... where cult & sleaze meet... digging classic genre flicks, exploitation revival, auteur cinema & rare documentaries... you like it, we like it!
Saturday, 24 November 2007
Konrad plays it cool!
Jak mi powiedział jeszcze przed wyjazdem pewien Anglik, jeśli spędzisz w Londynie 10 lat, to nigdy już z niego nie wyjedziesz. Sam spędził w nim 9,5 roku (wychował się na Brixton) i jak twierdził, uciekł w ostatniej chwili, by zamieszkać w Polsce. Koleś spędził w międzyczasie pół roku w jamajskim więzieniu za próbę przemytu kilku kilogramów marihuany do Wielkiej Brytanii, gdzie nabrał też ciężkich uprzedzeń rasowych... nie chciałem pytać czy ładowali go codziennie w dupala?
Mylą się ci którzy myślą, że bycie częścią wielokulturowego społeczeństwa prowadzić musi nieuchronnie do wzrastającej tolerancji na odmienność kulturową, religijną i charakterologiczną. Większość Polaków, których znam, otwarcie deklaruje swój rasim bądź uprzedzenia, które rodzą się najczęściej w bezpośrednim kontakcie z innością. W Londynie gruntem tym jest oczywiście praca, ponieważ rynek pracy jest tu JEDYNYM wspólnym mianownikiem, łączącym wszystkie grupy etniczne. Nikogo nie dziwi tu, że w restauracji, biurze czy firmie, która zatrudnia przykładowo 50 osób, pracują przedstawiciele 15 grup etnicznych, porozumiewający się 30 językami.
Nie zdziwiło mnie i pewnie nigdy już nie zdziwi, że w Londynie kwestia rasizmu jest na porządku dziennym, choć skrzętnie zamiata się ją pod dywan. W oficjalnym dyskursie mamy wprawdzie do czynienia z polityką "równych możliwości", ale w każdym formularzu, dołączanym do podania o pracę mamy pytanie o "pochodzenie rasowe", które jest żywcem wyciągnięte z klasycznych tablic antropologiczno-systematycznych Karola Linneusza, powstałych pod koniec XVIII wieku, a rozwiniętych przez XIX wiecznych ewolucjonistów, bez których nie byłoby m.in. eugeniki, tak kochanej przez nazistów podczas krucjaty, mającej ustanowić na świecie III Rzeszę, do której prowadzić miała absolutna segregacja rasowa, ludobójstwo i pozytywna selekcja genetyczna.
Anglicy zdają się też być narodem, który jest przywiązany do pewnych, "znaczących" szczegółów. Wychodzą z założenia, że jeśli nie ma masowych protestów spolecznych przeciwko ich istnieniu, mogą sobie one egzystować bez zakłóceń. Z drugiej strony, to co dla Polaka wydaje się absurdem, jest tu częścią kulturowych kodów i przyzwyczajeń, będących esencjonalnym elementem składowym angielskiej kultury. Jak zaś każdy antropolog został nauczony na studiach, kultura jest pewną homogeniczną całością, nawet jeśli jej elementy na pozór do siebie nie przystają. Tym samym możliwa jest zmiana elementów kultury bez zmiany jej charakteru, ale tylko w wypadku, jeśli proces zmiany pozostaje w zgodzie z kulturową wytyczną jej samej. Pomimo tego, że angielskie gazety lubują się w wyciąganiu na jedynki wysokich zarobków swojej arystokracji robiąc z tego skandal, klasa ta jest Anglii potrzebna jako symboliczny kręgosłup, stanowiący o kulturowej dumie jej obywateli... jeśli ona zniknie, gazety nie będą miały o czym pisać. Wciągająca koks Amy Winehouse pociągnie tylko do następnej zapaści, a potem media znajdą sobie inną gwiazdę.
Sytuacja kulturowa Polski jest skranie inna. Resztki arystokracji i prawdziwej inteligencji zostały u nas wybite podczas II Wojny Światowej, podczas której symbolicznie i fizycznie złamano Polakom kręgosłup. 50 lat komunistycznego totalitaryzmu, podczas których mieliśmy do czynienia z dwoma falami emigracji intelektualistów (1968 i 1979-1982) rozproszyła siły polskiej kultury po całym świecie. Obecna klasa intelektualistów polskich to zazwyczaj świnie spasione na wzajemnym pożeraniu sobie paszy bez resztek klasy, godności i perspektywy przynależności do pewnego szerszego kręgu jednostek, które są odpowiedzialne za kształt przyszłości świata. Żyją tylko od pierwszego do pierwszego reprezentując godne pożałowania, pełne post religinej czci uwielbienie dla srania na własnym podwórku. Nie chcę wymieniać tutaj nazwisk, ale m.in. pogarda dla tych miernot kazała mi odrzucić wszystko to, co reprezentują one sobą obecnie.
Ostatnio spotkałem pewnego młodzieńca, który urodził się na emigracji, jego rodzice przybyli do Wielkiej Brytanii w 1979, gdzie pozostają do dzisiaj. Jego angielski jest płynny i nie do odróżnienia od każdego akcentu angielskiej klasy średniej. Przez cały dzień rozmowy w sklepie z ciuchami, w którym pracuję, nie odezwał się do mnie ani słowem po polsku, by dopiero wieczorem zaskoczyć mnie zupełnie jednym pytaniem. Miał on jedak przywilej obserwowania czwartego już w historii XX wiecznej Wielkiej Brytanii exodusu Polaków, największego zresztą ze wszystkich.
Życie Polaka znacznie się tu wprawdzie poprawiło po wejściu jego rodzimego kraju do Unii Europejskiej, ale segregacja klasowa nadala pozostała. Jasnym akcentem jest za to fakt, że Anglicy przekonali się do Polaków na polu pracy. Od zwykłego robotnika budowlanego, przez handlowca, kelnera, po informatyka, dizajnera, doradcę finansowego i projektanta mody, Polacy pracują lepiej, szybciej i wydajniej niż Anglicy. Właściciele wielu firm wolą zatrudniać już Polaków niż Anglików i tak jest też w firmie, w której pracuję, Music and Video Exchange , która jest siecią sklepów z ciuchami, płytami, grami komputerowymi i książkami, pochodzącymi z wymiany bądź kupna.
Przed objęciem tej zacnej roli tydzień przepracowałem w polskiej firmie medialnej, Fortis Media UK, która jest wydawcą pism Polish Express i Laif (dla tego tabloidu zrobiłem jeden numer) i wzajemnie zrezygnowaliśmy ze współpracy. Jeszcze raz sprawdziło się przysłowie mówiące o tym, żeby nigdy nie pracować za granicą dla Polaków. Nic nie pomogą tu inne realia kulturowe i rynkowe, Polak wyjeżdżając z kraju zabiera ze sobą bagaż swoich najgorszych, możliwych cech, których nie zniszczy nawet eksplozja bomby atomowej. Tutaj trzeba przyklasnąć naszym wielkim krytykom tj. Gombrowicz i Witkacy, Polak nie zreformuje się nigdy, ponieważ memy, którymi nasiąkł, zawsze będą kazały mu się bronić rękami i nogami przed wszelką zmianą. Prędzej odda życie niż zacznie negocjować lub zmieni podejście do drugiego człowieka. Upór to jedna z tych "trudnych cnót", dziecko trzech rozbiorów kraju, kilkunastu powstań narodowych, dwóch wojen światowych i moralnego zgnojenia komunizmem.
Postanowiłem na luzie pracować sobie w sklepie aż nie znajdę lepszej pracy, a do tego uprawiać dziennikarski freelancing po polsku i angielsku. Pierwsze efekty w następnym numerze Cooltury, który wyjdzie w poniedziałek, a następne części londyńskiego dziennika już niebawem. Nie mogę wprawdzie nie przyznać, że nie przeżywam pewnego rodzaju melancholii (na co składa się kilka przyczyn), ale i tak wolę to niż gnicie w zapomnianym przez wszystkie demony kraju o wspomnianej nazwie. Z depresji ratuje mnie jazz, na tapecie ponownie wylądował John Coltrane i Miles Davis, przetykany gdzieniegdzie Eddie Palmierim, Colemanem Hawkinsem i Jimmym Smithem. Dalej unikam idiotów, jak ognia i czekam na "sezon suszenia starej skóry na słońcu".
CDN>>>
Saturday, 27 October 2007
Chaos, magia i mitologia nowych mediów
Siedząc sobie od dwóch tygodni w Londynie napisałem w końcu tekst, do którego stworzenia zainspirowało mnie nie tylko to dzikie miasto, ale także ostatnie wydarzenia w Sieci, moje lektury i chęć ostatecznego zamanifestowania własnej postawy wobec dziwnego, ale wielce potężnego połączenia, jakie oferuje miks magii i nowych mediów...
Dla znających pojęcie "cybermagii" oczywistym jest, że komunikacja służy magii i vice versa, ponieważ są to dwie strony tego samego równania, mającego na celu wywołania wyrwy w dywanie rzeczywistości i wyjęcia z niej pożądanego klejnotu. Media są dla maga idealnym polem eksperymentów, służących powiększaniu kontroli nad wewnętrznym ogniem i wpływaniu na rzeczywistość. Jeśli list, gazeta lub książka w analogowej postaci może być skutecznym narzędziem magicznym, pełne dynamiki, elastyczne, nowe media tym bardziej mogą stać się efektywnym polem magicznej działalności będąc wciąż pod wpływem Hermesa – patrona magii, chaosu i komunikacji. Jeśli pamiętacie co stało się z Philipem K. Dickiem pod wpływem różowego promienia z telewizora i jeśli wiecie, jaki wpływ zyskał ona na zbiorową wyobraźnię dzięki swojej cybergnozie, będziecie przy odrobinie szczęścia potrafili przekopać magiczny tunel przez nowe media.
Podstawą uczynienia z nowych mediów kolejnego, tryskającego chaosem ołtarza, powinno być zestrojenie myślenia w kategoriach magicznych i kategoriach cybernetycznych lub też systemów sztucznej, samoreplikującej się inteligencji, bez których nowe media zasadniczo nie byłyby koncepcyjnie możliwe. Obydwa z tych tuneli silnie korespondują ze sobą biorąc swój początek z pnia idei kontroli nad bieżącą rzeczywistością. Brak płynnego przechodzenia pomiędzy jednym, a drugim w świadomości zbiorowej, można wytłumaczyć jedynie głęboko zaszczepionym, arystotelesowskim dualizmem, który powinien zostać zniszczony zanim przystąpicie do pierwszych eksperymentów z wykorzystywaniem mocy chaosu do panowania nad nowymi mediami.
Czytaj dalej na łamach MAGIVANGI
Saturday, 20 October 2007
Great Cthulhu under London
Dziwne jest życie imigranta, mieszkającego w typowym, pseudo bauhausowskim bloku dla klasy robotniczej w Londynie i szukającego pracy :) Zaczynam popadać w monologi wewnętrzne, w których analiza społecznej rzeczywistości krzyżuje się z szeptami Wielkiego Cthulhu i przebitkami z krainy popkultury... czyli staję się przeciętnym członkiem kultury, ogarniętej medialno-marketingową gorączką. Wącham te szepty i minimalnie głaszczę się po brzuchu, w który codziennie wrzucam nowe opcje diety - dzisiaj np. ugotowałem sobię moją ulubioną zupę z czerwonej soczewicy i pomidorów, doprawioną ostro chilli. Meksykaninowi podeszła, przy czym podkreślił, że nie jest to uznawane za ostre w Meksyku, czego można się było spodziewać... jak powiedział, gardła i żołądki mają od dziecka zaprawione do ostrego żarcia.
Londyn może się kojarzyć z dziwnym miksem kulturowym, enklawą multietniczności, która czasem funkcjonuje na granicy wytrzymałości poprzez generowany przez siebie chaos. Nie na darmo jednak pod ulicami, głęboko pod londyńskim metrem, siedzibę obrał sobie Wielki Cthulhu, którego sny rozpościerają się nad miastem wciągając słabych w jego grę, a silnym dając zaledwie pojęcie o jego mocy. Niektórzy sądzą, że to on stoi właśnie za wszystkimi londyńskimi agencjami PRowymi, medialnymi, marketingowymi, grupami wsparcia, organizacjami pozarządowymi i administracją rządową.
To jego macki kreują dziwne kłącze miejscowej rzeczywistości. Dla ciekawych klimatów ezoterycznych w bardziej oczywistej formie, pozostają oczywiscie księgarnie Atlantis Bookshop i Treadwells. W pierwszej z nich zaopatrzyłem się właśnie w potrzebną mi "The Book Of Thoth", służącą teraz do merytorycznej pomocy w medytacji nad kartą Maga, która wraz z i-chingowym heksagramem nr 11 stała się częścią mojego małego ołtarza, tymczasowego siłą rzeczy, gdyż w tym mieszkaniu został mi tylko jeszcze tydzień... tymczasowość, jak nic innego, jest miarą rzeczy w Londynie.
Na szczęście zabrałem z domu książkę, którą czytam od 15 lat i nigdy się z nią na żadnej przeprowadzce nie rozstaję, Tao-Te-Ching [Księgę Drogi Cnoty], pomagającą mi zawsze odnaleźć harmonię w każdej sytuacji, wskazującą że rzeczywistość ma ze swojej natury charakter nieskończony i relatywny. Przypadkowe otworzenie ujawnia następujący cytat:
(...) Chociaż nie mógł ich zrozumieć, starał się jednak przynajmniej bardzo powierzchownie poznać ich oblicze.
Jakże byli przezorni, jak człowiek przechodzący zimą przez rzekę.
Jakże byli ostrożni, jak ktoś, kto się boi sąsiadów ze wszystkich (czterech) stron.
Jakże byli powściągliwi, jak ktoś, kto się znajduje w roli gościa.
Jakże byli niezbadani, jak kawałek topniejącego lodu.
Jakże byli niezłomni, jak nieociosany pal drzewa.
Jakże byli rozlegli (w swej wiedzy), jak (szeroka) dolina.
Jakże byli nieprzeniknieni, jak zmącone wody powodzi.
Co można zrobić, żeby zmącenie ustąpiło
Należy zachować spokój (i bezruch), a (woda) stopniowo stanie się czysta (...)
Zacząłem też pisać, zresztą tematy tu leżą na ulicy, nie da się nie wpaść codziennie na 10 nowych. Generowany przez miasto chaos doskonale przekłada się na paliwo dla wszelakiej twórczości. Gdy piszę te słowa, trójka gości przede mną napiera minimale z kompów i syntezatorów robiąc to całkiem nieźle, a ja siedzę przed nimi...
Tuesday, 16 October 2007
Londyn pod znakiem rozstroju żołądka
Już jestem w Londynie, zalogowany na Camden, w okolicach stacji metra Euston. Podróż z 40 kg na plecach minęła mi w sumie bez większych przygód. Kolega zawiózł mnie na Rębiechowo, stamtąd dostałem się na Stansted (szybciej niż z Gdańska do Poznania :D), skąd już dowlokłem się autobusem do Południowego Londynu, by do Euston dojechać metrem.
Z zadowoleniem przywitałem multietniczny mix tuż po przejściu przez odprawę stojąc do autobusu w kolejce 10 grup etnicznych. Co prawda męska obsługa pozostawiała wiele do życzenia nie potrafiąc nawet skierować do odpowiedniego pojazdu posługując się zacinanym angielskim, ale za to z wdziękiem poprawiała sobie włosy :)
Weekend minął mi w miarę spokojnie, przeszedłem się w sobotę rano z Zambarim, u którego mieszkam, po Camden Town aplikując sobie strzał z frików, który ożywczo podziałał na moją wyobraźnię, a wieczorem wybraliśmy się na 23. urodziny jednego z jego ziomków, gdzie popijaliśmy bourbona kontemplując jego zbiory wideo, które zdążył nakręcić w Londynie.
Po weekendzie niestety dopadł mnie rozstrój żołądka, który właśnie trwa drugi dzień i który jakoś muszę szybko zaleczyć. Niektórzy nazywają to chorobą imigranta, a niektórzy wymianą flory bakteryjnej. Pomimo tego dałem radę dowlec się dzisiaj aż do Kingston Upon Thames (w 6. strefie), gdzie przeprowadzono ze mną rozmowę kwalifikacyjną w agencji Harris Hill. Wszystko było ok, tyle że nie przyniosłem paszportu, który będę musiał dostarczyć jak najszybciej. Tajemnicze głosy z różnych agencji mówią, że moje CV jest "very relevant", a I-Ching wróży szybką poprawę... korzystając z chwili wytchnienia postaram się jutro napisać planowany esej o magii i nowych mediach.
Monday, 1 October 2007
Nie wybierajcie mniejszego zła!
Całe szczęście, że mało mnie obchodzi polityka, a jeszcze mniej czynienie z bloga narzędzia politycznego i rozwlekanie się nad dzisiejszą debatą Kaczyński vs. Kwaśniewski, co pozostawiam jutrzejszej prasie (także serwisom internetowym). Dla tych, którzy jednak jeszcze nie zdecydowali, mam tym razem wyśmienitą propozycję. Świeżo nadesłane przez mojego dobrego znajomego :)

: Cthulhu, polityka, wybory, Układ, Polska, debata prezydenckaSunday, 30 September 2007
Konopie i pogańskie zwyczaje
Bardzo mi czasem smutno, że pogański duch naszych przodków tak się w tym narodzie zatracił :( Kiedyś sialiśmy ziarna, by potem przez cały rok kąpać się w dzikich, nieujarzmionych strumieniach, łapać się za dupę i od czasu do czasu najebać się z klasą (albo bez) dzikim miodem, uwarzonym w mrocznych ziemiankach. Była wprawdzie jeszcze sauna, gdzie rozkosznie mogliśmy pośmigać sobie wzajemnie wierzbowymi witkami po głowach, piersiach i stopach tracąc fantastycznie czas na orgiach, hulankach i klasycznych zbytach. To były czasy...
Niedawno znajomy Łotysz spytał mnie "Czy mam sauny przy domach?", a ja musiałem odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że zwyczaj ten został bezwzględnie zniszczony przez zasrany, podły katolicyzm, dla którego okazał się jeszcze jednym, niewygodnym elementem naszej kultury.
Pogański element jednak przetrwał, by odezwać się dzięki polskiej kontrkulturze w zwyczaju sadzenia konopi (obecnie nielegalnego). Nic jednak dziwnego, gdyż zwyczaj ten na naszych obszarach ma wyjątkowo długą tradycję i został przekazany następnym pokoleniom potajemnie przez bardzo mądre babcie - strażniczki prawdziwej, pogańskiej tradycji. Jak pisze Sara Benetowa w swoim kultowym dziele Konopie w wierzeniach i zwyczajach ludowych
W Kieleckiem, aby konopie i len ładnie rosły, kobiety, tańcząc śpiewają:
Hola, hola do góry!
Aby konopie tyle były
Tu i w okolicach Nidy dwaj starsi mężczyźni przebierają się za dziada i babę i chodząc po domach zabierają do niewoli chłopców i dziewczęta i żądają od nich okupu. W obawie przed chłostą chłopcy i dziewczęta zgadzają się na to. Później udają się wszyscy do karczmy, gdzie "dziad" i "baba" przygrywają na konewce, posiadającej struny z konopi. Smyczek tego osobliwego instrumentu również jest sporządzony z konopi. Lud utrzymuje, że po takiej muzyce konopie ładnie rosną.
Obecnie, by konopie ładnie rosły, należy się o wiele bardziej napocić, szczególnie podczas hodowli indoor. Daleko nam jednak jeszcze do Holandii, gdzie hodowcy konopi należą do elity społecznej otrzymując za swój trud drogocenne, prestiżowe nagrody. To są prawdziwi poganie, którzy na naukę język roślin poświęcili często wiele lat, ale za swoje poświęcenie zostają obdarowani przez Zielonego Ducha humorem, zdrowiem psychicznym i tym co najcenniejsze - drogocenną ekstazą i dystansem do rzeczywistości.
Piszę to zaś nie bez podwodu, gdyż dla wszystkich polskich hodowców nadeszło wreszcie najważniejsze święto w roku - Święto Plonów! Kto zasiał, ten zebrał!
Gratulując wszystkim potajenie sadzącym "świętą trawę" jednocześnie polecam film ze zwycięzcami zeszłorocznego Cannabis Cup z Green House Seed Co.. Naprzód poganie!
Saturday, 29 September 2007
Czasem wystarczy odkurzyć :)
Jak mówi klasyczna Shodoka, napisana przez Yung-chia Hsüan-chüeha, Szóstego Patriarchę w chińskiej linii ch'an:
Kiedy jednak zaczyna się myślenie, powstaje wówczas kontakt ze światem zewnętrznym, a przez to powstają złudzenia.
Subiektywność i obiektywność są jak kurz na powierzchni lustra.
Nie dopuścić aby lustro się zakurzyło, to o mnisi, o uczniowie, jest waszym najważniejszym zadaniem w życiu. Pozwólcie lustru promieniować pełnym blaskiem. Miejcie czyste serca.
Kiedy umysł się nie porusza, kiedy nie zaczynacie myśleć, wtedy nie ma też kontaktu i nie ma też złudzeń - i pojawia się w was i wszystkich innych prawdziwy człowiek, bez rangi i imienia.
Dzisiaj nagle przypomniałem sobie tą mądrość o lustrze, która wśród praktykujących ZEN należy już do wiedzy powszechnej z wydawałoby się błahego powodu... odkurzyłem mojego laptopa. Czy jednak nie tak właśnie powinno być, że umysł sam przyciąga właściwe rozwiązania? :)
Po odkurzeniu wszystkich wiatraczków, dziur i zakamarków obudowy, a następnie odpaleniu mojego Ubuntu okazało się, że przegrzewajacy się wg GKrellM procesor nagle nie podnosi temperatury po odpaleniu byle Beryla, ale stabilnie i normalnie pracuje!!! Przestałem więc oskarżać producenta, BIOS, system operacyjny, ciepłe dni i inne nienawistne czynniki, bo zrozumiełem, że przyczyna była o wiele bardziej prozaiczna. Proszę co robi z człowiekiem informacyjna ekonomia :)
ZEN XXI wieku siłą rzeczy powinien być inny i nie tylko dlatego, że wkroczyliśmy już dawno w "wiek żelazny", a nasza organizacja społeczna w perspektywie globalnej przekształciła się w cyberpunkowy chaos. Przede wszystkim dlatego, że stwarza to doskonałą okazję do działania emisariuszom chaosu, wichrzycielom, piratom, cyberwuduistom i okultystom Ścieżki Lewej Ręki, których kochamy.
Warto tu przypomnieć słowa Hakima Beya z klasycznej Tymczasowej Strefy Autonomicznej, który słusznie przypomina nam o hinduskiej kosmologii, w której okres ten nosi nazwę Kali Jugi, pisząc: Jej wiek musi być pełen horroru, jako że większość z nas nie może jej zrozumieć ani sięgnąć ponad naszyjnik z czaszek po jaśminowy wieniec, ze zrozumieniem w jakim sensie są one tym samym. Iść poprzez CHAOS, ujeżdżać go jak tygrysa, obejmować go (nawet seksualnie) i przyjmować trochę jego siakti, jego soku życia - oto Ścieżka Kali Jugi. Twórczy nihilizm. Tym, którzy na nią wstąpią, obiecuje oświecenie a nawet dostatek, część jej doczesnej mocy.
To doskonały czas dla wielkich loa, duchów, które od wieków czają się w każdym zakamarku lasu i ulicy, a potrafią nam pomóc (lub zaszkodzić) w najmniej spodziewanych okolicznościach. Wraz z rozwojem technologii sięgają teraz coraz dalej opanowując strony komiksów, ekrany komputerów i pliki mp3 (tak to prawda).
Ich siłą są ludzie, którzy pełniąc role wierzchowców pozwalają im się sycić światem aż do ostatecznych wymiotów podczas Uczty Bogów... i mają też swoich posłańców, a żeby się o tym przekonać czytajcie czasem komiksy Granta Morrisona, a szczególnie The Invisibles, ponieważ jak powiedział mi w wywiadzie Mark Pesce: We're The Invisibles! :)))))
Jeli chcemy prawdziwego wyzwolenia musimy obżerać się, nie spać po nocy, korzystać z miejskich kibli, jeździć autobusami na pałę, jarać ile wlezie i rozumieć o co chodzi niektórym artystom tj. ten wspomniany wyżej, z którego dzieła zamieszczam wyjątek pod spodem jako motto...

Thursday, 27 September 2007
Jesień to tradycyjnie czwarta w ciągu roku zmiana stylu dla międzynarodowego świata mody. Kto może to wiedzieć lepiej niż francuski Vogue, zawsze trzymający rękę na pulsie. W numerze wrześniowym możemy podziwiać nie tylko piękną, dizajnerską okładkę, ale przede wszystkim serię zdjęć "Sacrément Inspirée", które na specjalne zamówienie wykonał znany fotograf Terry Richardson.
Byłbym jednak zapomniał, seria ta zainspirowana została stanizmem, Wiccą, buddyzmem, Tarotem i mroczną Ścieżką Lewej Ręki :) Tego jeszcze świat mody nie widział, tak więc polecam serdecznie kilka ze zdjęć, które możecie sobie obejrzeć poniżej.




Subscribe to:
Posts (Atom)