas, gdzie właśnie przygotowujemy kolejne taneczne szaleństwo - alternatywę dla zdychającego klabingu. Przy okazji padło do mnie ze strony znajomych pytanie: "A jak się tańczy afrobeat?" Nic zaskakującego, zważywszy na to, że w Polsce muzyka ta właściwie nie istnieje! Nie podpowiem wam, jak się rusza do tego tyłkiem (poszperajcie sami :D), ale za to oddam do dyspozycji waszych zmysłów jeden z niewielu teledysków afrobeatowych, nakręconych dla wielce zdolnego Wale Oyejide.




Wednesday, 15 August 2007

pOdŁĄCZcIE SIę Do HakIMa bEyA na LaST.fm...



Dzisiaj rano, jak zwykle odpaliłem swojego laptopa i zalogowałem się na najlepszy system operacyjny świata czyli Ubuntu 7.04 (wysypał mi się ostatnio lub odmówił posłuszeństwa chyba kilka razy w ciągu tygodnia przy różnych okazjach, bo taki los newbie Linuxa :D). Pierwsza decyzja - posurfować po sieci! Zwykle sprawdzam jakieś serwisy społecznościowe, włączam muzę i zastanawiam się o czym tu napisać :) Wprawdzie ostatnio grubo cisnę wizualkę dla bratrata z Anal Sex Terror - wejherowskiego selektora rootsowego, na Festiwal w Osródzie, ale i tak nad pisaniem spędziłem 2/3 życia, więc mój mozg działa od rana na jedno wbicie :)

Tym razem będzie o Last.fm Dlaczego? Bo to zajebista platforma, której siły jeszcze wielu nie doceniło. Całkowicie zrewolucjonizowała "słuchanie radia" i wniosła wiele życia w Internet, co przełożyło się na wzmożone kontakty międzyludzkie i gorące odkrycia muzyczne... przynajmniej w moim wypadku :)


***



Zaangażowani, internetowi aktywiści od samego początku widzieli w boomie na Web 2.0 kolejną korporacyjną strategię na jeszcze szybsze i skuteczniejsze wyciśnięcie z sieciowych społeczności, jeszcze większej ilości hajcu. Siła, jaką mogły mieć marketing i branding dla "blue chips" po przeniesieniu do wieży Babel mediów - Internetu, została przez nich bardzo szybko dostrzeżona jakieś 5-6 lat temu i na naszych oczach kwitnąć zaczął wzmożony proces konwergencji platform. Dziś serwisy społecznościowe mogą mieć miesiąc i jeszcze nie wyjść z fazy beta testów, a już ktoś zechce przejąć je za pokaźną sumkę.

Last.fm nie jest tu wyjątkiem. 30 maja amerykański koncern medialny CBS kupił robiącą furorę wśród użytkowników na całym świecie, brytyjską platformę za 280 mln USD i bardzo szybko zaczął wprowadzać nowe usługi, mające docelowo przyciągnąć do serwisu maksymalny ruch tj. zagnieżdżone wideo a la YouTube. Oprócz reklam, będących standardowym modelem zarabiania w Internecie, Last.fm zarabia dodatkowo jako pośrednik transakcji, które wykonują użytkownicy kupujący płyty w Amazon.com wykonując swoje kliknięcie na stronach lub w scrobblerze Last.fm. Oprócz tego serwis pobiera opłaty za dostęp do niektórych usług tj. "radio osobiste".

Abstrahując jednak od handlu i przenosząc się na poziom społeczny tego fascynującego serwisu, nie można nie zauważyć, że łącząc medium radia, odtwarzacza muzycznego i sieci, Last.fm wytwarza ciekawe pole memetyczne tworząc jednocześnie krąg oddziaływania społecznego, który ma swój nihilistyczny smaczek, ale również niezaprzeczalny, romantyczny feedback. Oto zdruzgotane zostały kolejny raz przez nowe matryce medialne, media hierarchiczne - jednokierunkowe, a wygrało zaangażowanie jednostek, wolny wybór i społeczne tagowanie.

Last.fm pozwala w moim przypadku właściwie na słuchanie wszystkiego w ramach platformy społecznościowej. Mój ulubiony odtwarzacz, stworzony z myślą O KDE, Amarok potrafi przyswajać wszystkie darmowe strumienie Last.fm, jak też scrobblować kawałki, które nie zostały dołączone do platformy, a pochodzące z mojego dysku :) Dzięki temu nie czuję się uzależniony od żadnej ze "stacji radiowych", jeśli nie ma czegoś na Last.fm, odpalam to z dysku, a muzyka dalej działa w ramach platformy społecznościowej, co właśnie różni ją od zwykłego radia, które będąc medium hierarchicznym nie jest sprzężone z jego użytkownikiem.

Dlaczego chciałem o tym napisać? Ponieważ dzisiaj odkryłem, że Last.fm "zatagowało" już tak mocno Hakima Beya, że powstała nawet stacja, na której leci muza, związana przez użytkowników z jego osobą (co sprawdzić łatwo, wystarczy wpisać pożądany tag). Na początek wyskoczyła mi Diamanda Galas. Kto by pomyślał, że ma coś wspólnego z Hakimem Beyem? :) Przeszukałem sieć, nic oczywistego znaleźć się nie dało, co utwierdziło mnie jeszcze w przekonaniu, że społeczne tagowanie jest niezwykłym fenomenem, którego znaczenie jest bardziej duchowe niż by się to z początku wydawało.

Wyobraźmy sobie, że oto wiele niezwiązanych ze sobą bezpośrednio jednostek dokonuje niehierarchicznego połączenia dzięki internetowemu medium po czym tworzy za jego pomocą siatkę znaczeń, która następnie oddziaływuje na jego użytkowników. Przypadkowa grupa w żadnym wypadku nie musi tworzyć dla tej sieci dodatkowych narzędzi, umożliwiających utrzymywanie homeostazy (system jest samoregulujący się). Jest to jednocześnie, szybkie, skuteczne i przemawiające do wyobraźni rozwiązanie.

To także klasyczny przykład grupowego feedbacku, postrytualnego zachowania, które pozwala na komunikację dzięki sprzężeniu ze sobą muzyki, internetu i tagowania. Tak, jak wśród wspólnot plemiennych sprzęga się ze sobą zmysły dzięki rytmom bębna, piszczałki lub grzechotki i środkom psychedelicznym, w świecie podłączonym robi się to za pomocą Internetu - cybernetycznej pigułce nowej, grupowej tożsamości.

Ciekawą rolę mają tutaj ekstensje zmysłów, oferujące wykorzystywanie w działaniu genetycznych wzorów. Jeśli muzyka to głównie domena słuchu (przynajmniej w codziennym stanie świadomości), to tagowanie jest domeną wzroku (wszyscy codziennie widzimy otagowane mury). Jednak znaczenie wykluwa się w ludzkim mózgu dzięki impulsom pochodzącym w obydwóch sfer doświadczenia dając płynny tunel rzeczywistości, stwarzający alternatywny wobec piramidowego kierunek rozumienia świata dzięki zmysłom połączonym w jedną całość. To właśnie miał na myśli McLuhan pisząc o globalnej wiosce, łączącej ze sobą wszystkich za pośrednictwem elektrycznych mediów, a Timothy Leary pisząc o globalnej świadomości psychedelicznej, która wykształciła się dzięki masowemu użyciu LSD.

Dla mnie jest to doskonały przykład dalszego spełniania się kontrkulturowych utopii, które jak mityczne Wyspy Szczęśliwe u Hakima Beya, są odwzorowaniem matrycy pierwotnej Macierzy Kosmosu, w której komunikacja jeszcze nie została wynaleziona, a świadomośc pogrążona była w słodkim stanie nieistnienia. Boom 2.0 może się szybko skończyć, ale nowe siatki memetyczne będą egzystowały jako żywe pola znaczeń dzięki jednostkom chcącym się ze sobą komunikować na nowym poziomie.


Saturday, 28 July 2007

Ożywianie czarnego mitu



Dawno, dawno temu żył sobie genialny muzyk i kompozytor jazzowy, niezwykły przybysz z planety Saturn, który ochrził się imieniem Sun Ra dając tym samym wyraz swoim egipskim sympatiom, gdyż to tam leżały wg niego prawdziwe źródła "czarnej cywilizacji", jak też całej nowożytnej myśli europejskiej. Sam nigdy nie uprawiał jednak filozofii, ani nie był religijny. Wierzył za to w "kosmiczne równania", okultystyczny, wyższy porządek, który próbował wykorzystywać w celu ocalenie Ziemi spod spisku Podłego Demiurga, głównie uświadamiając ludziom tą odwieczną walkę poprzez swoją afrofuturystyczną muzykę. W swoim poemacie Kosmiczne Równanie (1965) pisał, że:

Subtelne żywe równania

Są jasne jedynie dla tych

Którzy pragną się dostroić

Do wibracji Wielkiego Kosmicznego Świata

Subtelne żywe równania

Przestrzeni kosmicznej

Są drogie jedynie dla tych

Którzy żarliwie pragną wielkiego spełnienia



W jego twórczości wyraźnie widać głębokie pragnienie przyłączenia się do tej wzniosłej, pochodzącej z Kosmosu, "rasy anielskiej", która na Ziemi wybrała sobie na kolebkę Egipt, a dla wielu mistyków i Wolnych Masonów od zawsze była ważną stroną gnostyckiego frontu wojny o świadomość. Sun Ra nie był jednak nigdy typem samotnego odszczepieńca, otaczał się wieloma ludźmi i był otwarty na współpracę z każdym, kto ją zaofeorował. Ciepło wyrażali się o nim zarówno John Cage, jak i Amiri Baraka. Z jego własnych wypowiedzi także wylewała się zwykle troska o los ludzkości. W wywiadzie, przeprowadzonym w 1966 przez Johna Sinclaira, tłumaczy częściowo swój tajemny kod rzeczywistości mówiąc: Wszystko to dzieje się dlatego, że rządzący dokonują przemiany czasów - jeden wiek przechodzi w kolejny, a oni sami są w kłopotach. Dotyka cię jednak nie tylko przemiana czasów, ale zmiana praw - prawo, które było na tej planecie prawem, odeszło i przestało być prawem. Od momentu, kiedy tak się stało, a także z tego powodu, że ta planeta przez tysiące lat była poddana prawu śmierci i zniszczenia, prawo przechodzi w coś innego, co osobiście lubię nazywać MITEM lub MITYCZNĄ NAUKĄ, ponieważ jest to coś, czego ludzie w ogóle nie znają. Z tego powodu używam też nazwy ARKIESTRA MITYCZNEJ NAUKI - jestem zainteresowany dawaniem ludziom szczęścia, które jest mitem. Ludzie przecież nie są szczęśliwi.


Sun Ra - Space Is The Place



Afrofuturyzm Sun Ra był w wielu punktach pokrewny myśli Marcusa Garveya, Malcolma X czy też ezoterycznej teologii Mauretańskiej Świątyni Nauki, założonej w 1913 przez Świątobliwego Timothy Drew Ali'ego w Chicago. Idealnie odzwierciedlał się w muzyce Milesa Davisa, Johna Coltrane'a, Ornette Colemana czy Feli Kutiego. Doskonałym przykładem podłączenia się do wszechobecnej, astralnej sieci Czarnego Mitu są także "prorocy rastafarianizmu" tj. Burnig Spear, Jah Shaka czy Lee Perry (który na przemian twierdzi, że jest Internetem i Jezusem oraz wierzy tak samo w Jah, Allacha, Buddę i Krysznę oraz w lewitującego nad jeziorem Titikaka Lwa Judy :D) - w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat uzyskali oni za pośrednictwem muzyki reggae w zasadzie masowy wpływ memetyczny na kulturę globalną.

Warto dodać, że wpływ ten w naszej części świata, w dużej mierze zawdzięczają oni post kontrkulturowemu zniesieniu stałej tożsamości, zamianie jej na kolaż dowolnych, kulturowych elementów. Wśród nich prym wiedzie dzisiaj nie polityka, nie narodowość, nie kolor skóry, ani nawet pozycja społeczna, ale muzyka. To właśnie dzięki globalnie krążącej w Sieci muzyce, możliwe stało się rozprzestrzenianie memów na skalę masową przez wiele skubkultur, wyznań, sekt, formacji ideologicznych czy też zwykłych grup interesów. Nic więc dziwnego, że jednym z najgorętszych frontów walki o umysł jest dzisiaj rynek muzyczny, na którym krzyżują się wszelkie możliwe wątki zbiorowej nieświadomości. Czarny Mit jest też dzisiaj o wiele częściej zauważalny, dlatego iż zadomowił się na stałe w kulturze masowej i został odkotwiczony od przynależności do jakiejś konkretnej grupy społecznej czy kulturowo-językowej.

Mało badaczy wpływów Czarnego Mitu na kulturę popularną ma jednak pojęcie w jaki sposób zadomowił się on w kulturze hiphopowej. Udało nam się ostatnio znaleźć doskonały przykład, objawienie gnostyckiego pop vodoun tego roku - to raper The Black Dot z nowojorskiego Harlemu, autor niepokojąco szalonej książki, Hip Hop Decoded: From its Ancient Origin to its Modern Day Matrix oraz serii wydanych na DVD wywiadów tj. 5 Bloodlines of Hip Hop czy Hip Hop Is Dead.

Na wykładzie 5 Bloodlines of Hip Hop dowiadujemy się w jaki sposób czarni przodkowie przybyli u zarania dziejów na naszą planetę korzystając z bram pięciu żywiołów (linii krwi): Ziemi utożsamianej przez The Black Dot z Hieroglifami, Wody utożsamianej z Tańcem, Ognia utożsamianego z Griotem lub Wyrocznią, Powietrza utożsamianego ze Świętym Bębnem oraz Eteru utożsamianego z Wiedzą. Czarni otrzymali dzięki nim całą swoją cenną kulturę, jednak to nie podobało się zazdrosnym mutantom-wampirom, które zaczęły wysysać linie krwi przodków niszcząc cenny przekaz i pogrążając czarnych na długi czas w nieszczęściu.


5 Bloodlines of Hip Hop


Czarni musieli czekać na przywrócenie utraconej Wiedzy. Ocalenie miało przyjść w 1973 dzięki hip hopowi, kiedy pojawili się superbohaterowie tj. Afrika Bambaataa i Grandmaster Flash, którzy sprawili, że linie krwi ożyły ponownie. Stare, archetypowe manifestacje znalazły swoją nową formę w postaci B-boyingu, Rapu, Graffiti, Turntablismu, związanych ponownie Wiedzą. Nie na długo jednak, mutanty-wampiry szybko zaczęły swój zbrodniczy proceder wprowadzając do nowej, czarnej kultury gangsta rap, który zaczął niszczyć podstawy komunikacji społecznej. W tej chwili pod kontrolą mutantów znajduje się wielu raperów tj. Jay-Z, jednak wojna z nimi zostanie wygrana w 2012, kiedy hip hop osiągnie swój Punkt Omega dzięki podłączeniu się do wibracji bitów i rymów z wyższych wymiarów.

W swojej książce The Black Dot pisze też o powodach rozpoczęcia misji uświadamiającej i o tym dlaczego "hip hop is dead": Zacząłem tą historię, ponieważ toczy się wojna. To więcej niż zwykła wojna na rymy czy wojna o umysły. To także walka materii z duchem, związana z wieloma innymi czynnikami. Wszyscy wiedzą, że rymowanie się opłaca, wie to także "Rząd". Kiedy nie mogli tego po prostu uciszyć na samym starcie z powodu silnego zapotrzebowania, upewnili się, że dostaną przynajmniej wystarczajaco duży procent zanim produkt dotrze na ulice. To jednak nie wystarczyło. Rząd chciał kontrolować typ produktu, który docierał na ulice szybciej niż cokolwiek innego. Stare rodziny rymów zawsze dawały ulicy coś wartościowego, motywującego, edukacyjnego, uświadamiającego czy duchowego. To jednak przedstawiało dla rządu problem. Nie chcieli, żeby produkt uwalniał umysły młodych, włoczących się po ulicach. Ten typ produktu okazał się dla nich groźny i coś musieli z nim zrobić. Zniszczyli więc pozytywny rap, a zamiast niego wstawili gangsta rap, za którym poszły alfonsy, dziwki, cwaniaki, poszli gracze i bandyci.


What The Bleep...Do You know about Hip Hop


Friday, 27 July 2007

Przewodnik po Muzeum Boba Marleya :)



Materiał przeze mnie tu zagnieżdżony musicie obejrzeć obowiązkowo... muszę poczuć, że nie tylko ja się śmieję z takich rzeczy. Radość niech się rozprzestrzenia po świecie :)






Thursday, 26 July 2007

Tygiel - nowy, fajny e-zine



W sieci ukazał się właśnie nowy e-zine, wydawany na MySpace, noszący nazwę Tygiel. Znajdziecie w nim wywiady z Darkiem Misiuną (właścicielem Wydawnictwa OKULTURA), Piotrem Węgrzyńskim (współzałożycielem grupy performerskiej Suka Off), Douglasem P. (liderem formacji Death In June) oraz eLL (członkinią grupy Sui Generis Umbra). Zapraszamy!


Monday, 23 July 2007

Dzień 23. cd czyli Zbychowo to zło :D



szczerze powiedziawszy, to zawsze gdy przychodzi ten dzień 23. siedzę sobie spokojnie i na wszystko mam wyjebane, bo nie chcę nakręcać żadnej jazdy. gdybym uległ tej pokusie jaki byłby wtedy ze mnie podróżnik po krainie chaosu? "kto oczekuje, najpewniej tego nie dostanie", nie ma tego w Prinicipii Discordii, ale sam bym to umieścił w wersji 2.0 :) bądźcie więc spokojni o żądzę rezultatu, jeśli nie działa prawo góry, na pewno działa prawo dołu! faktem jest, że czasem trzeba patrzeć pod nogi, żeby się nie przewrócić ;)

* * *


Dzisiaj znajomy zabrał mnie wieczorem do Zbychowa. Chciałem się w sumie napić piwa po ciężkim dniu trzepania ramek, układania imprezowych kalendariów i wysyłania podań o pracę, ale stanęło na kąpieli w jeziorze o wdzięcznej nazwie Wyspowo. Niestety nie wyszło, a dlatego że....

trafiliśmy wprost w ręce znajomej pary, która uruchomiła w tym przeuroczym miejscu sezonowy sklep. od razu zasięgnąłem informacji na temat stanu wody i okazało się, że jest chujnia, bo rolasy spuszczają szambo do wody :(

sanepid niby badał, ale kto ufa instytucjom rządowym?
co tu kurwa zrobić?

nic, wzięliśmy po piwku (którego w sumie miałem nie pić) i zasiedliśmy na ławeczce. jak wiadomo, polska wsiami stoi i w sensie mitotwórczym i w sensie politycznym (co by pisiory zrobiły bez swojej ukochanej, katolickiej wsi? aż boję się pomyśleć :P). pije się tutaj naprawdę grubo, rzekłbym: na masę. no i podjeżdża jakiś rozpierdolony żuk z ziomami prosto z budowy, którzy tradycyjnie zaczynają po kaszubsku o tym, że "muszą się najebać po ciężkiej pracy". zrylce jak chuj, ale że właściciel sklepu "godo tok somo", na luzie :)

15 minut picia piwa i podbija kolejny zrylec, który (co doniósł wywiad :P) nie może przestać pić :))) wszystko ok, gdyby nie jeep wypełniony ubranymi w khaki kolejnymi frikami, którzy przejeżdżali obok sklepu i kolo na oryginalnej MZ-ce 250 (dwusuwowy silnik, gaźnik, przerobiony widelec), który przyjechał i postawił następne piwko. w międzyczasie nasłuchałem się historii o klimatach panujących w okolicy i nie moglem przestać się śmiać. czemu na kaszubach każda wioska wygląda jak szkrzyżowanie "alicji w krainie czarów" ze szpitalem psychiatrycznym? niech to będzie zagadka dla etnologów :)

w każdym razie kolo poczęstował dobrą lufą i pogadaliśmy sobie o silnikach, mocy i momencie obrotowym. taaa, fantastyczne klimaty :) dalej zeszło na muzę, słuchawki i możliwości sub basowych głośników, niedługo pojawił się nawet pomysł na festiwal transowy (trans to podstawa) :D
żona tradycyjnie zmusiła jednego z pijących mężczyzn do powrotu (niech mi pokażą w polsce trzymający się kupy patriarchat!) i impreza naturalnym biegiem dobiegła końca. przy okazji usłyszałem jakąś produkcję no duck crew, która brzmiała jak kanda bongo man, masakra :D

aaa wracając, jakiś kilometr za wiochą ujrzałęm kolesia ledwo trzymającego się drzewa. czy to było objawienie chaosu? a może znak bestii? :P


p.s. chciałem w sumie napisać artykuł o znaczeniu liczby 23, ale nie miałem tak naprawdę czasu, skończę moją wdzięczną wizualkę "Aeon of Chaos", to pewnie wrzucę na stronkę, bo trzeba się w końcu samemu zmierzyć z tym wyzwaniem :) pozdrowienia dla wszystkich, którzy biorą eremitę za głupca :)


Dzień 23



Dziś około godziny 00:23 znowu zerwało mi połączenie z siecią "przez kabel" pomimo tego, że moje linuksowe sterowniki do przewodowej karty sieciowej są bez zarzutu (a może to router?) Nie ma się jednak czym przejmować, bo od czasu do czasu musi się trafić jakaś awaria, nawet rzecz biorąc statystycznie. Co w tym było jednak najdziwniejsze to specyficzna selektywność - pomimo braku połączenia dalej mogłem się łączyć z Google, moją stroną i stroną OKULTURY :)

Ach ten cyfrowy chaos...
to tylko magia mój nagi, nagi Chopinie :)

cdn.