Thursday, 6 November 2008

Dlaczego nienawidzi się libertarian także w dobie recesji?



Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta, ponieważ zwykle mówią prawdę i są w stanie ze zdumiewającą precyzją przewidzieć stan gospodarki na podstawie głównych mechanizmów, nią sterujących. Jedną z najbardziej zwalczanych w ostatnich latach teorią gospodarczą w Stanach Zjednoczonych stała się więc właśnie libertariańska teoria wolnego rynku, która "wolny rynek" definiuje głównie w kategoriach jego wolności, a nie jej braku!

W przeciwieństwie do interwencjonistycznych bredni na temat "wolnego rynku", libertarianie CIĄGLE wykazują, że do zbudowania "prawdziwie wolnego rynku" jeszcze dużo brakuje, pokazują też jak wiele w ostatnich 100 latach zawłaszczyło sobie państwo i instytucje przez nie wspierane i jak w istocie definicja "wolnego rynku" została przez konserwatystów rozmyta, zdekonstruowana, a potem użyta do zmanipulowania globalnego społeczeństwa. Ludzie, obudźcie się! Na świecie nigdy nie bylo WOLNEGO RYNKU!

Tymczasem, oczy dali sobie nawet zamazać anarchiści, którzy w latach '90 przeformułowali swoje marksistowsko-bakuninowskie podstawy, by walczyć ze śmiertelnym wrogiem - wyrwanym spod kontroli państwa kapitalistycznym Nowym Światowym Porządkiem! Mało z nich jest sobie pewnie w stanie wyobrazić, że to właśnie władza państwa doprowadziła do rozkwitu międzynardowych instytucji, gwarantujących sprawne operowanie mechanizmów gospodarczych i finansowych, a ich działanie można nazwać na wiele sposobów, ale na pewno nie uwalnianiem rynków! Innym paradoksem jest to, że anarchiści w ogóle mogą stawać po stronie państwa, a znam w Polsce takich, którzy jeszcze płacą ZUS, co dla mnie jest już zupełnym absurdem.

Gdy w latach '90 w USA i w Europie Zachodniej pojawiło się pierwsze od lat '70 widmo recesji - skok cen ropy, artykułów żywnościowych groził zwyżkującą inflacją i cięciami budżetowymi, uwloniona z jarzma totalitarystycznego układu sowieckiego Europa Wschodnia, nakręciła natychmiast koniunkturę, kręcił nią wstępując do Unii Europejskiej i będzie także jej gwarantem jeszcze przez przynajmniej 4 lata, co potwierdzają wszystkie polskie serwisy finansowe.

Osobiście podeprę się tutaj artykułem z Gazety Finansowej, w którym autor pisze, że: Spowolnienie gospodarki bez wątpienia nadchodzi szybkim krokami, ale nie można powiedzieć, że Polsce zagraża recesja (przynajmniej dwa kwartały spadku PKB). Nasz kraj ma dużo do nadrobienia, a środki unijne będą zastrzykiem podtrzymującym wzrost gospodarczy. Możemy mówić o tym, że PKB będzie rósł w latach 2008–2009 np. o 4,5 proc., zamiast o około 6 proc., ale nie o recesji. Polacy to spowolnienie mogą jednak boleśnie odczuć. Dla porównania wzrost w innych krajach Unii będzie wynosił średnio 0,2-0,3%, a we Włoszech już jest zerowy.

Obecna recesja była w pełni do przewidzenia, co wiedziało wielu analityków giełdowych i ekonomistów! Niestety nie robiono nic, żeby jej zapobiec! Za dowód niech posłuży klip z wiadomości, emitowanych przez stację CNBC, w której Peter Schiff dobre dwa lata temu przewiduje amerykańską recesję, powodowany zdrowym, libertariańskim rozsądkiem.



Poniżej wklejam jeszcze fragment obszernego, klasycznego tekstu Murraya N. Rothbarda, "Dlaczego konserwatyści kochają wojnę i państwo?", w którym genialny ekonomista tłumaczy podstawy amerykańskiego interwencjonizmu, który narastał przynajmniej od lat '30 XX wieku.

Sens Nowego Ładu został dostrzeżony, znacznie lepiej niż w konserwatywnej mitologii, przez ruch leninistowski we wczesnych latach 30., zanim, w połowie lat 30., na skutek sytuacji międzynarodowej, w jakiej znalazł się Związek Radziecki, nastąpił ostry zwrot linii komunistycznego świata i powstanie „ludowego frontu” zgody na Nowy Ład. W 1934. roku brytyjski leninista R. Palme Dutt opublikował krótką acz kąśliwą analizę Nowego Ładu jako „socjalnego faszyzmu,” w którym rzeczywistość faszyzmu przemyca się pod przykrywką populistycznej demagogii. Żaden konserwatywny przeciwnik nigdy nie potępił tak ostro i stanowczo polityki Nowego Ładu. Dutt pisał, że polityka Roosevelta „prowadzi do dyktatury typu wojennego,” podstawowym celem polityki jest wprowadzenie państwowego monopolistycznego kapitalizmu przez NRA (National Recovery Act, Ustawa o Odnowie Narodowej), subsydiowanie biznesu, banków i rolnictwa przez inflację i częściowe wywłaszczenie ludności przez obniżenie płac realnych, regulację i wyzysk pracy środkami rządowymi-regulowanymi płacami i przymusowym arbitrażem.” Kiedy Nowy Ład obedrze się z tego „socjalno-reformistycznego ‘postępowego’ kamuflażu,” „pozostaje rzeczywistość nowego faszystowskiego systemu skoncentrowanego państwowego kapitalizmu i przemysłowego niewolnictwa,” w tym bezwzględny „marsz ku wojnie.” Dutt efektownie konkludował, cytując redaktora szanowanego Current History Magazine (z 1933. roku): „Nowa Ameryka nie będzie kapitalistyczna w starym sensie, nie będzie też socjalistyczna. Obecnie trend zmierza do faszyzmu, będzie to amerykański faszyzm uosabiający doświadczenia, tradycje i nadzieje wielkiego narodu klasy średniej.”

Zatem Nowy Ład nie stanowił jakościowej zmiany w Amerykańskiej historii, przeciwnie, był ilościowym rozwinięciem systemu państwowych przywilejów zaproponowanych i wprowadzonych wcześniej, przez administrację Hoovera, wojenny kolektywizm I wojny światowej i w epoce progresywnej. Źródła państwowo-monopolistycznego kapitalizmu lub, jak określa to autor, „kapitalizmu politycznego,” zostały świetnie przedstawione w znakomitej pracy doktora Gabriela Kolko. W Triumph of Conservatism Kolko znajduje źródło kapitalizmu politycznego w „reformach” ery progresywnej. Ortodoksyjni historycy zawsze traktowali erę progresywną (w przybliżeniu lata 1900-1916) jako okres, w którym wolnorynkowy kapitalizm zaczął stawać się coraz bardziej „monopolistyczny.” W odpowiedzi na te rządy monopolu i wielkiego biznesu, ich zdaniem, altruistyczni intelektualiści i dalekowzroczni politycy zwrócili się do rządu o interwencję w celu dokonania reform i regulacji tych nieszczęść. Wspaniała praca Kolko pokazuje, że rzeczywistość wyglądała dokładnie przeciwnie niż ten mit. Pomimo fali fuzji i trustów powstałych na przełomie XIX i XX wieku, siły konkurencji wolnego rynku szybko osłabiły i rozmyły te próby stabilizacji i umocnienia ekonomicznej potęgi interesów wielkiego biznesu. To właśnie biznes, w obawie przed rychłym upadkiem pod wpływem rynkowej konkurencji, po 1900. roku zwrócił się do rządu o ochronę i pomoc. Krótko mówiąc, interwencje rządu federalnego zostały przeprowadzone nie po to, żeby okiełznać monopol wielkiego biznesu w interesie dobra ogółu, ale by stworzyć monopole, których wielki biznes (i związki mniejszych przedsiębiorstw) nie byłyby w stanie utworzyć na wolnym rynku. Obecnie zarówno prawica jak i lewica mylnie twierdzą, iż państwowe interwencje są z natury lewicowe i antybiznesowe. Stąd powszechny na prawicy mit czerwonego Nowego Ładu. Zarówno wielcy biznesmeni, pod przywództwem Morgana, jak i profesor Kolko, jako jeden z nielicznych w środowisku akademickim, zauważyli, że przywileje monopolistyczne mogą być wprowadzone tylko przez państwo, nie jako wynik procesów rynkowych.

Kolko wskazuje, że rozpoczęte wraz z Nowym Nacjonalizmem Roosevelta, a rozwinięte w Nowej Wolności Wilsona regulacje w ubezpieczeniach, bankowości, rynku mięsa, eksporcie i innych działach gospodarki, o których dzisiejsi prawicowcy mówią jako „socjalistycznych,” nie tylko zostały z zadowoleniem przyjęte, ale wymyślone i przeforsowane przez wielkich biznesmenów. Był to świadomy wysiłek, by związać ekonomię z subsydiami, regulacjami i przywilejami monopolistycznymi. Typowe spojrzenie na tę sprawę prezentował Andrew Carnegie, który był głęboko zatroskany konkurencją w hutnictwie, której ani stworzenie US Steel, ani słynne „Gary Dinners,” sponsorowane przez kompanię Morgana, nie potrafiły zdusić. Carneige oświadczył w 1908. roku: „zawsze w końcu uświadamiam sobie, że państwowa kontrola rozwiąże problem.” Oświadczył, że w rządowej kontroli nie ma nic niepokojącego, zaś „kapitał kompanii gazowej, chociaż kontrolowany przez sąd, jest doskonale bezpieczny. Niech zatem cały kapitał znajdzie się pod rządową kontrolą (…).”


Tuesday, 21 October 2008

Jezus twoim przyjacielem jest!



Wlasnie zdalem sobie sprawe, ze nadmiernie dyskryminuje na tym blogu chrzescijan, tak wiec tym razem cos dla nich i dla innych lubiacych piosenki o Jezusie.





Friday, 3 October 2008

A tak w ogóle...



... to pozwolę sobie na małą dygresję na temat tego, co obecnie porabiam zawodowo. Ostatecznie rzuciłem zawód dziennikarza po ostatniej, nieudanej próbie rewitalizacji moich ambicji w tym kierunku i otworzyłem ze znajomym mały sklepik w sercu Camden Stables, gdzie można mnie spotkać pięć dni w tygodniu przynajmniej do końca listopada. Gdyby ktoś chciał podejść i pogadać, serdecznie zapraszam.


Trzy słowa od papieża do ojca prowadzącego czyli imigranta na Polaków spojrzenie



Mój ulubiony krytyk polskich wad narodowych, Witkacy, zasłynął powiedzeniem, że Polska byłaby wspaniałym krajem, gdyby mniej w niej było Polaków. Stwierdzenie to obrazuje wbrew pozorom nie tylko niechęć wielkiego artysty do mentalności przeciętnego Polaka, ale wskazuje także na niedostatek pozytywnego myślenia o polskiej tożsamości narodowej przez najbardziej zainteresowanych.

Przez ponad dwa wieki polska tożsamość narodowa była kształtowana głównie w opozycji do otaczających zewsząd Polaków wrogów, którzy stanowili śmiertelne zagrożenie dla ich języka i kultury biorąc je w bezlitosne kleszcze. Można by zaryzykować stwierdzenie, że polska tożsamość narodowa stała się dzieki temu w dużej mierze tożsamością negatywną – wymierzoną przeciwko komuś, przed kimś wiecznie się broniącą.

Nie da się jednak ukryć, że w ten właśnie sposób udało się stworzyć zbiorową świadomość, funkcjonującą w oparciu o widmo niewidzialnego wroga. W podobny sposób udało się wspiąć w przedwojennych Niemczech na wyżyny popularności faszyzmowi. Nie byłoby to nigdy możliwe bez korzenia wszelkich struktur organizujących życie zbiorowości – tego co mój przyjaciel, Dariusz Misiuna, określił kiedyś w rozmowie jako "tyranię kolektywizmu". Ta mityczna "władza systemu" od zawsze była wspomagana przez ortodoksję religijną i dyskurs polityczny, działający w dualistycznym polu zły – dobry, czarny – biały, wróg – przyjaciel etc.

W tym polu została też zorganizowana i utwardzona polska tożsamość narodowa. Łatwo to zauważyć, szczególnie w Londynie, gdzie na każdym kroku można usłyszeć polski język. Mogę uważać przy tym za swoje szczęście, że nie przypominam wyglądem Polaka i dzięki temu mogę podsłuchiwać "swoich rodaków" na ulicy oraz w autobusie. Zdarzyło mi się ostatnio usłyszeć z ust Polaków wiązankę na temat muzułmanów, czarnuchów, którą ku mojemu zdumieniu zakończył szyderczy komentarz na temat "dziwnego, wielkiego kolczyka" w moim uchu, który mógłby sobie wsadzić kolega... ten „kolczyk” był w zasadzie stożkiem do rozpychania ucha. Miał wprawdzie 10 mm, ale nie było w nim nic dziwnego. Prawie mnie zatkało, ale nie dałem po sobie poznać, że coś zrozumiałem. Konspiracja to podstawa.

W zasadzie nie zdziwiło mnie to zupełnie, gdyż zyjąc 27 lat w Polsce zdążyłem zrozumieć, że Polacy mają jeden podstawowoy problem – nie potrafią akceptować inności. Wychowani w świadomości słuszności swojej religii, stylu życia, myślenia, postępowania, a nawet ubierania (jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało), pielęgnują to, co Nietzsche nazywał "moralnością niewolnika" - kult szarości i przeciętności. Widząc jednostkę odstającą od tłumu, jak wściekłe szerszenie, Polacy organizują się, by ją zniszczyć. Indywidualizm jest największym zagrożeniem dla „tyranii kolektywizmu”.

Przez tą cechę większość Polaków ma jednak wielki problem z odnalezieniem się w realiach społeczeństwa post narodowego, w wirze multikulturowej metropolii tj. Londyn. Powierzchowna, ukształtowana za europejskim murem świadomość wyjątkowości, pada jak domek z kart. Pan Rysiu z Białegostoku, który dostaje ataku serca, gdy ktoś zagada do niego po angielsku, jest tego najlepszy.m przykładem. Przez fałszywą pewność siebie przebija się wstyd. Wstyd braku edukacji, braku wychowania, stylu obcowania z innym i wstyd bycia bycia gorszym – pachołkiem z Europy Wschodniej. Syndrom mięsa armatniego, wyzierający prawie z każdej pary oczu, to Polaków w UK znak rozpoznawczy.

Egzystencjalny smutek polskiej imigracji w UK nie bierze się jednak znikąd – to efekt nieprzygotowania edukacyjnego do realiów post kolonialnej Europy. Gdyby eksperyment z Madagaskarem zakończył się sukcesem, może wtedy Polacy "zasmakowaliby imperializmu" i stali się bardziej świadomi innych kultur i ich zwyczajów, a także pozwoliliby sobie na więcej luzu. Polak, jak kołek wyjęty z płotu ma bowiem także problem z wyluzowaniem się, ze zrzuceniem z siebie grobowej maski, w którą ubrał go kościół, szkoła i społeczeństwo.

Ten stan rzeczy odbija się nie tylko na relacjach z innymi ludźmi, ale także na stylu, który prezentują Polacy w UK. To przelewająca się szaro-burość. Przeciętny Polak w Londynie to wyrwany ze wsi spod Lublina wieśniak, który nie potrafi w żaden sposób zaakcentować swojej ciekawości świata i kolorów osobowości. Nic jednak dziwnego, cech on tych po prostu zwykle nie posiada nakłądając sobie na siłę maskę męczennika, wisielca (tarotowe inklinacje, jak najbardziej wskazane do analizy).

Wykształca się w ten sposób stereotyp Polaka, który ryje 18 godzin na dobę, nie dba o siebie i chodzi po ulicy z mieszanką smutku, wściekłości i niepewności na twarzy. W Londynie Polak to zbir ze Wschodu, Tatar współczesnej Europy. Co pomogłoby to zmienić? Bardzo niewiele, trochę szacunku dla siebie samego, więcej spokoju, wyrozumiałości dla innych realiów, a ponad wszystko chęć tworzenia pozytywnego wizerunku siebie samego, czego wszystkim Polakom w Polsce i za granicą serdecznie życzę!


Tuesday, 9 September 2008

Głos z drugiej strony lustra



Właśnie mija mój jedenasty miesiąc pobytu w Londynie - czas przeplatany szukaniem nowej formuły dla własnej osobowości, stresem związanym z życiowymi zawirowaniami, spotykaniem nowych person, odkrywaniem tajników Tarota i dalszymi kontaktami z loa. Nie byłby to jednak nigdy czas tak twórczy, gdyby nie fakt że kontemplowałem w tym czasie, a także przekazywałem do swojej podświadomości wiele z myśli i emocji, kłębiących mi się w organizmie, które teraz czas wydobyć na powierzchnię.

Ostatni miesiąc był dla mnie prawdziwym szaleństwem, spotkałem kobietę, z którą już po trzech dniach mogłem natychmiast zdecydować się na wspólne życie - dzielenie miejsca, czasu, ciała i serca. Novella tryska swoim włoskim temperamentem na wszystkie strony sprawiając, że czuję się tak, jak nigdy wcześniej - spełniony i szczęśliwy, bez paranoicznych dodatków.

Dzielimy wiele wspólnych pasji jednocześnie nie będąc dzieleni przez nic. Jej czuła osobowość z ostrym temperamentem są dla mnie prawdziwym wybawieniem od tego, co 27 lat miałem na talerzu w rodzimym kraju. Wreszcie nie muszę się użerać z kobiecymi chorobami mentalnymi, karmionymi czule przez wiele Polek - charakterystycznymi zresztą dla przedstawicielek tego narodu.

Nie jestem straszony widmem dzikiej zazdrości, syndromem braku orgazmu, judeochrześcijańskiem poczuciem winy, chorobliwą nieśmiałością, postawą "bo mi się należy", kobiecymi przywilejami, pierdolonymi konwenansami, a także nie muszę dzielić swojego życia na dwie połowy: na żywot grzecznego, posłusznego mężulka i niegrzecznego, wiecznie najebanego kolesia, który upija się z ziomkami i łazi na dziwki. Panie i panowie, z tą kobietą nie muszę składać swojego życia na ołtarzu społecznej schizofrenii, czego każdemu zresztą życzę.

Przy okazji realizuję swój plan, który powstał w mojej głowie jeszcze przed wyjazdem do Londynu, ale tylko tutaj mogłem doprowadzić do jego realizacji. Odrzucam znoszoną szatę psiej przynależności do kolektywistycznego koryta. Nie mogę już dłużej pielęgnować słodkiej lecz naiwnej, XIX wiecznej ideologii przynależności narodowej. Jest ona niemożliwa w wieku internacjonalistycznego miksera, który pożera wszystkie liście z drzewa, by wyprodukować całkowicie nową perspektywę.

Odrzucamy rytuały starych czasów, gdyż są one czarne. Nie nadają się one już dłużej ani jako definicje formatywne, ani jako techniki tańca w tłumie. Przyznajmy wreszcie, iż wszyscy jesteśmy kosmitami, a latające spodki, to nasze mobilne domy. Jako psychogeograficznym nomadom pozostaje nam rodzenie nowych idei i tuneli rzeczywistości jedynie w oparciu o prawdziwą Wolę.

Jeśli mamy jeszcze uprawiać jakikolwiek komentarz o innych i o nas samych, możemy to jedynie robić w oparciu o trans imperatyw. Siłą rzeczy musimy stać się relatywistami, którzy surfując po falach chaosu spotykają innych nam podobnych sportowców, ale nie rzutują na nich projekcji, powstałych w opraciu o naszą socjalizację, o nasze mentalne przyzwyczajenia i inne prymitywne wdruki poniżej czwartego poziomu Leary'ego.

Mądrość rodzi się na ulicy, gdzie zewnętrzne formy muszą zostać odrzucone na rzecz perspektywy płynnego chaosu. Jesteśmy tu i teraz, a resztę nich pożre Wielki Cthulhu!


Saturday, 23 August 2008

Drinking the Cup of Abundance



Chciałbym coś bardzo napisać, bo w głowie kłębi mi się mnóstwo rzeczy, tyle że ciężko mi się od dwóch tygodni do komputera dorwać na dłużej niż na piętnaście minut :)

Moja nowa miłość po prostu żyć mi nie daje, a ja także nie pozostaję dłużny. Co tu jednak kryć, mój nowy kwerent tarotowy okazał się Trójką Pucharów czyli Kielichem Obfitości, z którego piję tylko i wyłącznie wielkimi łykami!

Jak się tylko uda, wrzucę coś nowego na tego lekko zakurzonego bloga. Muszę tylko znależć chwilę czasu!

Tuesday, 8 July 2008

Kółko eksperymentatorów



Zacznijmy od przeglądu trendów, panujących wśród twórców wideoklipów do eksperymentalnej i klubowej elektroniki. Widać wciąż te same tendencje, te same techniki i te same chwyty, choć oczywiście zdarzają się miłe dla oka perełki.

Żadna muzyka nie może się wprawdzie obyć bez obrazów, które wyłaniają się ze strumienia sygnałów biochemicznych, karmiących nasze neurony, ale że żywią się one ciągle tym samym, to już przesada ;) w szybkim tempie przeleciałem breakcore, dubstep, grime, electroclash i experimental breakbeat, aby wysunąć wam moje propozycje.

niechlubnie odwołujące się do klasyki DIY...

Milanese - Mr Good News ("Extend", 2006)



Venetian Snares - Mutant Cunt Sniffer ("Invasion From XXX Dimension", 2005)



niskobudżetowe...

Baobinga & I.D. feat. Virus Syndicate - Jum Up Get Hype ("Big Monster", 2008)



romansujące z pop kulturą...

Bong Ra - 666MPH ("Breakcore A Go-Go", 2003)



animacje komputerowe...

Autechre - Gantz Graf ("Gantz Graf", 2002)




Benga & Coki - Night ("Night", 2007)



i nówki...

Ben Sharpa - Hegemony (Police Protection Service) (LP to be released)


Ladytron - Ghosts ("Velocifero", 2008)


Kode9 & Spaceape - Time Patrol (12'' to be released)


Bójcie się, bójcie!



Wujek Conradino nareszcie wrócił tam, gdzie jego miejsce czyli w przestrzeń wirtualną :)))
Po okresie internetowo chudym, kiedy warunki radosnemu surfowaniu po prostu nie sprzyjały, ponownie będę mieszał w głowach, gdyż mam w domu połączenie! Niech no tylko skończę tego Hine'a :P


Cieszycie się?