Saturday, 15 October 2011

"Trans:Wizje" juz w sprzedazy :)


"Trans:Wizje" - nowe dziecko wydawnictwa Okultura juz w sprzedazy. Wiele ciekawych materialow, a wsrod nich jeden moj tekst...





Friday, 30 September 2011

Czy naprawde potrzebujemy pracy?

Douglas Rushkoff kontratakuje w tradycji mysli podejzliwej... czy naprawde potrzebujemy pracy?


Monday, 12 September 2011

Kamikaze szarpania drutów – surf, hot rod, 60's garage i biker sound


Surfujący buntownik


Zanim Dick Dale – który w ciągu następnych kilku lat miał osiągnąć status Króla Surfowej Gitary – przeprowadził się ze swoją rodziną z południowego Bostonu do południowej Kalifornii w 1954, żeby ukończyć tam szkołę średnią, jego ulubionym instrumentem była trąbka, którą dostał od wujka, a przemożny wpływ wywierały na jego wyobraźnię rytmy legendarnego perkusisty polskiego pochodzenia, Gene'a Krupy (nigdy zresztą nie przestały). Zafascynowany opowieściami o kowbojach, komiksami o Supermanie i muzyką Hanka Williamsa, młodzieniec pragnął jednak zostać piosenkarzem country, co próbował zrealizować zamawiając drogą pocztową swoje pierwsze kartonowe banjo, które rozpadło się po jednym dniu. Tuż przed swoją przeprowadzką za $8 kupił w końcu starą, używaną gitarę hollow body, którą spłacił na raty. Był to pierwszy poważny krok w stronę muzycznej kariery!

W połowie lat '50 w Kalifornii istniały tylko dwa style muzyczne: country i big bandowy jazz, a gitara uznawana była za szatański instrument (grana jedynie przez czarnych bluesmanów). Było to zaledwie dwa-trzy lata przed pojawieniem się na amerykańskiej scenie Elvisa Presleya i eksplozją rockabilly, ale wtenczas mogły być to równie dobrze lata świetlne, gdyż rady miejskie nie zezwalały na organizowanie żadnych imprez tanecznych z muzyką gitarową w tle – amerykańskie społeczeństwo było przekonane, że jest to oddawanie młodzieży w szpony szatana. Historia zaczęła się jednak zmieniać, gdy Ameryka usłyszała Hound Dog, a Memphis sound z dnia na na dzień wywołał gorączkę wśród młodzieży i przerażenie wśród rodziców. W kinach pojawiły się też pierwsze rock'n'rollowe obrazy: Love Me Tender i Jailhouse Rock, które wypromowały styl. W międzyczasie Dick Dale wygrywał wszystkie lokalne konkursy muzyczne dla amatorów dzięki swojej nowatorskiej technice, która na pierwszy plan wysuwała silne, rytmiczne uderzanie w struny tworzące sensualny feeling.

Pewnego wieczoru Dick Dale stanął na scenie jednego z kin uzbrojony tylko w swoją starą gitarę, podłączoną do malutkiego wzmacniacza z 10" głośnikiem i mikrofon w stylu Flasha Gordona. Grupa marynarzy krzyczała „Get The Hook” całkowicie go zagłuszając i właśnie wtedy menadżer kina zdecydował o podłączeniu go do kinowego sprzętu i wydrukowaniu plakatów dużą czcionką. Z dnia na dzień Dick Dale stał się sensacją i przyciągnął na swoje koncerty dużą publikę. Ścigając swoje marzenie o zostaniu kowbojskim bardem Dale wziął też udział w konkursie country odstawiając show w stylu rockabilly. Wkrótce wkręcił się w miejscową scenę poznając takie osobistości jak Tex Ritter, Gene Autrey czy Freddy Hart, a przez pewien czas wrócił nawet do grania na trąbce. Kilka miesięcy później znudzony jednak obrotem rzeczy wylądował w Balboa, w miejscowym klubie folkowym razem ze swoim przyjacielem Rayem, gdzie poznał młodego, bluesowego pianistę. Trio dostało zielone światło na granie w weekendy i rozpalało publikę z dużym sukcesem, a Dick Dale dostał nawet nową gitarę... od samego Leo Fendera, który rok wcześniej stworzył pierwszy model Stratacastera. Do grupy dokoptowano wkrótce perkusistę, ale Dale stracił kontrakt z klubem, kiedy poprosił o zwiększenie budżetu do $15 na noc.

[Czytaj dalej w Magazynie MAGIVANGA]


Monday, 29 August 2011

Trzeci sezon "Breaking Bad"


Ostatnich kilka lat w USA to prawdziwa eksplozja wspaniałych dramatów telewizyjnych, dla których rynek nagle otworzył się po sukcesie "The Sopranos" w HBO. Kto się spodziewał, że taki przełom w ogóle nastąpi? Od czasu zakończenia serii świat ujrzało kilka prawdziwych pereł, ale na pierwszy plan wybija się zdecydowanie jedna z nich - "Breaking Bad". Mój osobisty numer 1 ma w sobie coś, czego nie mają inne: wiarygodność charakterów, nie wyeksploatowaną scenerię społeczną i doskonały pomysł na rozwój akcji, osnutej oczywiście wokół dragów – tematu dotykającego wszystko i wszystkich.

Podczas gdy inne dramaty telewizyjne za cel sam w sobie obierają ponowne przeciąganie struny przez życie wyższej klasy średniej czy też po prostu obierają za tło wyidealizowany obraz bogatej części amerykańskiego społeczeństwa, "Breaking Bad" głęboko odcina się od tej tendencji pokazując los tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, a wszystko dzieje się w sercu Nowego Meksyku (raczej mało szykownego stanu na południu USA), gdy kryzys ekonomiczny właśnie dotkliwie zaczyna dotykać Amerykanów. Fascynujące w "Breaking Bad" jest to, że gdy inne seriale odsłaniają zaledwie drobne neurozy plastikowych herosów, twórcy "Breaking Bad" zagłębiają się w przerażające psychozy, trapiące ich ułomne charaktery z krwi i kości. Gdy inne seriale pokazują rutynę życia, przerywaną matematycznie obliczonymi incydentami, w „Breaking Bad” entropia pożera nadzieję na poprawę i ciemność prawowicie zagarnia dusze.

Jeśli obejrzeliście wcześniej dwa sezony "Breaking Bad", na pewno chcecie obejrzeć lub już obejrzeliście sezon trzeci, który jest kontynuacją serii w wielkim stylu. Spółka Walta White'a – nauczyciela chemii, niedoszłego noblisty, walczącego z rakiem płuc i Jessee'go – drobnego kryminalisty, przygłupa, odpadka społecznego, który walczy z metamfetaminowym nałogiem, pomimo trudności jest kontynuowana. Oczywiście "Breaking Bad" to złe decyzje następujące po złych decyzjach i złe nawyki, które nigdy nie dają za wygraną i wszystkie słabości, które w końcu zostają ukarane. Twórcy ponownie zapewniają nam fascynującą rozrywkę w 13 odcinkach, zrealizowanych tak sprawnie, iż nie jestem nawet pewien czy ten sezon nie jest lepszy od poprzedniego? Drugi sezon był doskonały, ale trzeci jest jak sztorm.


Jessee wychodzi w końcu z ośrodka dla uzależnionych, dokąd trafił w ostatnim odcinku drugiego sezonu po przedawkowaniu heroiny przez swoją dziewczynę, ale to dopiero początek dalekiej drogi do poprawy... która oczywiście nigdy nie następuje. Walt wyprowadza się z domu i przyjmuje nową propozycję biznesową, ale niedaleka przeszłość wkrótce plącze jego genialne w swojej prostocie plany i nic nie toczy się tak, jak powinno. Pomimo szczerej niechęci obu "przestępców" do siebie i nieprzewidywalnych charakterów, drogi Walta i Jessee'go muszą skrzyżować się ponownie w cieniu wydarzeń, wymuszających bardzo trudne decyzje. Nie ma jednak wyjść idealnych i kompromis staje się jedyną drogą osiągania sukcesu... zawsze przynoszącego w zasadzie więcej problemów niż prawdziwego szczęścia. Obydwoje prowadzą trudną grę kłamstw, uników i bezwzględności pod presją niszczącej duszę nicości z bezwzględną maszyną karteli nartotykowych w tle, stającą się w końcu trudnym do udźwignięcia ciężarem... pół środki przestają być jednak w pewnym punkcie rozwiązaniem, a stawka zaczyna toczyć się o coś więcej niż tylko pieniądze.

Sezon trzeci mogę polecić z czystym sercem każdemu fanowi "Breaking Bad", a całą serię uważam za obowiązkową dla fanów dobrego dramatu telewizyjnego, szczególnie dla tych którym tematyka dragów nie jest obca i którym znudziła się już wyksploatowana do cna przez przemysł rozrywkowy modna, nowojorska lub kalifornijska sceneria. Jeśli szukacie serii, która czyni rozrywkę z rozpadu charakterów i która bez pardonu rozprawia się z mitami społecznymi, to „Breaking Bad” jest waszym serialem.

Tuesday, 23 August 2011

Dennis Hopper i jego romans z biker movie



Jak pisałem wcześniej na tym blogu, około roku 1966 wytwórnia American International Pictures postanowiła uderzyć w kolejną działkę kinowej eksploatacji i tym razem wybrała kluby motocyklowe. Pierwszym wielkim sukcesem kasowym okazał się film "The Wild Angels" z Peterem Fondą, który pomimo koszmarnej fabuły, plastikowych charakterów i absurdalnego aktorstwa dotarł do młodzieżowego targetu i utorował drogę następnym obrazom, z których "The Glory Stompers" (1968) wydaje się jednym z najlepszych.

Jak pisze w Storming Heaven (fantastycznej książce na temat LSD) Jay Stevens: Jeśli Hollywood grał dużą rolę w popularyzacji rocka, był także na tyle zmyślny, by zdać sobie sprawę, że młodzieńczy bunt może być bardzo lukratywny w kinie. Począwszy od 1953 studia filmowe wyprodukowały tuziny wariacji na temat dewiantów społecznych, którym nie pasowało dostosowywanie się do kanonów życia. Wśród nich wybijają się takie klasyki, jak The Wild One z Marlonem Brando i Buntownik Bez Powodu z Jamesem Deanem. W obydwóch filmach główni bohaterowie dostrojeni byli raczej do wewnętrznych imperatywów niż do społecznie akceptowanych kodów zachowania (…)

Wielką zasługą AIP (jeśli można tak to ująć) było maksymalne wyeksploatowanie tego wzorca i zrozumienie siły pokazywania społecznych dewiantów, autsajderów i buntowników na ekranie. Dzięki masowej produkcji, która wymagała szybkiej pracy, swój talent mieli podczas kręcenia wielu "biker movies" odsłonić Laszlo Covacs, Jack Nicholson i Dennis Hopper , którzy po zagraniu w kilku filmach Cormana i innych reżyserów, związanych z AIP, dali początek amerykańskiemu kinu niezależnemu swoim wielkim debiutem Easy Rider – nazywanego nawet początkiem renesansu kina autorskiego. Ten wielki klasyk poza fantastycznym pomysłem wykorzystywał wszystkie środki artystyczne, eksploatowane przez Rogera Cormana i spółkę, łącznie z kręceniem scen w plenerze.



"The Glory Stompers" był jednym z dwóch filmów motocyklowych, które bezpośrednio poprzedziły wysiłek reżyserski duetu Fonda i Hopper w nakręceniu Easy Ridera. Hopper gra w nim Chino, brutalnego lidera małego klubu motycklowego Black Souls, który porywa seksowną blondynkę - dziewczynę Cowboya, członka klubu Glory Stompers, po wcześniejszym skasowaniu klienta i ukryciu go w krzakach nad jeziorem. Pomimo że wyglądający na martwego, Cowboy jednak wkrótce budzi się ze "snu" i zaczyna pościg za swoją laską. Black Souls próbują po kolei dobrać się do cipki ślicznej kobiety, ale ta nie odwzajemnia ich zalotów i decyzją Chino, który rości sobie do niej prawa jako pierwszy, zostaje związana. Jego próby dobrania się do pięknej blondynki zostają także przyjęte z niechęcią przez jego własną dziewczynę, demoniczną brunetkę-nożowniczkę, która jednak poproszona zostaje o zamknięcie mordy.

Gdy blondynka po dwóch dniach dalej nie daje się spacyfikować i oddać Chino, ten postanawia sprzedać ją Meksykanom za dwa tysiące dolarów, którzy mają uzależnić ją od heroiny i zmusić do prostytucji. Tymczasem ścigający Black Souls na swoim chopperze nieszczęśliwy Cowboy spotyka dawnego członka swojego klubu, który naprowadza go na ich ślad i nawet do niego dołącza. W międzyczasiem rozkręca się niedaleko w lesie nad jeziorem prawdziwy, spontaniczny love-in, w którym uczestniczą członkowie wszystkich możliwych klubów, hipisi, artyści i piękne kobiety (bardzo typowy element scenariusza AIP), a małą scenkę koncertową odgrywają także Davie Allan & The Arrows – oficjalni kompozytorzy i wykonawcy ścieżki dźwiękowej do filmu. Chino postanawia zaimprezować z kolegami i zostawia laskę tylko ze zwoim bratem. Impreza kręcie się wyśmienicie, gdyż wszyscy padają na mordy od piwa, kwasu i jointów, ale Black Souls w końcu wywołują dym, co kończy ten fantastyczny kwadrans.



W finale jedn z członków Black Souls – Magoo, ucieka z blondyną, do której już dwukrotnie chciał się dobrać, a ścigający go brat Chino zostaje przez niego żywcem rozjechany Harleyem. Zanim udaje mu się uciec dopada go jednak sam Chino i zabija z histerycznym okrzykiem ze swojego colta. Nadjeżdżają Glory Stompers i dochodzi do ostatecznej walki o blondynę, podczas której Chino ginie od feralnego noża, rzuconego przez jego własną dziewczynę. The End. "The Glory Stompers" pozostaje klasycznym gniotem klasy B, który jednak warto obejrzeć ze względu na kreację Hoppera i zabawne teksty w stylu: "What did I tell you, man?"


Friday, 12 August 2011

Wspaniały sen Cheecha & Chonga


Cheech & Chong byli oficjalnymi bohaterami lat '70 w USA. Pomimo tego, że zaczynali jako grupa rockowa i nagrali nawet kilka płyt, nie udało im się osiągnąć większych sukcesów na polu muzycznym i dopiero gdy nakręcili swój pierwszy film "Up In Smoke", ich popularność sięgnęła szczytu. Tematyka, którą obrali była bardzo prosta, dwóch typów po krókim zapoznaniu na autostradzie zaczyna kręcić się po Los Angeles kręcąc jointy i od czasu do czasu próbując kupić trochę zielska, gdyż to niestety ma tendencję do szybkiego kończenia się. W niezwykły sposób unikają większych problemów z systemem prawnym wystawiając za to organy ścigania na pośmiewisko... wszystko zupełnie przypadkiem, gdyż przez większość czasu są ujarani jak stodoła.

"Up In Smoke" dzięki swojej bardzo przyziemnej lecz ludzkiej treści stał się szybko najpopularniejszym filmem 1978 r. w Stanach Zjednoczonych, a Cheech & Chong zachęceni sukcesem nakręcili kilka następnych zawieszając swoją karierę filmową dopiero pod koniec lat '80, gdy reaganowska kontrrewolucja moralna sprawiła, że stonerowa tematyka nagle przestała być zabawna, a sam duet pokłócił się z nieznanego powodu. Do najważniejszych filmów Cheecha & Chonga należą oprócz "Up In Smoke", dwa kolejne dzieła: "Next Movie" oraz "Nice Dreams", każde zawierające kolejną porcję gagów i humoru sytuacyjnego, które mogą przyprawić każdego miłośnika magicznej roślinki o spory ból brzucha.

W mojej osobistej klasyfikacji numerem 1 jest "Nice Dreams", drugie miejsce zajmuje "Up In Smoke", a trzecie "Next Movie". Oczywiście jest to podejście bardzo subiektywne, ale tylko na "Nice Dreams" śmiałem się tak, że nie mogłem przestać, a moja przepona przechodziła atak niekontrolowanych skurczy. "Nice Dreams" to ukoronowanie wielkiego talentu komediowego Cheecha & Chonga, w którym brawurowy scenariusz graniczy z geniuszem bliskim dokonaniom braci Marx, a aktorstwo wzbija się na wyżyny. Generalnie, Cheech & Chong otwierają swój pierwszy, poważny biznes, związany ze sprzedażą marihuany pod przykrywką lodów ziołowych. Jeżdżą dookoła miasta "lodową furgonetką" próbując ustrzelić trochę gotówki, nie wiedzą jednak że na ogonie siedzi im już nieustraszony sierżant Stedenko (znany z części pierwszej), którego podwładni robią dil z naszymi bohaterami podając się za biznesmenów, amatorów trawy.



Gdy marihuana trafia do sierżanta Stedenko, który spokojnie ogląda sobie w biurze pornolka, ten nie potrafi się oprzeć pokusie spróbowania świeżych topów i zapala sobie w zaciszu swojego biura... wychodzi w końcu z założenia, że trawiarza da się złapać jedynie przistaczając się w niego samemu. Ta taktyka bardzo mocno wpływa na bieg wypadków, gdyż poddana analizie laboratoryjnej trawa, którą handlują Cheech & Chong, sprawia że ludzie zamieniają się w jaszczurki za sprawą eksperymentów hodowlanych, przeprowadzanych na roślinach przez geniusza growingu - Szalonego Jima. Zapotrzebowanie na szczyty jednak rośnie i wkrótce Cheech & Chong wynoszą z plantacji co tylko mogą marząc już o kupieni swojej własnej, tropikalnej wyspy, na której zostaną królami słońca i będą codziennie czczeni przez tubylców tysiącem jointów.

Plan jednak wymyka się spod kontroli, kiedy siedząca im na ogonie policja popycha ich do szybkiego ultonienia się z plantacji i szukania chwili relaksu w pobliskiej, chińskiej restauracji. Tam natykają się jednak na tajemniczą menadżerkę talentów, która rozpoznaje w Chongu wielką gwiazdę rocka psychedellicznego i podkrada naszym biznesmenom jedzenie z tależy. Cheech natyka się też na Donnę, która kończy właśnie swoją imprezową noc z szalonym kokainistą, który proponuje wszystkim szybką sesję prochową pod restauracyjnym stołem. Nakoksowani bohaterzy oddalają się od swojego celu, gdy Cheech postanawia zerżnąć szybko Donnę, a Chong oddaje wszystkie pieniądze szaleńcowi za czek wystawiony przez Bank Kretyńskich Bzdur. Tymczasem Donna proponuje potrójną, wspólną noc, która zostaje jednak przerwana przez epizod z brutalnym motocyklistą.

Chłopcy kończą noc w szpitalu dla wariatów, gdzie próbują odzyskać swoje pieniądze, ale zostają tylko wsadzeni do izolatki, skąd „uwalniają się” dzięki tripowi na kwasie (dostarczonym przez Timothy Leary'ego we własnej osobie). LSD wpędza jednak Cheecha w bad trip, w którym staje się skrajnie nieufny, a dalszy bieg wypadków znowu ogarnia totalny chaos...



Ta prawdopodobnie najważniejsza komedia lat '80 i jeden z największych filmów ostatnich 30 lat, posiada niezwykły ładunek humoru, przeznaczonego głównie dla ludzi samych posiadających go w dużej ilości. Zdumiewa też niezwykłym komentarzem społecznym, który skierowany jest w stronę policji, życia społecznego i samych stonerów oczywiście, których figury Cheecha & Chonga są abdurdalną parodią. W końcu, film ten, jak żaden inny, pozwala na interesującą podróż przez najnowszą historię kultury dragowej w Kalifornii, której jest idealnym zwierciadłem, pozwalając śledzić rozwój wielkiego przemysłu konopnego, który miał tam eksplodować w latach '90 pozwalając na pierwszy zapis prawny, umożliwiający przyjmowanie produktów z konopi dla celów zdrowotnych. Nic dziwnego, że Cheech & Chong odżyli, gdy w Kalifornii przyszedł czas głosowania nad powszechną legalizacją konopi, której całe życie byli gorącym zwolennikami. W ciągu ostatnich kilku lat Cheech & Chong ponownie pojawili się także z nowymi filmami, które być może nie są tak dobre, jak "Nice Dreams", ale należą do bardzo dobrych pozycji.