Sunday, 16 September 2007

William S. Burroughs w Lawrence



Bardzo ciekawy film, przedstawiający legendę kontrkultury i sztuki literackiej XX wieku - Williama S. Burroughsa w otoczeniu przyjaciół, wśród których są: Patti Smith, Steve Buscemi i Allen Ginsberg. Materiał został nakręcony przez Wayne'a Propsta, długoletniego dokumentalistę życia bitników.



Friday, 14 September 2007

Amayo na Hybrid Lounge



W końcu natknąłem się wyglądający tak, jakby był sprofilowany specjalnie dla mnie, zajebisty vodcast, Hybrid Lounge. Jak można sobie przeczytać w manifeście:

Hybrid lounge dvd-magazine is part of a non-profit organisation fighting for tolerance and cross cultural understanding. " Hybrid Lounge Productions, vzw" is a production-house that aims to break down racial barriers and to replace fear of foreign cultures with a celebration of intercultural differences. In this post 9-11 era, it..s imperative that we make an effort to gain a better understanding to non-Western lifestyles and world-views and to start a dialogue between international communities that has the power to prevent future conflicts.


U siebie wklejam godny obejrzenia odcinek, w którym Amayo - wokalista moich ulubionych rebeliantów z Antibalas Afrobeat Orchestra, tłumaczy pochodzenie i funkcję, używanego przez Jurubów, bębna Gbedu.




Wednesday, 12 September 2007

Nowy, fantastyczny blog!



Polecamy naszym czytelnikom, użytkownikom, widzom i słuchaczom nowy blog, który wczoraj niespodziewanie znalazł się w sieci. Nosi on słodką nazwę Ty kurwo! i jest mocno freestyle'owy w tym sensie, że równa w dół, a nie w górę :D

Tuesday, 11 September 2007

Szatan ma się dobrze i kocha funk!



Nie tak dawno przyjaciele zarzucili mi, że funk i afobeat to muzyka, w której brakuje szatana i z tego powodu nie można jej traktować zupełnie poważnie...

Muszę się przyznać szczerze, że zaprotestowałem przeciwko takiemu postrzeganiu sprawy odpierając ataki, jak Asterix na dopingu. Nikt jednak nie chciał wziąć sobie moich kontrargumentów do serca. Pragnienie udowodnienia, że jest inaczej nie dawała mi długo zasnąć, tak więc w końcu wziąłem się za wyczerpujący, dziennikarski risercz, dzięki któremu miałem nadzieję odeprzeć ten ostatni argument, który skazywał moją ulubioną muzę na społeczny niebyt w towarzystwie bądź co bądź, składającym się głównie z fanatycznych szatanowców.

Dlaczego bowiem muzyka wywodząca się z Afryki nie może być uznawana za równie mroczną, jak tradycyjnie uznawane za szatanowskie gatunki tj. black metal czy dark ambient? W końcu nie od dziś wiadomo, że pomysłodawcą dobrego melanżu był szatan, a funk i afrobeat wyzwalają w człowieku znacznie więcej seksu niż największe hity zespołu Immortal. Czy szatan miałby być tak ograniczony, żeby kochać tylko nisko nastrojone gitary i piekielne riffy oraz diabelskie tempo z metrum na 2/4?



Jako, że napisałem kiedyś artykuł do nieistniejącego już pisma ZINE pt. Voodoo za gitarą, który traktował o szatańskiej genezie bluesa i rock'n'rolla, chciałbym się pokusić o jeszcze jedną syntezę, która z powrotem zaprowadziłaby czarną muzykę na szatanowskie podium. Trzymajcie za mnie kciuki, nie jest bowiem lekko, gdy to piszę zmusili mnie, żebym załatwił im wejściówki na koncert Behemotha.

Niewielu ludzi wie, że szatan tkwi tak naprawdę w muzyce funk i soul od bardzo dawna. Jednym z dowodów na to jest stworzenie listy szatanowskich kawałków przez holenderską stronę Fingerpoppin Soul, która nosi nazwę Fingerpoppin Soul #666: The Mark of the Beast. Bezpośrednią inspiracją stał się tytuł legendarnej Płyty Williego Hutcha, "The Mark Of The Beast", wydanej w 1974 przez label Motown. Nazywana w swoim czasie apokaliptycznym r'n'b, nieco dziś zapomniana, jest przykładem szatanowskich inspiracji najczystszego rzędu. Na okładce widzimy, jak Bestia o siedmiu głowach nadchodzi, by ogłosić początek Czasów Ostatecznych z mityczną liczbą 666, wkomponowaną po lewej stronie. Po prawej widzimy z kolei głowę Williego Hutcha, który swoim mrocznym wzrokiem zdaje się przewidywać nieuchronną zagładę ludzkości. Nic jednak dziwnego, że efekt jest tak piorunujący, gdyż autorem tej grafiki jest sam Bob Gleason – autor osiągających szaleńcze ceny plakatów do takich kultowych horrorów, jak "Halloween", "Halloween II" i "Halloween III".



Od strony muzycznej płyta Williego Hutcha jest doskonałym przykładem rozwijania soulowych koncepcji lat '60 w stronę elektrycznego funku a la Curtis Mayfield czy dokonań zespołu Rufus nie wspominając o legendarnym kokainiście, Ricku Jamesie. Mamy tu doskonały, imprezowy hit "Get Ready For The Get Down" z soczystą linią basu, a także tytułowy "The Mark Of The Beast", w którym wokale unisono zapowiadają nadciągającą apokalipsę przeplatając się z żarliwym, ale zupełnie nierealnym wyznaniem przez Williego wiary w Jezusa (taka ściema). Fantastycznie podbija klimat płyty także znakomity kawałek "Life's No Fun In The Ghetto", w którym poruszony zostaje ciężki los czarnego w wielkim molochu. Charakterystyczny funkowy puls z rytmicznym off-beatem sprawia, że kawałek jest majstersztykiem.

Sprawa wikłania szatana do funku (lub też cichego ukrywania się jego osoby za plecami muzyków) pewnie ucichłaby szybko po tej płycie, jednak jeszcze w tym samym roku The King Of Soul czyli James Brown wypuścił znakomitą płytę „Hell”, która jeszcze silniej związała tą muzykę z szatańskimi wibracjami. Jak się okazało też niedawno, znany hiphopowy duet Three Six Mafia (nie ma tu żadnego zbiegu okoliczności) wysamplował inny utwór Williego Hutcha, "Tell Me Why Has Our Love Turned Cold" wykorzystując go do stworzenia utworu "Stay Fly". W nim ujawniły się zaś znowu szatanowskie treści, jak dowiedzieliśmy się z wielu kompetentnych serwisów muzycznych. Pamiętajcie więc, że nie można we wszystko wierzyć znajomym i należy walczyć o prawa władcy ciemności do swojej ulubionej muzyki!


Three Six Mafia - Stay Fly



Monday, 3 September 2007

Odkrywamy to, co zapomniane przez historię



Powiem szczerze, po trzech dniach ciężkiej imprezy, człowiek zmasakrowany przez używki, taniec i śmiech nawet nie zastanawia się nad tym, co się dzieje, bo mózg zaczyna mu odmawiać posłuszeństwa. Stan ten można porównać do ciszy po burzy, którą charakteryzuje pewien przeskok wrażliwości :)

Wszystkich zawodowych pijaków zapraszam więc teraz na alternatywny chill out i obejrzenie zapomnianego nieco w Polsce, krótkiego dokumentu Marka Piwowskiego pt. "Korkociąg". Moooooocna rzecz!






Friday, 31 August 2007

Zaklęty krąg porno



Jakieś trzy tygodnie po premierze na siódmym festiwalu ERA Nowe Horyzonty, obejrzałem sobie w końcu osławiony film "Destricted" na moim skromnym laptopie.

Muszę przyznać, że do obejrzenia tego filmu po prostu się zmusiłem (zachęcony przez przyjaciół), gdyż ostatnio rzadko oglądam cokolwiek coraz bardziej czując, że kino jako medium skończyło się bezpowrotnie i nie ma już kompletnie nic do powiedzenia. Oczywiście można się ze mną nie zgodzić, ale obejrzałem już chyba w swoim życiu wszystko, co ludzka wyobraźnia była w stanie wyprodukować...

Przejdźmy jednak do meritum, do siedmiu obrazów, znanych reżyserów, które tworzą etiudę filmową "Destricted". Niczym odkrywczym nie jest stwierdzenie, że ten film to próba powiedzenia czegoś o pornografii poprzez bezpośrednie odwołanie się do pornografii, a jednocześnie próba wyjścia poza nią (przeczytać to można w każdej recenzji). Można do tego jeszcze dodać, że próba to ze wszech miar nieudana... niestety.

Dlaczego tak sądzę? Z dwóch powodów, oglądając to dzieło widziałem albo artystyczny bełkot, który w 90% pozostawał wtórny wobec dokonań awangardy filmu eksperymentalnego (Kenneth Anger, Nick Zedd, Shuji Terayama), albo po prostu zwykłe porno, którego od wieku dojrzewania przerobiłem już gigabajty i mógłbym pewnie uchodzić za eksperta :)

Nie mogę się tu niestety zgodzić z pewnym anonimowym dziennikarzem z Onetu, który pisze, że: Chociaż film zbliża się do pornografii, to jednak tej granicy nie przekracza, pozostając na obszarze dyskursu z nią, analizy jej, niejednokrotnie destruktywnego wpływu na człowieka, szczególnie młodego. Katolicka bzdura, "Destricted" można zarzucić wiele i mocno wokoł jego interpreacji polawirować, ale nie można nie zauważyć rzeczy oczywistej. Etiuda, jeśli nie stara się być artystycznie pretensjonalna, operuje środkami charakterystycznymi dla hard porno tj. dzieje się to w "Impaled" Larry'ego Clarka czy w "We Fuck Alone" Gaspara Noé, w którym występuje zresztą sama Katsumi.

Dla mnie były to zresztą dwa najlepsze obrazy. "Impaled" Larry'ego Clarka podobał mi się za naturalizm, a "We Fuck Alone" Gaspara Noé za ciekawy pomysł realizacji. Niestety żaden z nich nie potrafił się wyrwać z zaklętego kręgu porno udowadniając jedynie, że o porno da się najwięcej powiedzieć zbliżając się maksymalnie do doświadczeń jego twórców i odbiorców! Jest to jednak wciąż wypowiedź lakoniczna i mało interesująca, a na jakiekolwiek odkrycie liczyłem przed obejrzeniem tego dzieła.

Znacznie więcej można się dowiedzieć z wywiadu z Annie Sprinkle, chyba najsłynniejszej artystki porno na świecie, której jedno zdanie mówi wszystko: Ludzie, którzy uwalniają swoją seksualność, wiedzą najlepiej, czego chcą w życiu. Tylko dlaczego nikt w "Destricted" nie potrafił zwrócić się w tą stronę, nie był w stanie połączyć pornograficznej świadomości człowieka ery multimediów z jego pasją życia i wątkiem seksualnej transgresji, a zamiast tego mamy jakieś bajdurzenie o alienacji? Pytanie, kto obecnie nie jest wyalienowany? To okropny truizm bez cienia kreatywnej myśli.

Nikt z reżyserów nie był niestety w stanie wyłączyć w sobie "robota krytyki" i zastanowić się dlaczego pornografia jest wszechobecna? Jest tak zaś z kilku powodów:

1. Daje człowiekowi przyjemność podniecenia (samemu, w dwójkę lub w kilka osób)
2. Kanalizuje jesnostkową i społeczną agresję
3. Spełnia rolę edukacyjną
4. Daje wielu ludziom pieniądze (czyli rozkręca rynek)
5. Zawsze można w niej wymyślić coś nowego

Nie dajmy się ogłupić, lepiej oglądać dobre porno niż pseudo artystyczne próby jego interpretacji. Może porno nie jest szczere, może nie jest piękne, może nie jest prawdziwe. Pytanie tylko, kto tak kiedykolwiek twierdził? Jak powiedział kiedyś mój przyjaciel, znany w pewnych kręgach jako fanatyk perwersyjnego porno i Cesarz Anala: Porno to sztuka cyrkowa. Amen!


Fragment filmu Larry'ego Clarka



: , , , , , ,

Wednesday, 29 August 2007

Afrobeat - droga plemiennych rytmów!



Kiedy dobre kilka lat temu w Holandii usłyszałem po raz pierwszy muzykę wielkiego Feli Kutiego, zafascynowałem się z miejsca afrobeatem i jego specyficzną, post plemienną wibracją, która łącząc plemienne rytmy i wyobrażenia z najlepszymi osiągnięciami funku i jazzu, dała światu coś niezwykłego - prawdziwą muzyczną rewolucję.

Wtedy jeszcze nie sądziłem, że zaprowadzi mnie to do ściągania coraz większej ilości afrobeatu, jak też pokrewnego afro-funku z sieci, a potem kupowania płyt CD, co skończyło się uzależnieniem ostatecznym... kupowaniem dużej ilości płyt winylowych, które z desperacji ściągam od kilku miesięcy nawet ze Stanów Zjednoczonych, z tego fascynującego sklepu.

W końcu zacząłem próbować sił jako DJ na organizowanych ze znajomymi imprezkach w wejherowskim klubie Fantomas, gdzie właśnie przygotowujemy kolejne taneczne szaleństwo - alternatywę dla zdychającego klabingu. Przy okazji padło do mnie ze strony znajomych pytanie: "A jak się tańczy afrobeat?" Nic zaskakującego, zważywszy na to, że w Polsce muzyka ta właściwie nie istnieje! Nie podpowiem wam, jak się rusza do tego tyłkiem (poszperajcie sami :D), ale za to oddam do dyspozycji waszych zmysłów jeden z niewielu teledysków afrobeatowych, nakręconych dla wielce zdolnego Wale Oyejide.




Wednesday, 15 August 2007

pOdŁĄCZcIE SIę Do HakIMa bEyA na LaST.fm...



Dzisiaj rano, jak zwykle odpaliłem swojego laptopa i zalogowałem się na najlepszy system operacyjny świata czyli Ubuntu 7.04 (wysypał mi się ostatnio lub odmówił posłuszeństwa chyba kilka razy w ciągu tygodnia przy różnych okazjach, bo taki los newbie Linuxa :D). Pierwsza decyzja - posurfować po sieci! Zwykle sprawdzam jakieś serwisy społecznościowe, włączam muzę i zastanawiam się o czym tu napisać :) Wprawdzie ostatnio grubo cisnę wizualkę dla bratrata z Anal Sex Terror - wejherowskiego selektora rootsowego, na Festiwal w Osródzie, ale i tak nad pisaniem spędziłem 2/3 życia, więc mój mozg działa od rana na jedno wbicie :)

Tym razem będzie o Last.fm Dlaczego? Bo to zajebista platforma, której siły jeszcze wielu nie doceniło. Całkowicie zrewolucjonizowała "słuchanie radia" i wniosła wiele życia w Internet, co przełożyło się na wzmożone kontakty międzyludzkie i gorące odkrycia muzyczne... przynajmniej w moim wypadku :)


***



Zaangażowani, internetowi aktywiści od samego początku widzieli w boomie na Web 2.0 kolejną korporacyjną strategię na jeszcze szybsze i skuteczniejsze wyciśnięcie z sieciowych społeczności, jeszcze większej ilości hajcu. Siła, jaką mogły mieć marketing i branding dla "blue chips" po przeniesieniu do wieży Babel mediów - Internetu, została przez nich bardzo szybko dostrzeżona jakieś 5-6 lat temu i na naszych oczach kwitnąć zaczął wzmożony proces konwergencji platform. Dziś serwisy społecznościowe mogą mieć miesiąc i jeszcze nie wyjść z fazy beta testów, a już ktoś zechce przejąć je za pokaźną sumkę.

Last.fm nie jest tu wyjątkiem. 30 maja amerykański koncern medialny CBS kupił robiącą furorę wśród użytkowników na całym świecie, brytyjską platformę za 280 mln USD i bardzo szybko zaczął wprowadzać nowe usługi, mające docelowo przyciągnąć do serwisu maksymalny ruch tj. zagnieżdżone wideo a la YouTube. Oprócz reklam, będących standardowym modelem zarabiania w Internecie, Last.fm zarabia dodatkowo jako pośrednik transakcji, które wykonują użytkownicy kupujący płyty w Amazon.com wykonując swoje kliknięcie na stronach lub w scrobblerze Last.fm. Oprócz tego serwis pobiera opłaty za dostęp do niektórych usług tj. "radio osobiste".

Abstrahując jednak od handlu i przenosząc się na poziom społeczny tego fascynującego serwisu, nie można nie zauważyć, że łącząc medium radia, odtwarzacza muzycznego i sieci, Last.fm wytwarza ciekawe pole memetyczne tworząc jednocześnie krąg oddziaływania społecznego, który ma swój nihilistyczny smaczek, ale również niezaprzeczalny, romantyczny feedback. Oto zdruzgotane zostały kolejny raz przez nowe matryce medialne, media hierarchiczne - jednokierunkowe, a wygrało zaangażowanie jednostek, wolny wybór i społeczne tagowanie.

Last.fm pozwala w moim przypadku właściwie na słuchanie wszystkiego w ramach platformy społecznościowej. Mój ulubiony odtwarzacz, stworzony z myślą O KDE, Amarok potrafi przyswajać wszystkie darmowe strumienie Last.fm, jak też scrobblować kawałki, które nie zostały dołączone do platformy, a pochodzące z mojego dysku :) Dzięki temu nie czuję się uzależniony od żadnej ze "stacji radiowych", jeśli nie ma czegoś na Last.fm, odpalam to z dysku, a muzyka dalej działa w ramach platformy społecznościowej, co właśnie różni ją od zwykłego radia, które będąc medium hierarchicznym nie jest sprzężone z jego użytkownikiem.

Dlaczego chciałem o tym napisać? Ponieważ dzisiaj odkryłem, że Last.fm "zatagowało" już tak mocno Hakima Beya, że powstała nawet stacja, na której leci muza, związana przez użytkowników z jego osobą (co sprawdzić łatwo, wystarczy wpisać pożądany tag). Na początek wyskoczyła mi Diamanda Galas. Kto by pomyślał, że ma coś wspólnego z Hakimem Beyem? :) Przeszukałem sieć, nic oczywistego znaleźć się nie dało, co utwierdziło mnie jeszcze w przekonaniu, że społeczne tagowanie jest niezwykłym fenomenem, którego znaczenie jest bardziej duchowe niż by się to z początku wydawało.

Wyobraźmy sobie, że oto wiele niezwiązanych ze sobą bezpośrednio jednostek dokonuje niehierarchicznego połączenia dzięki internetowemu medium po czym tworzy za jego pomocą siatkę znaczeń, która następnie oddziaływuje na jego użytkowników. Przypadkowa grupa w żadnym wypadku nie musi tworzyć dla tej sieci dodatkowych narzędzi, umożliwiających utrzymywanie homeostazy (system jest samoregulujący się). Jest to jednocześnie, szybkie, skuteczne i przemawiające do wyobraźni rozwiązanie.

To także klasyczny przykład grupowego feedbacku, postrytualnego zachowania, które pozwala na komunikację dzięki sprzężeniu ze sobą muzyki, internetu i tagowania. Tak, jak wśród wspólnot plemiennych sprzęga się ze sobą zmysły dzięki rytmom bębna, piszczałki lub grzechotki i środkom psychedelicznym, w świecie podłączonym robi się to za pomocą Internetu - cybernetycznej pigułce nowej, grupowej tożsamości.

Ciekawą rolę mają tutaj ekstensje zmysłów, oferujące wykorzystywanie w działaniu genetycznych wzorów. Jeśli muzyka to głównie domena słuchu (przynajmniej w codziennym stanie świadomości), to tagowanie jest domeną wzroku (wszyscy codziennie widzimy otagowane mury). Jednak znaczenie wykluwa się w ludzkim mózgu dzięki impulsom pochodzącym w obydwóch sfer doświadczenia dając płynny tunel rzeczywistości, stwarzający alternatywny wobec piramidowego kierunek rozumienia świata dzięki zmysłom połączonym w jedną całość. To właśnie miał na myśli McLuhan pisząc o globalnej wiosce, łączącej ze sobą wszystkich za pośrednictwem elektrycznych mediów, a Timothy Leary pisząc o globalnej świadomości psychedelicznej, która wykształciła się dzięki masowemu użyciu LSD.

Dla mnie jest to doskonały przykład dalszego spełniania się kontrkulturowych utopii, które jak mityczne Wyspy Szczęśliwe u Hakima Beya, są odwzorowaniem matrycy pierwotnej Macierzy Kosmosu, w której komunikacja jeszcze nie została wynaleziona, a świadomośc pogrążona była w słodkim stanie nieistnienia. Boom 2.0 może się szybko skończyć, ale nowe siatki memetyczne będą egzystowały jako żywe pola znaczeń dzięki jednostkom chcącym się ze sobą komunikować na nowym poziomie.